Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Maciej Zaniewicz

Ukraina to nie Somalia

5 maja na Eastbook.eu ukazał się artykuł Pawła Lickiewicza „Ukrainostan”, w którym autor argumentuje, że powszechna korupcja, agresywna polityka rosyjska i bezczynność Zachodu mają prowadzić do nieuniknionego przekształcenia się Ukrainy w państwo upadłe. Choć z powyższą diagnozą ciężko się nie zgodzić, to warto również nakreślić bardziej optymistyczne prognozy dla Ukraińców.

Mogadiszu, Stolica Somali, autor: Unatied Nations Photo, źródło: flickr.com

Mogadiszu, Stolica Somali, autor: Unatied Nations Photo, źródło: flickr.com

Ukraina trwała w stagnacji i nie rozwijała się tak dynamicznie jak Polska po rozpadzie ZSRR głównie z powodu wszechobecnej korupcji i powszechnego na nią przyzwolenia. Niewątpliwie był to jeden z czynników, który wpłynął na to, że wskaźnik ukraińskiego PKB nie piął się przez ostatnie ponad dwadzieścia lat tak stromo wzwyż jak polski. Usprawiedliwienia jakie padają z ust władz w Kijowie nie są jednak bez podstaw. Ukraina, w przeciwieństwie do Polski’ „Sojuzowi” zawdzięcza praktycznie cały przemysł, będący podstawą jej gospodarki. Strategia rozwoju gospodarczego ZSRR zakładała zaś tworzenie wielkich kombinatów przemysłowych na potrzeby gospodarki ogólnozwiązkowej. Oznaczało to, że praktycznie żaden znaczący produkt radzieckiego przemysłu nie był wytwarzany od początku do końca w jednej republice. Najlepszym tego przykładem jest ukraiński sektor zbrojeniowy, który nie tylko produkuje komponenty uzbrojenia dla rosyjskiego sprzętu, ale wytwarzając je jest uzależniony od dostaw rosyjskich podzespołów. Podobnie sytuacja wygląda w innych gałęziach ukraińskiego przemysłu.

Nieusuwalne piętno korupcji

Gospodarcza zależność Ukrainy od Rosji nie usprawiedliwia wysokiego poziomu korupcji w życiu publicznym i codziennym. Warto jednak zastanowić się nad źródłami tego zjawiska. Zrzucenie odpowiedzialności za panujące łapówkarstwo na karb sowieckiego wychowania i wytworzonej w jego toku mentalności „sowkowej”, choć nie mija się z prawdą, nie usprawiedliwia dwudziestoletniego trwania państwa w ekstraklasie państw skorumpowanych. Przyczyną utrwalenia tego zjawiska jest wykształcenie się modelowego systemu oligarchicznego na Ukrainie. O ile w Rosji po chaosie lat 90-tych wyłoniła się silna władza, potrafiąca ujarzmić i podporządkować swoim celom oligarchię, tworząc system oparty na jej licencjonowaniu, o tyle na Ukrainie nigdy nie była ona na tyle silna, aby zrównoważyć potencjał polityczny magnatów. Z tego powodu, to nie Kijów jest na Ukrainie źródłem władzy i prawa, lecz poszczególne klany oligarchiczne. Powszechnie wiadomo, kto jest księciem na jakim terytorium i ilu ma deputowanych w Radzie Najwyższej. Tym sposobem zyskują oni realny wpływ na legislatywę i egzekutywę w kraju. Bogaty stoi ponad prawem – swoją cenę ma nie tylko ominięcie przepisu, ale również jego zmiana.

Taka sytuacja prowadzi do całkowitego braku szacunku dla prawa. Wszystkie warstwy społeczne przyzwyczaiły się do sytuacji, że prawo jest instrumentem w rękach oligarchów, a nie regulatorem życia publicznego, w związku z czym milicjant nie jest jego stróżem, lecz sprzedawcą.

Skok jakościowy

Frustracja wynikająca z bezsilności wobec paraliżującej rozwój kraju korupcji gromadziła się w Ukraińcach przez lata po odzyskaniu niepodległości i czekała na iskrę, aby eksplodować. Poprzedzające Pomarańczową Rewolucję sfałszowanie wyborów prezydenckich przez Janukowycza nie było wystarczającym bodźcem, bowiem nie dawało nadziei na naprawę chorego systemu. Takim zapalnikiem stała się obietnica stowarzyszenia z Unią Europejską w listopadzie 2013 roku. W świadomości młodych Ukraińców powstała nadzieja na to, że stowarzyszenie z UE poskutkuje wprowadzeniem europejskich standardów, które skutecznie wyeliminują korupcję z kraju. Bo jak nie Unia, to kto? Marzenie europeizacji kraju kwitło w głowach Ukraińców, zwłaszcza studentów, aż do czasu, gdy zostało brutalnie „zaorane” 28 listopada na szczycie w Wilnie, a następnie w nocy z 29 na 30 listopada przez Berkut na Majdanie. Ukraińcom pozostało wyemigrować, albo wziąć sprawy w swoje ręce. I wzięli.

Pękający fundament

Przez lata, po powstaniu niepodległej Ukrainy, oligarchowie podzielili ją między sobą, ustanawiając wygodny system polityczny, który pozwalał im władać swymi księstwami nie martwiąc się o nieprzyjemności ze strony Króla w Kijowie. Król postanowił zaś nie walczyć z systemem, lecz wpisać się w niego, tworząc własny klan, zwany „Rodziną”. Sytuacją nie zachwiałby nawet Euromajdan, gdyby nie zagrożenie ze strony Rosji. Jak to zwykle bywa w historii, czasem jedynym czynnikiem umożliwiającym zjednoczenie państwa jest wróg zewnętrzny zagrażający interesom regionalnych watażków. Możliwość włączenia kolejnych ziem do Federacji Rosyjskiej zagroziła ukraińskim oligarchom perspektywą pozbawienia się wpływu politycznego (w Rosji nie do pomyślenia jest, żeby jakiś oligarcha dysponował swoimi ludźmi w Dumie. Co więcej, ustrój prezydencki znacząco ogranicza możliwość wpływu politycznego parlamentu w stosunku do ukraińskiego systemu parlamentarno-gabinetowego), zmniejszenia ich prestiżu (w porównaniu do rosyjskich, ukraińscy oligarchowie są w drugiej lidze), a nawet pozbawienia wolności (brak posłuszeństwa jest w Rosji surowo karany, patrz: sprawa Jukosu). Okazało się, że korupcja, stanowiąca fundament pozycji oligarchów na Ukrainie, doprowadziła do tego, że kraj jest bezbronny w stosunku do prorosyjskich separatystów. Skorumpowana milicja przestała wykonywać polecenia Kijowa, którego władze zapowiedziały wcześniej, że dokonają lustracji wśród stróżów prawa. W obliczu zagrożenia i niepewnej przyszłości, milicjanci ze wschodu postanowili czekać na dalszy rozwój spraw, popierając tych, którzy zapewnią im trwanie skorumpowanego systemu. Dlatego nie reagują na szturmy separatystów. Traktują ich jak kontrrewolucję broniącą korupcyjnego ancien régime.

Na tym etapie interesy polityczne oligarchii i wschodniej milicji rozeszły się. Linie „podziału” Ukrainy pokrywają się tutaj z granicą „księstwa” popierającego separację Rinata Achmetowa, zwanego „ojcem chrzestnym Donbasu”. To pod jego skrzydłami urosła siła polityczna Partii Regionów i Wiktora Janukowycza i to on jest teraz najbardziej zagrożony odwetem ze strony nowej władzy. Dlatego separatyści mogą swobodnie przejmować kontrolę nad obwodami donieckim i ługańskim. Zupełnie inaczej sytuacja prezentuje się w „księstwie” Ihora Kołomojskiego – obwodzie Dniepropietrowskim. Bezczynność milicji i działania separatystów zagrażały tam interesom niezainteresowanego w pozbawianiu się wpływu politycznego i pozycji na Ukrainie oligarchy. W związku z tym, postanowił on ustabilizować region i przygotować go na wybory prezydenckie samodzielnie. Z jego inicjatywy powstała urzędująca w wyremontowanym na jego koszt budynku administracji obwodowej „Odkryta Władza” – samorządna administracji sformowana z aktywistów organizacji pozarządowych, podporządkowana Kołomojskiemu. Dzięki magnatowi z Dniepropietrowska udała się również rzecz niebywała – zjednoczenie ugrupowań pro-ukraińskich i koordynacja ich działań. Stworzył on również obywatelskie siły zbrojne składające się z Pułku Obrony Narodowej (ok. 7000 ochotników) i Batalionu Dnipro-1 (ok. 200 ochotników). Ich zadaniem jest obrona obwodu przed separatystami, realizowana przez ochronę strategicznych obiektów i tworzenie tzw. „blokpostów” – blokad drogowych kontrolujących wjeżdżające do obwodu i miast pojazdy w poszukiwaniu separatystów i broni.

Ukraina to nie Somalia

Mimo że obraz państwa zarysowany powyżej nosi znamiona państwa upadłego, to tworzenie paraleli z Somalią czy Syrią jest nieadekwatne. Przede wszystkim na Ukrainie nie panuje stan wojny domowej, a państwo spełnia swoje podstawowe zadania. Istnieje kilka punktów zapalnych – Słowiańsk, Kramatorsk – wykorzystywanych przez władzę do kreowania wizerunku przeciwdziałania separatyzmowi. W rzeczywistości w państwie zarządzanym przez oligarchów (co tyczy się w szczególności wschodu kraju) rząd nie jest w stanie wykorzystać skorumpowanych struktur w sposób efektywny. Dlatego prowadzona jest pokazowa Operacja Antyterrorystyczna (ATO), spełniająca zadanie wentyla bezpieczeństwa. Od czasu do czasu organizowana jest próba odbicia zajętego przez separatystów miasta, które w przypadku powodzenia akcji, zostaje momentalnie opuszczone w celu uniknięcia eskalacji konfliktu. Taka sytuacja miała miejsce po rozpoczęciu tzw. aktywnej fazy ATO 2 maja.

Mimo dominacji Słowiańska w przekazie medialnym, pozostałe obszary Ukrainy – tak zachód jak i wschód – pozostają stabilne. Choć milicja znajduje się w stanie wyczekiwania, to na ulicach panuje spokój, w sklepach nie brakuje towarów, a w domach ciepłej wody. Najważniejsze jest jednak to, co czeka Ukrainę. Fundament, jaki stanowiła dla oligarchów korupcja, zaczął pękać. Powszechne bezprawie doprowadziło do osłabienia państwa, co zostało przez nich po raz pierwszy odebrane jako poważne zagrożenie ich interesów, a nie gwarancję pozycji politycznej. Racja stanu zlała się z ich prywatnym interesem. Do racji stanu Ukrainy należy natomiast zachowanie integralności terytorialnej, do czego niezbędne są godne zaufania, nieskorumpowane służby. Pierwsze oznaki zmian w polityce oligarchów już widać. Zaczęli oni współpracować z obywatelami i organizacjami społecznymi. Ich dotychczasowi wrogowie stali się jedynymi sprzymierzeńcami, przy czym determinacja aktywistów nie tylko nie zmalała, ale wielokrotnie wzrosła. Rozumieją oni, że ich kraj znajduje się obecnie w stanie prenatalnym i od ich determinacji zależy, czy nowa Ukraina będzie oparta na standardach europejskich, czy somalijskich. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest jednak przeprowadzenie ograniczonych zmian strukturalnych, nakierowanych na wzmocnienie państwa w celu uniknięcia dalszej jego destabilizacji. W tym celu konieczne jest przyjęcie międzynarodowej pomocy finansowej i wykorzystanie jej na działania zmierzające zmniejszenia poziomu korupcji. W dalszej perspektywie, konieczne będzie również rozwiązanie prywatnych armii. Wszystko wskazuje na to, że oligarchowie oswoili się z myślą, że muszą ograniczyć częściowo swoją samowolę na rzecz wzmocnienia państwa. Skuteczność reform zależy jednak od znalezienia równowagi między ich ambicjami, a wymogami niezbędnymi do zapewnienia państwu stabilności. Jeśli ta równowaga nie zostanie osiągnięta, kraj może się kurczyć o kolejne obwody i zapadać w coraz większej anarchii staczając się ku „somalizacji”.

Przeczytaj tekst do polemiki:

Paweł Lickiewicz: Ukrainostan

Facebook Comments

Absolwent stosunków międzynarodowych i rosjoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisze i czyta na temat Europy Wschodniej.

Kontakt: [email protected]

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY