Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Bartłomiej Krzysztan

Między pamięcią i pamięcią

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety to podróż nie tylko próba oddania czci i hołdu wszystkim radzieckim kobietom, które swoją pełną poświęcenia pracą wygrały wojnę. Książka Aleksijewicz to przede wszystkim kolejna podróż w niezgłębione paradoksy sowieckiej mentalności –  temat również aktualny dzisiaj w świetle budowy tożsamości rosyjskiej.

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety

Swietłana Aleksijewicz to reporterka nieoczywista. Gdyby wrzucić ją w tryby bezwzględnej analizy przynależności gatunkowej, nijak nie można by określić jej mianem reporterki. Mimo że opowiada historie prawdziwe, wręcz na wskroś osadzone w szarości rzeczywistości, narzędzia fabularne, metaforyka i aluzyjność, gęsta narracja i niemal obsesyjna obiektywność powodują, że jest bardziej antropolożką kultury obdarzoną niezwykłym warsztatem językowym. Jeśli z kolei próbować jeszcze bardziej zawęzić jej specjalizację, należy powiedzieć, że w swych badaniach niestrudzenie zgłębia tajemnicę mentalności człowieka sowieckiego. Niezależnie czy skupia się na próbach rozumienia mechanizmów działania po katastrofie w Czarnobylu, czy też pisze o kobietach w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, zawsze czyni to przy pomocy niemożliwego do podrobienia sposobu zapisu. W każdym słowie, które tworzy jej pisarski krajobraz, odmalowuje rany sowieckiej duszy, będąc jej najbardziej gorliwym i najlepszym krytykiem od czasów Sołżenicyna.

Tym razem Aleksijewicz stawia trudne pytania. Czemu wojna jest z językowej natury kobietą, skoro w rzeczywistości nie ma w sobie jakiejkolwiek kobiecej cząsteczki? Czemu każdego 9 maja na Placu Czerwonym i mniejszych placach całego byłego Sojuza dumnie prężą piersi nieco już przygarbieni męscy bohaterowie? Czy kobiety służyły wówczas tylko do atawistycznego wyrażania zdobyczy terytorialnej przez gwałty oraz do egzaltowanej tęsknoty za mężami, którzy gdzieś hen pod Stalingradem czy w Berlinie? A poza tym, kto prał braci żołnierskiej gacie, kto łączył podziurawiony kulami front, kto tamował ciurkiem krew płynącą? Pytania na pozór poboczne, uzupełniające wobec kwestii padania twarzą w błoto, wielkich decyzji strategicznych, czy celnych strzałów snajperów. Jak się okazuje, pytania niezbędne, bo ta wojna, jak każda, to wojna niemożliwa do wygrania bez tych czystych gaci i bezwzględnego poświęcenia kobiet.

Zabiera więc czytelnika białoruska pisarska w te miejsca, które nie mieszczą się w heroicznym etosie, które dalece odbiegają od propagandowego wizerunku zwycięskiej Krasnej Armii. Chłopki, robotnice, jeszcze dziewczynki z komsomolskim zapałem tuszujące swój wiek, by z pełną odwagi, jeszcze nie w pełni wykształconą piersią, oddać się ojczyźnie. Bez znaczenia jest przydział i zakres obowiązków. Może to być pralnia bielizny, po której już nigdy ręce nie wróciły do dawnej gładkości, może to być polowy lazaret, gdzie chłopcy jeszcze zdążą się zakochać, zanim umrą kilka dni później, może to być oddział łączników, może to być batalion czołgów, czy artyleria. Wszystko robią to samo, ale robią inaczej, jakby piękniej. Aleksijewicz pisze o ulotnym kobiecym pierwiastku, który każda z dziewcząt próbuje wyzwolić w sobie, niezależnie od brutalnej męskiej rzeczywistości wokół. Bo toczy się taka sama walka, jak w codzienności, tyle że w znacznie gorszych okolicznościach.

I potrzeba niezwykłej siły woli, potrzeba umiejętności powstrzymania się przed odrzuceniem w kąt książki, bo nic tak nie uderza, nic tak nie gnębi czytającego, jak drastyczne opisy. Potrzeba mocnych nerwów i konieczne jest odpowiednie dawkowanie traumatycznych wizji roztaczanych przez autorkę. Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, to nie jest z pewnością jedna z tych książek, które chwyta się w dłonie, połyka tchem jednym i odkłada z zachwytem na półkę. Nie przez swą literacką wtórność, jak to bywa zwyczajowo, ale obrazowość dogłębnie wrzynającą się w zaśniedziałe po latach pokoju zwoje, każdy powrót do lektury, to ogromne wolicjonalne przedsięwzięcie, by przezwyciężyć niechęć, by pozwolić autorce zniszczyć kolejne przyczółki ułagodzonej wizji rzeczywistości.

Bo pisząc o kobiecie, Aleksijewicz wdziera się bezpardonowo w obszar niezbędnego rozliczenia z mentalnością systemu. Kolektywna pamięć oddana bez zbędnych ozdobników, prozą oszczędną i prostotą swoją urzekająca, to zderzenie gwałtowne z syndromami, które cyklicznie próbujemy pojąć i opisać przy użyciu zachodnich kategorii teoretycznych, co niezmiennie powoduje porażkę interpretacyjną. Dla Aleksijewicz pamięć jest tym, co chcą by było pamiętane, najłatwiejszym elementem wpływu, którym manipuluje się i który się wypacza, by zabrać człowiekowi ostatnie fragmenty wolności. Pamięć wtłaczana jest w bezwzględne tryby propagandy, przeinaczana. Łączy się jeszcze z idealizacją wspomnień tak typową dla nieukształtowanych jeszcze umysłów, które okoliczność historyczna wpędza w dramatyczne koleiny losów.

Stąd trudno zrozumieć czasem, zachwyt powoli znikającego pokolenia dla wielkich osiągnięć Stalina i Żukowa. Nieomal wstrętem napawa, nawet oględnie uświadomiony umysł, mantryczna wyliczanka czynów heroicznych dla budowania Kraju Rad poczyniona, beznadziejnie idealistycznych aktów mistycyzmu, nielogicznego, z punktu widzenia życia, poświęcenia i bezkompromisowej wiary w słuszność. Brzydzi to i odrzuca, z pewnością w zamyśle, bo Aleksijewicz wie, że by najskuteczniej odsłonić wypaczenia, należy pozostawić je samym sobie, pod osąd i interpretacje.

Tworzy się więc nieskończona mozaika postaci, dla których opowiedzenie wspomnień, to pierwsza i ostatnia szansa, by zapisać jakkolwiek swą ziemską wędrówkę. To powtarzalne akapity zwierzeń, które kobiety przekazać mogły tylko innej kobiecie. To historie bardzo tożsame, czasem trudne do odróżnienia, co powoduje dłużyzny i momenty nudy. Ale, zdaje się, że te historie nie mogą być, nie chcą, są niemożliwe do zapisania przy użyciu jakiegokolwiek innego sposobu narracji.

Swietłana Aleksijewicz tworzy bardzo dwoistą herstory. Opowieści jej bohaterek nie mogły wydarzyć się nigdzie indziej, nigdzie indziej też nie mogły zostać w ten sposób opowiedziane. Ale jakoś tak intertekstualnie, między wierszami, autorka podsuwa  czytelnikowi, zwłaszcza męskiemu czytelnikowi, jasną konkluzję: nasze, kobiece opowieści, to zawsze historie marginesu. Historia to męska nauka, a my możemy się przeciwstawić jedynie pamięcią. I choć nie będą nas słuchać, musimy zachować pamięć, musimy, gdy nas wreszcie zapytają, krzyczeć, że nic nie mogłoby się odbyć bez nas, choć to przecież na wskroś wasza męska wina, wasza wojna, która kobiecą ma tylko nazwę. I pisze to Aleksijewicz bardzo uniwersalnie, nie ma tu znaczenia fakt bycia kobietą sowiecką. Jego opowieść (his story, history), wszędzie tak samo infekuje, zaraża, niszczy i doskwiera jej opowieści (her story, herstory).

Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, tłum. Jerzy Czech, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

Przeczytaj również:

W Mińsku zaprezentowano najnowszą książkę Swietłany Aleksijewicz

 Recenzja „Czarnobylska modlitwa” Swietłany Alesijewicz

 

Wydarzenie:

 Likwidacja magazynKu – zderzenie z rzeczywistością.

Wydawnictwo czarne wyprzedaje książki z magazynKu

Facebook Comments

Skończony politolog z niepewnego powołania i niepełny jeszcze kulturoznawca z pasji, przekonania i braku racjonalności. Motto: o książkach można mówić różnie, ale tylko gdy tną jak siekiera, wzbudzając na powrót uśpione wartości, ma to większy sens. Na eastbook.eu zajmuję się tym, co piszczy w literaturze na Wschodzie. Jako że granice duchowe mamy nieograniczone - jeśli tylko chcemy - a ogranicza nas fizyczność i potrzeba snu, najwięcej pojawiać się będzie omówień reportaży.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY