Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Łukasz Grajewski

Dlaczego Niemcy czują miętę do Rosji?

W Polsce doniesienia o kolejnych rusofilskich wypowiedziach niemieckich elit przywołują historyczne skojarzenia i strach, że Niemcy i Rosja znów będą rozgrywać geopolityczne niuanse ponad głowami mniejszych sąsiadów z Europy Środkowo-wschodniej. Zanim jednak podniesiemy alarm i zaczniemy obrażać się na Niemca, który woli Rosję, spróbujmy chociaż zrozumieć logikę niemiecko-rosyjskiej chemii.

Relacje polsko-niemieckie nigdy w historii nie były tak dobre. W sferze polityki dużo zawdzięczamy tandemowi Merkel-Tusk, politykom ewidentnie nadającym na tych samych falach. Kanclerz Angela Merkel jest pierwszym przywódcą powojennych Niemiec, który swojego wschodniego partnera traktuje podmiotowo i po partnersku.

Gdyby zapytać o wschodniego partnera ex-kanclerzy Helmuta Schmidta czy Gerharda Schrödera, ich pierwsze myśli z pewnością powędrują ku Rosji z pominięciem nie tylko Polski, ale i innych państw naszego regionu. Schroeder sprawował urząd kanclerski w latach 1998 – 2005, a mimo to w swoim kraju obecnie kojarzony jest tylko z zażyłą relacją z Władimirem Putinem i pobieraniem milionowych sum od Gazpromu.

Na ostatnio zorganizowanych „Dniach Rosyjskich” w Rostoku, imprezie łączącej sfery polityczne i biznesowe z Niemiec i Rosji, Schröder mówił bez ogródek:  „Jestem dumny z faktu, że jestem Russland-Versteher”. Ten niemiecki termin oznacza „osobę rozumiejącą Rosję”. Tym publicystycznym zwrotem niemieckie media opisują rusolubną część niemieckiego społeczeństwa (zjawisko dobrze tłumaczy Adam Krzemiński z Polityki w tekście „Fersztejerzy, czyli Niemcy rusolubni„).

Gerhard Schröder (2013). Autor: Tim Reckmann, źródło: Flickr

Gerhard Schröder (2013). Autor: Tim Reckmann, źródło: Flickr

W Polsce doniesienia o kolejnych rusofilskich wypowiedziach niemieckich elit przywołują historyczne skojarzenia i strach, że Niemcy i Rosja znów będą rozgrywać geopolityczne niuanse ponad głowami mniejszych sąsiadów z Europy Środkowo-wschodniej. Polscy publicyści dmą w trąby i ogłaszają nowy Koncertu mocarstw. Zanim jednak podniesiemy alarm i zaczniemy obrażać się na Niemca, który woli Rosję, spróbujmy chociaż zrozumieć logikę niemiecko-rosyjskiej chemii.

Dogorywająca sympatia

Ważną rolę w stosunkach niemiecko-rosyjskich odgrywa gospodarka. Niemcy potrzebują rosyjskich surowców naturalnych, a eksport niemieckich towarów do Rosji wyniósł 3,3% całego eksportu RFN. Te pozornie niewielkie 3 procent odgrywają strategiczną rolę w państwie, w którym socjaldemokratyczny wicekanclerz i minister gospodarki w obecnym rządzie Sigmar Gabriel obiecał nowe miejsca pracy, a nie zwolnienia.

Do Federacji Rosyjskiej niemieckie firmy eksportują głównie mało innowacyjne, ale sprawdzone i mające metkę „porządnych” sprzęty domowe, takie jak pralki, zmywarki czy odkurzacze. Wszelkie sankcje limitujące przepływ tych towarów uderzałyby w personel niemieckich firm, na co wielka koalicja CDU/CSU-SPD nie zamierza sobie pozwolić. Gospodarka to jednak tylko jedna, przyziemna i pragmatyczna strona medalu. Potrzebami biznesu nie odpowie się na pytanie o specyfikę i temperaturę uczuć łączących Niemców i Rosjan. Tu trzeba sięgnąć znacznie głębiej.

Kolejne pokolenia niemieckiego społeczeństwa różnie odnoszą się do Rosji Putina. Najłatwiej będzie mi te różnice wykazać przywołując pewną żarliwą dyskusję z rodziną z zachodnich Niemiec. Ojciec rodziny, były korespondent niemieckiej telewizji, obecnie na emeryturze, nie przebierając w słowach oskarżał „ukraińską juntę” o propagowanie faszyzmu, NATO, a w szczególności USA, za idiotyczne prowokowanie Putina i Rosji, której wkładu w zaprowadzenie pokoju w Europie nie można pominąć.

Żeby zrozumieć ten zaskakujący – jak na przedstawiciela inteligenta z zachodniej Europy – potok myśli, należy sięgnąć do biografii rozmówcy. Emerytowany korespondent urodził się tuż po II Wojnie Światowej. To pokolenie tragedii rodzinnych i masowego wyparcia się swoich rodziców, którzy współtworzyli nazistowską dyktaturę. To pokolenie buntowników, którzy w 1968 roku ubiegłego stulecia na ulicach studenckich miast kwestionowali cały konserwatywny ład nazywając go „faszyzmem”.

W tym procesie zbiorowej samokrytyki młodych Niemców Związek Sowiecki odgrywał zupełnie inną rolę niż miało to miejsce w PRL. Armia Czerwona płacąc ogromną daninę oswobodziła Europę, w tym i same Niemcy od Hitlera. Dodatkowo sprzyjanie komunizmowi w różnych odmianach nie było czymś powszechnym w kręgach studenckich. Następnie pokolenie powojennych rewolucjonistów, lewicowców alergicznie nastawionych do wszelkich nacjonalizmów, po ukończeniu studiów ustatkowało się i zabrało za tworzenie niemieckiego dobrobytu.

Ci Niemcy, dziś 70-letni, mają dobre posady lub bardzo wysokie emerytury, są w świetnej kondycji fizycznej i psychicznej oraz geopolityczne sympatie które na zawsze określiła II Wojna Światowa rozpoczęta i przegrana przez ich rodziców i dziadków, a zakończona przy wielkim zaangażowaniu Związku Sowieckiego.

Na to wszystko nakłada się powszechny szacunek dla wielkiej rosyjskiej kultury, którą od wieków fascynuje się cały Zachód. Do tego pokolenie należy mój rozmówca, tak jak i wspominany na początku Gerhard Schrödera. Trudno przekonywać tę grupę żeby przyjęli polską optykę, która w wymiarze historycznym, w dużym skrócie, na równi postrzega winy hitlerowskich Niemiec i stalinowskiego Związku Sowieckiego.

Inaczej na Rosję patrzy pokolenie niemieckich 20 i 30-latków. Z powodu mijającego czasu nie są już tak emocjonalnie związani z dramatem II Wojny Światowej i nie noszą równie ciężkiego bagażu odpowiedzialności, co ich przodkowie. Rosja nie przyciąga już ich kulturalną świeżością, którą podbijała berlińskie i paryskie salony, nie jest moralnym zwycięzcą w walce z faszyzmem, za to śmierdzi politycznym autorytaryzmem i brakiem szacunku dla praw człowieka.

Przeciętny młody Niemiec w wieku do 25 lat na pewno słyszał o rosyjskich oligarchach i kryminalistach, a już na pewno obiło mu się o uszy że Władimir Putin jest zwolennikiem ograniczenia praw mniejszościom seksualnym i że prowadzi działania wojskowe na terenie Ukrainy. Taki obraz Rosji przedstawiają niemieckie media. Tak też argumentowała córka emerytowanego korespondenta, gdy włączyła się do rozmowy. Owszem, istnieje lewicowy beton w wersji „hard”, oskarżający o wszystko tylko Stany Zjednoczone i Unię Europejską, który swoim zideologizowaniem przyciąga także młodych. Nie ma jednak wątpliwości, że niemiecki mainstream jest bardziej putinowską Rosją zaniepokojony, a przynajmniej zdziwiony niż zafascynowany.

W obliczu rosyjskiej agresji na terytorium Ukrainy jest to obraz na tyle spójny, że emerytowany korespondent narzekał w rozmowie na niemieckie potęgi prasowe – dziennik „Süddeutsche Zeitung” i tygodnik „Die Zeit” – których redakcje jego zdaniem „oszalały” przyjmując agresywną antyrosyjską narrację. Ekstrapolując rozdrażnienie mojego rozmówcy, warto postawić tezę, że pokolenie „osób rozumiejących Rosję” spotyka się z coraz słabszym zrozumieniem we własnym kraju.

Problemy z Ukrainą

Tak jak różni się polska i niemiecka narracja o putinowskiej Rosji, tak odrębne bywają w obu krajach sądy dotyczące Ukrainy. Statystyczny Niemiec do czasu drugiego Majdanu wiedział o tym kraju niewiele. Odnotowano tu pierwszy Majdan, znany pod nazwą Pomarańczowej Rewolucji, ale większość skomplikowanych procesów po przejęciu władzy przez obóz pomarańczowych nie zostało zarejestrowanych przez niemiecką opinię publiczną. Sama istota Majdanu jako zrywu wzburzonych obywateli nie wzbudza w Niemcach wielkiego poparcia, bo zakorzeniony w niemieckim habitusie pruski „ordnung” raczej z niepokojem kiwa głową widząc przepędzanie prezydenta i partyzantkę na głównych arteriach Kijowa.

Ten chłód w stosunku do wszelkich nieformalnych przełomów i partyzantek tłumaczył na zeszłorocznych Polsko-Niemieckich Dniach Mediów Gerhard Gnauck, wieloletni korespondent dziennika „Die Welt” w Warszawie. W trakcie imprezy strona polska ubolewała nad przedstawieniem w niemieckim serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” żołnierzy Armii Krajowej jako źle zorganizowanej bandyterki.

Gnauck tłumaczył historycznie zakorzenione zaufanie do państwowych instytucji. W Niemczech nigdy do antypaństwowej rewolucji nie doszło. Nawet zjednoczenie RFN i NRD było bardziej dziełem dziejowego domina niż efektem społecznego zrywu. W tym względzie Niemców dzieli bardzo dużo od Polaków, których kolejne pokolenia wyrastały na walce z zaborcą, walce z PRL-em, a więc „antysystemowość” wysyłały wraz z mlekiem matki.

Powoduje to różne postrzeganie i traktowanie państwa oraz antypaństwowych buntów. Tak jak w Polsce kozacki zryw Majdanowców spotkał się z powszechnym poparciem i masową solidarnością, tak w Niemczech z dużym niepokojem obserwowano degrengoladę i postępującą anarchię ukraińskiego państwa.

Co ciekawe, mocne i bezwarunkowe poparcie dla buntowników z Majdanu wyrazili reprezentanci demokratycznej opozycji z czasów NRD. Takie osoby jak Wolfgang Templin, w latach 80-tych XX wieku więziony przez NRD-owski reżim opozycjonista, w ukraińskich wydarzeniach słusznie dopatrywali się analogii względem własnej walki z dyktaturą.

Oprócz tak ważnego w rozumieniu Niemiec podziału na Wschód i Zachód również i w tej kwestii ważną rolę odgrywają różnice pokoleniowe. Młodsi mieszkańcy Niemiec wyrośli na micie pokojowego zjednoczenia narodowego z 1990 roku i z entuzjazmem obserwowali wydarzenia Arabskiej Wiosny, a potem Majdanu, utożsamiając się z rówieśnikami proszącymi o międzynarodową solidarność i wsparcie w mediach społecznościowych.

Natomiast to, co w Niemczech budzi zgodny niepokój wśród ludzi z pewnym rozeznaniem sytuacji na Ukrainie, to zasiadanie w obecnym przejściowym rządzie Ukrainy osób związanych ze skrajnie prawicowym Prawym Sektorem i partią Swoboda. To, na co w Polsce przymyka się obecnie oko, kierując się pragmatyzmem i koncentracją na wspólnym zwalczaniu wpływów Rosji, nie przechodzi tak łatwo w Niemczech, gdzie społeczeństwo ze względu na historię jest bardzo wyczulone na wszelkie przejawy nacjonalizmu. Często prowadzi to do wyolbrzymienia znaczenia tych grup w tworzeniu wewnętrznych procesów Ukrainy, natomiast bez odcięcia się od szowinistycznych ideologii, ukraińska scena polityczna nie będzie mogła liczyć na silny mandat ze strony niemieckiego społeczeństwa. Tłumaczenie tych historyczno-społecznych zawiłości i niuansów Polacy, tak blisko współpracujący zarówno z Niemcami jak i Ukraińcami, powinni postawić sobie za punkt honoru.

Facebook Comments
Łukasz Grajewski

Socjolog, absolwent Studium Europy Wschodniej UW. Pracował w administracji publicznej, aktywny w trzecim sektorze (Fundacja Wspólna Europa, Polska Fundacja im. Roberta Schumana, Inicjatywa Wolna Białoruś). Autor licznych publikacji o Europie Wschodniej w polskich mediach.

Kontakt: l.grajewski@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY