Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Jakub Wojas

Wojna polsko-ruska pod flagą niebiesko-żółtą. Pułapki polskiej polityki wschodniej

„Polak? Po co wy trzymacie z tą Ukrainą?” No właśnie: po co?

To, co obecnie dzieje się za naszą wschodnią granicą, staje się przełomem geopolitycznym, po którym pozycja międzynarodowa Polski albo się znacząco poprawi, albo pogorszy. Obecnie trudno rozsądzić, w którym z tych kierunków zmierzamy. Czy za 50 lat w podręcznikach do historii obecny czas zostanie uznany za okres całkowitej klęski polskiej dyplomacji czy wręcz przeciwnie – jednego z jej największych sukcesów? Aby już teraz otrzymać na to pytanie choćby częściową  odpowiedź, trzeba powiedzieć „sprawdzam” dotychczasowej polityce wschodniej – zastanowić się nad jej kierunkiem i czy istnieją alternatywne scenariusze.

Прапор України. Джерело: commons.wikimedia.org

Прапор України. Джерело: commons.wikimedia.org

Polsko-rosyjskie zbliżenie

Po 1989 roku oparliśmy swoją politykę wschodnią na doktrynie Mieroszewskiego i Giedroycia, czyli współpracy oraz przyciąganiu na Zachód naszych nowych wschodnich sąsiadów. Renesans tej koncepcji nastąpił po pomarańczowej rewolucji, kiedy liczono na rzeczywiste zbliżenie między Polską a Ukrainą. Nadzieje okazały się płonne. Ukraina do takich projektów nie była gotowa. Do normalnego funkcjonowania według ogólnie przyjętych europejskich norm – też nie w wystarczającym stopniu.

Po powstaniu rządu koalicji PO-PSL w 2007 roku dokonała się w polskiej polityce wschodniej istotna korekta. Jej podstawą było przede wszystkim ocieplenie relacji z Rosją. Po kilku latach mroźnych stosunków – efektu m.in. polskiego zaangażowania w pomarańczową rewolucję – premier Donald Tusk zapowiedział, że „będziemy rozmawiać z Rosją taką, jaka ona jest”. Dość szybko nastąpiło zwielokrotnienie nie tylko wzajemnych wizyt i zwiększenie obrotów gospodarczych, ale także wzrost liczby programów współpracy, poczynając od projektów wymiany studenckiej na konsultacjach w ramach Trójkąta Królewieckiego kończąc.

Wielu komentatorów widziało w tym „prorosyjski zwrot” – koniec z doktryną Giedroycia w polskiej polityce wschodniej i w jej miejsce zacieśnianie więzów z Moskwą. Rzeczywistość jednak nie odpowiadała do końca temu obrazowi.

W latach 2008-2014, pomimo wyraźnych zakusów, nie mieliśmy do czynienia z wielkimi przejęciami przez rosyjskie koncerny strategicznych polskich przedsiębiorstw. Rosyjski biznes nie wkroczył też do Polski w takiej skali jak chociażby na Słowację, Węgry czy do Czech. Nie zrezygnowano ze współpracy z krajami postsowieckim. Chociażby wobec samej Ukrainy obniżono opłaty wizowe, zwiększono liczbę polskich placówek konsularnych oraz stworzono strefę małego ruchu przygranicznego.

„Koniec z doktryną Giedroycia w polskiej polityce wschodniej i w jej miejsce zacieśnianie więzów z Moskwą”

Co więcej, Moskwa nie zyskała takiego poklasku wśród naszych rządzących jaki miała ona w wielu krajach zarówno Europy Zachodniej jak i Środkowej. Na potwierdzenie tego warto przypomnieć depesze Wikileaks dotyczące Polski. W nich wyraźnie wskazywano, że Warszawa obawia się Rosji jako potencjalnego zagrożenia dla swojego bezpieczeństwa bądź najbliższego otoczenia (chodziło w szczególności o Ukrainę).

Wydaje się zatem, że ocieplenie kontaktów z Rosją było podyktowane po prostu czystym pragmatyzmem.

Polska nie jest państwem, które może mieć decydujący wpływ na ogólnoświatową politykę wobec Rosji. Jak mawiał Czesław Miłosz: „nasz kraj cierpi na syndrom Kasandry” – nikt nie chcę słuchać jej czarnych prognoz. Receptą na wyjście z tej klątwy miało być dołączenie do popularnego nurtu –  „resetu”. Naszym zyskiem z wpisania się w tę tendencję, prócz w większości nietrwałych – jak się okazało – korzyści gospodarczych, było coś o wiele ważniejszego. Warszawa brała udział w dialogu z Rosją. Nie tylko w nim uczestniczyła, ale wręcz wykorzystała dla realizacji swoich interesów. Jednym z nich było Partnerstwo Wschodnie.

W maju 2009 roku miała miejsce wizyta ministra Radosława Sikorskiego w Moskwie. Rozmowy dotyczyły szeroko pojętej współpracy polsko–rosyjskiej, jednak jednym z ważniejszych tematów okazało się właśnie Partnerstwo Wschodnie. Ten polsko-szwedzki projekt miał być zainaugurowany na zbliżającym się wówczas szczycie w Pradze. Rosja widziała w nim ingerencje w swoją strefę wpływów. Jednakże podczas tej wizyty szefowi polskiej dyplomacji udało się przekonać rozmówców, że Partnerstwo Wschodnie nie jest dla Rosji żadnym zagrożeniem. Po tych rozmowach Moskwa oświadczyła, że nie stanie na przeszkodzie tej inicjatywie. Później tego żałowała.

Europejska w formie, jagiellońska w treści

Partnerstwo Wschodnie stanowiło kolejny punkt zmiany w polskiej polityce wschodniej, jaki dokonał się za rządów koalicji PO-PSL. Krytycy polskiej dyplomacji tego okresu zarzucają jej całkowite oddanie pola Unii Europejskiej w dziedzinie polityki wschodniej. Polska jednak „w tym oddaniu pola” próbowała zrealizować pewien koncept.

Warszawa wyraźnie starała się uzyskać jak największy wpływ na politykę wschodnią Unii. Już w 2008 roku szef polskiego MSZ w imieniu UE odbywał wizyty w przyszłych krajach Partnerstwa. Samo Partnerstwo zresztą nie stanowi niczego innego jak wpisanie polskich celów na Wschodzie w szatę unijną. Nie jest to jednak niczym nowym w polityce zagranicznej. Tę sztukę do perfekcji opanowało chociażby RFN, które jeszcze w czasach zimnej wojny, gdy miało ograniczone pole manewru i mniejszy potencjał niż obecnie, starało się realizować swoje projekty pod sztandarami wspólnotowymi. Podobnie teraz polska siła przebicia pod płaszczykiem unijnym jest zdecydowanie dużo większa niż w pojedynkę.

„Pomimo braku nadania jej statusu priorytetu ze strony Unii udało się wprowadzić sprawę Europy Wschodniej na szersze forum, a sama Wspólnota na tym obszarze zaczęła funkcjonować jako podmiot”

Partnerstwo Wschodnie często było i jest krytykowane za niewielki budżet oraz brak konkretnej treści. Pomijając już fakt nieścisłości tych opinii, wystarczy zwrócić uwagę tylko na jeden aspekt tej inicjatywy. Oferowało ono możliwość zawarcia umowy stowarzyszeniowej z UE. Właśnie odmowa podpisania tego dokumentu przez prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza stała się bezpośrednią przyczyną rozpoczęcia protestów na kijowskim Majdanie. Partnerstwo dało nadzieję i wizję integracji z Zachodem, kiedy wydawała się ona już na wyciągnięcie ręki. To musiało się spotkać z reakcją. I choć potem Euromajdan przerodził się w protesty antysystemowe, to proeuropejskość tego ruchu była widoczna przez cały okres jego trwania. Czy bez Partnerstwa Wschodniego prozachodni zwrot Ukrainy byłoby możliwy?

Warto sobie także przypomnieć, jak wyglądała współpraca między UE a państwami Partnerstwa przed przyjęciem tej inicjatywy. Jeżeli gdzieś możemy mówić o braku konkretów, to właśnie wtedy. Partnerstwo zaproponowało realizację określonych projektów oraz cel doraźny, czyli umowy stowarzyszeniowe, a także ustanowiło instytucje szczytów Partnerstwa Wschodniego – stały punkt w agendzie Unii. Pomimo braku statusu priorytetu ze strony Wspólnoty, udało się wprowadzić sprawę Europy Wschodniej na szersze forum, a sama UE na tym obszarze zaczęła funkcjonować jako podmiot.

Z Berlinem pod rękę

Kolejnym elementem zmiany w tej układance były Niemcy. Żeby zrealizować plan polityki wschodniej – europejskiej w formie, a jagiellońskiej w treści – Warszawa zdecydowała się zacieśnić swoje relacje z Berlinem. Wiązało się to z przyjęciem w wielu kwestiach roli junior partnera wobec zachodniego sąsiada – przy asymetryczności potencjałów obydwu państw było to trudne do uniknięcia. Tym samym Polska, mając znormalizowane stosunki z Rosją i jednocześnie inicjując projekty skierowane do krajów strefy postradzieckiej, w porozumieniu z Niemcami mogła uzyskać zdecydowanie większy wpływ na politykę UE wobec Wschodu polegającą na europeizacji całego obszaru (jak ujął to minister Sikorski: „daleko hen, aż po granice Chin i Korei”). O ile jednak niemieckie Partnerstwo na rzecz Modernizacji skierowane do Rosji zakończyło się fiaskiem, to Partnerstwo Wschodnie pewne swoje cele osiągnęło.

Nie zważając na to, co do dziś nierzadko jeszcze się mówi o polityce wschodniej w latach 2008-2014, trzeba zaznaczyć, że nie stanowiła ona odejścia od doktryny Giedroycia, lecz właściwie powrót do jej źródeł. Fundamentalne założenia tej idei opierały się bowiem na trzech nierozerwalnych punktach, czyli: pełnym porozumieniu polsko-niemieckim, uznaniu niepodległości i granic Ukrainy, Białorusi i Litwy oraz podkreśleniu strategicznego znaczenia niepodległości tych państw dla trwałości niepodległości Polski, a także dążeniu do poprawy stosunków z Rosją. Łatwo zauważyć, że założenia te są zbieżne z działaniami polskiej dyplomacji w tym okresie.

Polska – potencjalny sojusznik Rosji

Wojna na Ukrainie spowodowała, że Polska i Rosja znów znalazły się na kursie kolizyjnym. Nie był to jednak gwałtowny zwrot lecz konsekwentny proces, który się rozpoczął wraz z działaniami zmierzającymi do storpedowania przez Moskwę jednego z głównych celów Partnerstwa, czyli podpisania umów stowarzyszeniowych. Z czasem Rosja zaczęła się zachowywać dla Polski nie tylko w sposób dyplomatycznie nieakceptowalny, ale wręcz zagrażający jej bezpieczeństwu. Podjęta w wyniku tego przez Warszawę antyrosyjska retoryka miała na celu skoncentrowanie na tym regionie więcej uwagi NATO i UE. Pojawił się na to, w odróżnieniu od okresu „resetu”, podatny grunt.

Jednakże, jak słusznie zauważył w połowie 2014 roku prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński, Polska nie podjęła „krucjaty antyrosyjskiej”. Warszawa koncentrowała się bardziej na wspieraniu Ukrainy i reakcji na konkretne działania Rosji. Polska dyplomacja dostosowała się tylko do zmieniających się okoliczności. Najlepiej wyraził to w jednym z wywiadów Radosław Sikorski, który powiedział: „przez ostatnie pół roku [tj. od początku 2014 roku – przyp.red.] sporo się zmieniło, więc nie ma co się dziwić, że zmieniła się też nasza retoryka. Ale jeśli Rosja zmieni swoje stanowisko i wróci na ścieżkę współpracy, będziemy pierwszymi, którzy się z tego ucieszą”. W tym samym czasie Moskwa także dawała Warszawie pewne sygnały na możliwość wspólnego porozumienia w sprawie Ukrainy.

„Polska nie podjęła krucjaty antyrosyjskiej”

Podczas przyjmowania listów uwierzytelniających od nowej polskiej ambasador w Moskwie Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz prezydent Władimir Putin stwierdził, że Polska i Rosja powinny „podnieść swoje stosunki na nowy poziom, a przy wzajemnym szacunku i pragmatyzmie można rozwiązać problemy”. Po odwołaniu projektu roku polskiego w Rosji i rosyjskiego w Polsce Ministerstwo Kultury Federacji Rosyjskiej stwierdziło, że mimo tego będzie dążyło do umocnienia stosunków z naszym krajem. W czerwcu 2014 roku odbyło się również spotkanie Trójkąta Królewieckiego. Ba, nawet w telewizji rosyjskiej pojawiły się reportaże o Polsce jako kraju miodem i mlekiem płynącym – nowej potędze, która kreuje polityką wschodnią UE. Nie oznacza to, że stosunki polsko-rosyjskie były wówczas dobre, jednak Kreml wyraźnie wskazywał, że drzwi przed nami do końca nie zamyka.

Rosja chętnie widziałaby Polskę jako sojusznika w sprawie Ukrainy. To, że Polska była niegdyś wielkim mocarstwem i  że pamięć o tym jest w naszym kraju wciąż żywa, nie jest dla niej bez znaczenia. W gruncie rzeczy w pewnych aspektach polityki w Europie Wschodniej oba kraje są do siebie bardzo podobne, prezentujące dwie strony tego samego medalu. Po 1989 roku zrezygnowaliśmy ze swojego drang nach Osten i przejęliśmy inny sposób myślenia wobec tego obszaru, a przecież mogło – i może – być inaczej.

Ślady naszej kultury

W powieści Jarosława Iwaszkiewicza „Sława i chwała” jest taka scena, w której jeden z głównych bohaterów Józio Royski jako żołnierz III Korpusu Polskiego na Wschodzie na widok polskiego dworku gdzieś na dalekiej Ukrainie mówi do swojego przyjaciela i towarzysza broni Janusza Myszyńskiego: wszędzie widać ślady naszej kultury.

Tę frazę przypomniałem sobie, gdy w okolicach Nowoołeksijiwki nad Morzem Azowskim, czyli na terenach, które nigdy do Rzeczypospolitej nie należały, zobaczyłem XIX-wieczny budynek bliźniaczo przypominający polski dworek. Było to w czasie, kiedy przed blokowanymi przez „zielone ludziki” bazami na Krymie miejscowi przekonywali mnie, że Polska wzorem Rosji powinna też sięgną „po swoje” na Ukrainie. Chodziło tu głównie o zachodnią część tego państwa, gdzie ich zdaniem właśnie najwięcej śladów polskiej kultury. Wątek ten zresztą zawsze pojawiał się w rozmowach z ludźmi o zapatrywaniach prorosyjskich od Krymu po Donbas. – Polak? Po co wy trzymacie z tą Ukrainą? No właśnie: po co?

Przecież Polska na Wschodzie pozostawiła nie tylko ogromne dziedzictwo, które stanowi część polskości, ale też własnych rodaków. W II RP Polacy nie mogli pogodzić się z utratą ziem naddnieprzańskich, a my lekką ręką wyrzekliśmy się terenów, które jeszcze 300 lat temu były nie kresami, a centralną częścią Rzeczypospolitej.

„Stalin będzie jeszcze żałował, że wziął Lwów”. Zatem może go „oddać”?

Polska to nie Rosja. Jesteśmy członkiem NATO i UE – zmiany granic są niemożliwe, ale można sobie wyobrazić, że Warszawa domaga się autonomii lub przywilejów dla Polaków na Ukaranie, „specjalnej ochrony” dla pozostawionej tam naszej spuścizny kulturowej oraz popiera pomysł federalizacji Ukrainy. Korzystając ze słabości sąsiada, można by było przecież coś ugrać, wyciągnąć dla zabezpieczenia polskich interesów. Jest to wizja nęcąca, ale jednak złudna.

Rosja rzeczywiście najchętniej pozbyłaby się Ukrainy. To „sztuczne państwo”- zlepek z różnych byłych terytoriów innych państw – powinien wrócić do „swoich prawowitych właścicieli”. Jeszcze w czasach „resetu” Kreml dążył do dogadania się z Zachodem na tym obszarze. Jakiegoś podziału wpływów, kondominia bez projektów demokratyzujących i burzących postradziecki porządek. W ten sposób Moskwa chciała zatrzymać proces rozpadu imperium. My też przy tym podziale mieliśmy dostać swoją część.

Dla Moskwy solą w oku jest w szczególności zachodnia Ukraina. Właśnie ten region był i jest największym ośrodkiem ukraińskości. Stąd wychodził zawsze płomień antyrosyjskich i prozachodnich wystąpień. Jak powiedział Winston Churchill: „Stalin będzie jeszcze żałował, że wziął Lwów”. Zatem może go „oddać”?

Jednakże jakakolwiek forma polskiej kurateli nad zachodnią Ukrainą, choć łechtałaby naszą próżność, to tak naprawdę zatrułaby (ponownie) stosunki z narodem ukraińskim i byłaby dewastująca dla naszej polityki wschodniej. Gdybyśmy teraz wystąpili z propozycją federalizacji Ukrainy, to dla Kremla byłby to prezent idealny nie tylko dla tego, że współgra z ich działaniami, ale też przez to, że mocno antagonizuje Polaków i Ukraińców.

„Czy rzeczywiście powinno nam zależeć na zwycięstwie Ukrainy w tej wojnie?”

Obecnie na Ukrainie Polak to synonim przyjaciela. Jeżeli ktoś zarzuca osobom wspierającym Ukraińców „bratanie się z banderowcami” to de facto sam realizuje ich testament. Bowiem to ci, którzy mordowali na Wołyniu i Podolu od 1943 roku, dążyli do tego, żeby przepaść nienawiść między tymi dwoma narodami była nie do pokonania. Zdrada Ukrainy i prezentowane wyrozumiałej dla Rosji postawy mogłoby odrodzić tego antypolskiego demona, którego tak skutecznie, szczególnie przez ostatni rok, udało się unicestwić.

Nie licząc strat wizerunkowych, to należy także zaznaczyć, że Polska weszłaby w tryby bardzo bliskiego sojusznika Moskwy, co byłoby po prostu konieczne dla utrzymania statusu rozbicia Ukrainy. Oznaczałoby to zarazem koniec z solidarnością europejską, a o zwiększeniu wsparcia NATO w tym regionie moglibyśmy zapomnieć.

Choć opcja pójścia pod rękę z Rosją w sprawie Ukrainy jest w Polsce – na szczęście – niszowa, to Moskwa ma jeszcze jeden czynnik do rozgrywania Warszawy. Jest to polska mniejszość na Litwie. Akcja Wyborcza Polaków kokietuje co raz społeczność rosyjską i samą Rosję. Nawet jeżeli Polacy na Litwie nie byliby skorzy do budowy Wileńskiej Republiki Ludowej czy chociażby odgrzebania pomysłu autonomii dla Wileńszczyzny to bardzo łatwo można prowokować działania, które antagonizowały Polaków i Litwinów. W Polsce powróci wrażenie, że „biją naszych”, a na Litwie groźba „polskiego imperializmu”.

Najlepiej nie robić nic?

Istnieje również inna alternatywa dla obecnej polityki – bierność. Jak twierdzą niektóre środowiska moglibyśmy drogo sprzedać Rosjanom naszą neutralność. Polska przestałaby przeszkadzać, być jastrzębiem, który nie pozwala na zmiękczenie sankcji. W zamian za to mielibyśmy tańszy gaz, powrót eksportu itp. Pozornie nic nie tracimy, gdyż nie musimy występować oficjalnie przeciw Kijowowi. Po prostu jak mówiła premier Kopacz „opiekujemy się swoim domem i swoimi dziećmi”. Są w tym myśleniu echa pamiętnego artykułu Bartłomieja Sienkiewicza „Pochwała minimalizmu” z 2000 roku, który można streścić hasłami: koniec z Giedroyciem, integrujmy się z Zachodem, pozostawmy Wschód samemu sobie, dogadujmy się z Rosją, bo tak nie mamy wpływu na to co się dzieje w bliskim sąsiedztwie.

Tutaj jednak trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: czy rzeczywiście powinno nam zależeć na zwycięstwie Ukrainy w tej wojnie? Zakładając, że Rosja przegra tę rozgrywkę w Donbasie, tj. straci wpływ na przemiany dokonujące się na Ukrainie, będzie to niewątpliwy cios w jej neoimperialne plany. Moskwa utraciłaby kolejny argument w rozgrywce międzynarodowej, co dla Polski jest bardzo dobrą wiadomością – powtarzając za Adolfem Bocheńskim: państwo jest tak silne jak słaby jest jego rywal. Idąc dalej, powodzenie się prozachodnich przemian na Ukrainie mogłoby w dalszej perspektywie zaważyć na przemianach w Rosji. A czyż nie normalnej, nieimperialnej Rosji byśmy sobie życzyli? Gdyby jednak Rosja tę wojnę by wygrała i miałaby decydujący wpływ na politykę w Kijowie, to już łatwo można sobie wyobrazić kolejne bazy rosyjskie na Ukrainie. Tylko tym razem nie na dalekim Krymie, a tuż przy granicy… z Polską.

Innym aspektem jest nasza współpraca z samą Ukrainą. Propolska i prozachodnia Ukraina to nie tylko nasze bezpieczeństwo, lecz także większe możliwości rozwoju gospodarczego i cenny sojusznik na arenie międzynarodowej. Naszym odległym dążeniem powinien być naprawdę ścisły sojusz polsko-ukraiński w UE. Cel bliższy to stabilny sąsiad integrujący się z Zachodem, będący ważnym partnerem gospodarczym.

Tę przyjaźń i podstawy gospodarczej współpracy trzeba budować już teraz, kiedy Ukraina się odbudowuje. Potem może być za późno.

Nie walczymy za naszą i waszą wolność

Przymierze polsko-ukraińskie powinno być oparte na trzech płaszczyznach: politycznej, gospodarczej i społecznej. Niedawna wizyta premier Ewy Kopacz w Kijowie doskonale koresponduje z tymi dwoma pierwszymi czynnikami. Polska rzeczywiście podczas tej wizyty zaproponowała, co nie zdarza się zbyt często, realny program zacieśnienia więzów gospodarczo–politycznych. Dość wspomnieć, że 100 mln euro kredytu udzielonego Ukrainie ma pójść na współpracę z polskimi przedsiębiorcami. Ponadto projekt wsparcia reform ustrojowych i „zaszczepienia polskiego modelu” na Ukrainie jest działaniem, które może przynieść daleko idące korzyści.

Problemy mogą się pojawić na płaszczyźnie społecznej. Choć Polska nigdy nie była tak pozytywnie postrzegana na Ukrainie, to wcześniej czy później konieczne będzie uporanie się z upiorami przeszłości. Nacjonalizm ukraiński mocno już się rozpuścił w patriotycznym uniesieniu i ma on ostrze wyraźnie antyrosyjskie, jednak problem miejsca UPA we wspólnej historii powróci.

W tym wszystkim bardzo wiele zależy jednak od samej Ukrainy. Jeżeli nie pokona ona własnych słabości i nie stanie się normalnym państwem – za naszą granicą słaniać się będzie kolejny chory człowiek Europy, który wcześniej czy później znajdzie się pod rosyjską kuratelą.

Przy realizacji tego czarnego scenariusza Polska musi zadbać przede wszystkim o własne interesy. W polskim wsparciu dla Ukrainy nie chodzi o szczytną walkę za naszą i waszą wolność czy ukrainofilstwo, lecz o realizację naszych celów na Wschodzie. Marzeniem jest prozachodnia i propolska Ukraina w ścisłym sojuszu z naszym krajem, jednak jeżeli będzie to niemożliwe, konieczne stanie się zadbanie o przynajmniej cel minimum, czyli zachowanie naszego bezpieczeństwa.

Zysk Polski to zwiększenie zainteresowania NATO i UE w tym regionie oraz wyciągnięcie z tego tytułu pewnych korzyści w ramach tych gremiów. Chodzi tu m.in. o większy wpływ na ich politykę oraz wzmocnienie obecności militarnej i wsparcia sprzętowego Sojuszu.

Polska musi mieć czas. Czas, żeby stworzyć silne gospodarczo i militarnie państwo oraz budować własny potencjał. Dopóki się tego nie osiągnie, trzeba być bardziej lisem niż lwem – państwem obrotowym, które nie pali za sobą wszystkich mostów.

Ofiara własnego sukcesu

Dziś, kiedy Warszawę odsunięto od stołu rozmów w sprawie rozwiązania kryzysu na Ukrainie, można poddać w wątpliwość całą dotychczasową taktykę. Polska polityka wschodnia stała się w pewnym sensie ofiarą własnego sukcesu. Udało się nam bowiem doprowadzić UE do pewnego punktu: od Partnerstwa Wschodniego poprzez zaangażowanie Unii w sprawy wschodnie do w końcu względniej solidarności wobec polityki Rosji. Mimo krytyki miękkości unijnych sankcji, przynoszą one jednak skutki. Nie ma też obecnie państwa unijnego, które jasno i wyraźnie sympatyzowałoby z tym, co Kreml robi na Ukrainie. Niemcy, które początkowo chciały przyjąć rolę pośrednika między Zachodem a Rosją, ostatecznie zdecydowały się na bardziej asertywną postawę. Nawet w tak podzielonej w tej sprawie Grupie Wyszehradzkiej udało się też doprowadzić do wytworzeniu wspólnego projektu pomocy w przeprowadzeniu reform wewnętrznych na Ukrainie.

„W polskim wsparciu dla Ukrainy nie chodzi o szczytną walkę za naszą i waszą wolność czy ukrainofilstwo, lecz o realizację naszych celów na Wschodzie”

Innym wymiarem tego sukcesu jest prozachodni zwrot Ukrainy. Nie należy zapominać o rosyjskiej reakcji, lecz warto mieć też na uwadze, że brak unijnej propozycji dla Wschodu oznaczałby Ukrainę jak i Gruzję oraz Mołdawię budujące dziś Unię Euroazjatycką. Rosyjskie wpływy nie kończyłby się na części Obwodu Donieckiego i Ługańskiego, ale na Sanie. Oczywiście Polska nie zawsze miała decydujący wpływ na te wszystkie zmiany, ale trudno sobie je wyobrazić bez polskiego nacisku.

Jest jednak też druga strona tego medalu. W specjalnym raporcie brytyjskiej Komisji Izby Lordów ds. Unii Europejskiej stwierdzono, że unijna dyplomacja weszła na Ukrainę „jak lunatyk”. Nie ma wątpliwości, kto najsilniej ją pchał w tym kierunku i tym samym wplątał w tę całą awanturę.

Efekt zaangażowania na rzecz Kijowa to nieobecność Warszawy w rozmowach w formacie normandzkim – wymuszona przez Kreml. Powrót Polski do stolika negocjacyjnego byłby możliwy, gdyby nagle bylibyśmy skłonni zaakceptować niekorzystne dla Ukrainy rozwiązania. Nasze straty mogłyby się jednak okazać dużo większe niż potencjalne zyski.

Inną sprawa to brak umiejętności polskiej dyplomacji w przedstawieniu konstruktywnego pomysłu na  zakończenie kryzysu. Jeżeli rozmowy w tej formule nadal będą się przebiegać tak, jak do tej pory, to zmiana formatu będzie koniecznością. I tutaj Polska mogłaby w końcu wystąpić z własną inicjatywą. Tylko czy wie, z jaką?

Polskie przebudzenie

Niestety, wydaje się, że Polska nie w pełni wykorzystuje swoje możliwości. Nie pierwszy raz nasze działania cechuje chaos, pewne niezgranie oraz fragmentaryczność. Pomimo deklaracji w expose ministra spraw zagranicznych Grzegorza Schetyny jak dotąd nie nawiązano szerszej współpracy z Białorusią, która w tym konflikcie zajmuję bardziej wypośrodkowane stanowisko. Brak też jakiś nowych inicjatyw z państwami bałtyckimi, Szwecją czy Finlandią, które wobec tego kryzysu wyrażają podobne opinie. Z ust polskich oficjeli często też można usłyszeć sprzeczne wypowiedzi dotyczące chociażby dozbrajania Ukrainy czy szkolenia ukraińskich żołnierzy.

Polska aktywność powinna się rozgrywać się na kilku polach. Najważniejszym zdaje się być Unia Europejska i NATO, czyli te gremia, gdzie można najwięcej realnie zdziałać. Warszawa pełni w nich rolę jastrzębia, co jest bardzo ważne dla zachowania jedności stanowiska wobec Rosji. W UE dodatkowym plusem mogłoby być pewne skoordynowanie działań polskiej dyplomacji z aktywnością szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska, chociażby po to, aby polskie inicjatyw łatwiej opakowywać w szaty europejskie. Kolejnym aspektem są samodzielne bądź regionalne projekty – i tu widać już pewne ożywienie.

„I tutaj Polska mogłaby w końcu wystąpić z własną inicjatywą. Tylko czy wie, z jaką?”

Po blisko pół roku uśpienia, w grudniu 2014 roku, nastąpiło przebudzenie naszej dyplomacji na odcinku wschodnim. Wizyta prezydenta Petro Poroszenki w Warszawie, gdzie padło z jego ust wiele ważnych deklaracji na temat dalszego kierunku Ukrainy, nieco wcześniejsza wizyta szefów dyplomacji Grupy Wyszehradzkiej w Kijowie z propozycjami wsparcia reform w tym kraju, wysłanie konwojów pomocy humanitarnej w rejon walk, szkolenie ukraińskich żołnierzy czy niedawna wizyta premier Ewy Kopacz w Kijowie stanowią już inicjatywy na pewno godne pochwały.

Przed polską dyplomacją stoi też w najbliższym czasie kilka poważnych wyzwań. Jednym z nich jest ustanowienie nowego planu działań dla Partnerstwa Wschodniego – nie do końca znamy jeszcze kierunek zmian w poszczególnych krajach. Do tego dochodzi bardzo możliwa kolejna eskalacja wojny na Wschodzie, w czasie której albo Zachód ponownie okaże swoją słabość wobec Rosji, albo w końcu pazur i zdecydowanie. Wypadałoby, żeby pałeczkę w zażegnywaniu tego kryzysu przejęły w końcu antyrosyjskie jastrzębie.

Niepotrzebna wojenka o wojnę

Obecnie Warszawa ma już dosyć napięte relacje z Moskwą. Niewpuszczenie marszałka Bogdana Borusewicza do Rosji, nagonka w tamtejszych mediach i wysyłanie niezbyt serdecznych not dyplomatycznych doskonale obrazują sytuację, której początków można się doszukiwać w wypowiedziach ministra Schetyny na temat II wojny światowej. Słowa szefa polskiego MSZ dotknęły czułego punktu Rosjan i trudno się dziwić ich reakcji. Co my na tym zyskaliśmy? Poza awansem na wroga numer jeden kremlowskiej propagandy – prawdopodobnie nic.

Nie oznacza to oczywiście, że Polska nie może reagować na skandaliczne zachowania Rosji na Ukrainie czy realizować swoich inicjatyw, jak np. obchody zakończenia II wojny światowej na Westerplatte. Lecz za tym samym przecież ministrem Schetyną wpadłoby powtórzyć, że „należy kontynuować dialog z Rosja tam, gdzie to jest możliwe”. Nie wchodzić na siłę w ton konfrontacyjny. Szef polskiej dyplomacji miał prawo wrazić swoją opinię na temat udziału Ukraińców w wyzwoleniu Auschwitz i obchodów 70. rocznicy zakończenia wojny, jednak mógł to zrobić w sposób dużo bardziej… dyplomatyczny.

„Czy wypadałoby, żeby pałeczkę w zażegnywaniu tego kryzysu przejęły w końcu antyrosyjskie jastrzębie?”

Polska nie może sobie pozwolić na rezygnację z kanałów porozumienia z Rosją i odtworzenia stanu zimnej wojny we wzajemnych stosunkach. Prócz Ukrainy jest wiele innych spraw, jak choćby szereg kwestii związanych z graniczącym z nami okręgiem królewieckim. Nie można też doprowadzić do sytuacji, kiedy wszyscy pewnego dnia się z Rosją się dogadają, a Polska nadal będzie na cenzurowanym.

Ewentualności jest wiele…

Przewidywanie przyszłości i pisanie pod nią jednej strategii to czynność wysoce niepoważna i nieefektywna. Przyszłości bowiem nigdy nie da się do końca przewidzieć. Dziś nigdzie indziej nie jest to tak widoczne jak na Ukrainie. To, co można zrobić, to przygotowywać się na różne ewentualności, dostosowywać się do zmieniających okoliczności i w miarę możliwości faktycznie kreować rzeczywistość. Tych ewentualności jest jednak wiele, a imię ich jest Legion…

Dla nas najlepszą opcją jest klęska projektu rosyjskiego, naprawa ukraińskiej państwowości oraz mozolna praca na rzecz integracji z Zachodem przy ścisłej współpracy z Polską. Dalsza eskalacja konfliktu przez Rosję nie wróży złagodzenia kursu, co naturalnie będzie się przekładać na jej sytuację finansową. Rosja mogłaby się znaleźć wówczas na wirażu. Jeżeli Kijów będzie miał dość siły i determinacji, by przy tak skrajnych warunkach reformować swój kraj i stawiać skuteczny opór agresorowi, a Polska wraz ze swoimi partnerami zapewni uwagę i wsparcie w tych kwestiach, to szansa na to istnieje.

Zachód może też, choćby dla świętego spokoju, poddać się i pójść w końcu na układ z Rosją. W szczególności, gdy po wyborach w krajach członkowskich UE do władzy zaczną dochodzić partie o zabarwieniach prorosyjskich, jak np. Front Narodowy we Francji. Rozczarowanie Zachodem, jeżeli zostałoby połączone z (kolejną) porażką władz w Kijowie, mogłoby również spowodować skłonienie się społeczeństwa ukraińskiego do ruchów skrajnych i populistycznych.

Rozbicie europejskiego stanowiska i podporządkowanie Ukrainy wzmocniłoby naturalnie Kreml, co z drugiej strony wymagałoby reakcji Stanów Zjednoczonych. Jednak Waszyngton nie może też zapominać o regionie Pacyfiku i Bliskim Wschodzie.

Czy wówczas, jak wieszczył jeszcze w 2009 roku George Friedman, USA wzmocni Polskę w roli zapory przed rosyjskim imperializmem? Czy przeciwnie, wobec obojętności Stanów oraz podzielonej i osłabionej Unii, Polska przy „nowym dealu” z Rosją będzie starała się wyciągnąć dla siebie jak najwięcej, a Ukraińcom powie się wtedy to, co marszałek Piłsudski 15 maja 1923 roku w Szczypiornie do internowanych oficerów Petlury: „Ja was przepraszam, panowie, ja was bardzo przepraszam. Tak nie miało być”?

#Ukraina

Facebook Comments
Jakub Wojas
Korespondent

    Jakub Wojas - absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Laureat stypendiów Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego i JM Rektora UJ. Odbył praktyki w Stałym Przedstawicielstwie RP przy ONZ w Genewie oraz w ambasadzie RP w Hadze. Na przełomie stycznia i lutego 2014 r. aktywista kijowskiego Euromajdanu. Korespondent w czasie interwencji rosyjskiej na Krymie i na wschodniej Ukrainie. Podchorąży kawalerii ochotniczej.

    ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY