Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Jakub Wojas

Lenin wciąż żywy na wschodzie Ukrainy

W ciągu ostatniego roku z terytorium Ukrainy usunięto ich już dość sporo. Jednak nie wszystkie. Ich trwanie wyznacza de facto granicę między „zachodnią” a „wschodnią” Ukrainą, między jej proeuropejskim a prorosyjskim obliczem. O losie pomników Włodzimierza  Lenina – zarówno tych wciąż dumnie stojących na głównych placach miast, jak i tych wzniesionych w sercach prostych ludzi – pisze w swojej korespondencji Jakub Wojas.

Pomnik Włodzimierza Lenina. Autor: Mikhail Kryshen. Źródło: flickr.com

Pomnik Włodzimierza Lenina. Autor: Mikhail Kryshen. Źródło: flickr.com

Pomnikowa granica

Pomniki wodza rewolucji – Włodzimierza Ilicza Lenina, bo nich tu mowa, jeszcze niedawno rozsiane po całej Ukrainie, dziś można spotkać regularnie mniej więcej dopiero od obwodu połtawskiego. Niekiedy są pomalowane w niebiesko-żółte barwy, a niekiedy – jak w Kramatorsku – nawet i to nie, stoją niewzruszone od kilkudziesięciu lat. Porewolucyjny i patriotyczny nastrój wywrócił wiele z nich, lecz na pewnych obszarach Ukrainy pozostał na nie za słaby i co znamienne, chodzi tu o te tereny, które jeszcze wiosną 2014 r. miała obejmować tzw. Noworosja. Tutejszym mieszkańcom Lenin nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie – niechęć do wodza rewolucji wywołuje oburzenie: porządny człowiek, co Ci z Kijowa od niego chcą? Trwanie pomników Włodzimierza Ilicza to symptom pewnego społecznego zjawiska, które charakteryzuje ten region. Przez nie swojego planu nie zrealizował Putin, na nim także zawodzi się Ukraina.

Ukraina – nie, ale separatyści też nie

W pociągu relacji Konstantinówka – Kijów sześćdziesięciokilkuletni emeryt Jura z Kramatorska przegląda starą gazetę daną mu przez współpasażera Wiktora ze Słowiańska. – Patrz pan, rok temu, w tym Słowiańsku, sami ukraińscy patrioci, a jak przyszło co do czego to wyszli z nich separatyści – komentuje mężczyzna. Wiktor nie odpowiada, jest starszy od Jury. Jedzie aż do Kijowa, co jest dla niego prawdziwym wyzwaniem, bo już od wielu lat nie ruszał się poza obręb własnego miasta. W kubku rocznicowym Wielkiej Wojny Ojczyźnianej popija alkohol. W rozmowach na temat obecnej wojny, potępia obie strony, ale bez jakiejś specjalnej zajadłości, a nawet z obojętnością. Z zaciekawieniem tylko pyta: – A w Kramatorsku to dużo zniszczeń? Bo u nas to dużo. Wiktor nie pozostawia złudzeń – wielka polityka nie dla niego. No, może poza nostalgią za „Sowieckim Sojuzem”. Na widok ruin jakiegoś gmachu w jednym z miast mówi: – O proszę, ZSRR budowało, a Ukraina zniszczyła.

Tu, na wschodzie Ukrainy, Wiktor nie jest wyjątkiem. Wręcz przeciwnie. Jest on w pewnym sensie reprezentantem powszechnej i zarazem specyficznej postawy dla tego regionu. Do czasu letniej ofensywy ukraińskiej zarówno Kramatorsk jak i Słowiańsk były jeszcze pod władzą separatystów. To drugie miasto rywalizowało nawet o laur rebelianckiej stolicy. Jednak nawet tutaj, podobnie jak w wielu innych miejscach południowej oraz wschodniej Ukrainy, nie zostało wzniecone prorosyjskie powstanie na które liczył Kreml. Rewolucyjny ogień ze Słowiańska i Kramatorska, choć rozpalony, był za słaby nie tylko, by przenieść się w pozostałe miejsca, ale też by móc utrzymać się u siebie. Po odbiciu miast przez armię ukraińską ich mieszkańcy poddali się biegowi wypadków. Pomimo że część przeszła na stronę separatystów to reszta nie stawiała powszechnego oporu i nie prowadziła akcji dywersyjnych. Separatyści byli, ale teraz już ich nie ma. Tyle.

Mój inny współtowarzysz podróży jest Gruzinem, który od dwudziestu lat mieszka w Kramatorsku. Michaił co roku jeździ do Gruzji i choć przyznaję, że tam jest lepiej, to mimo wojny zostaje na Ukrainie. Tu ma dom, rodzinę, pracę. – A jak to jest z tutejszymi mieszkańcami? Kogo oni w końcu popierają? Separatystów czy Ukrainę? – pytam młodego mężczyznę. – Ani tych, ani tych. Nie ważne, kto będzie rządził – czy separatyści, czy Ukraina. Ważne, żeby był spokój. Żeby można było spokojnie żyć, pracować. Reszta już jest po prostu obojętna.

Ukraiński spokój, noworosyjska niepewność

– Dzień dobry, czy możemy prosić pana dokumenty? – w ten sposób ukraińscy milicjanci zwracają się do każdego mężczyzny na kramatorskim dworcu. W razie wątpliwości natychmiast sprawdzają delikwenta w swoich kartotekach, dzwonią do jego zakładu pracy, miejsc w których przebywał itp. Dworcowy posterunek został ostatnio wzmocniony o kilku dodatkowych ludzi. Wszystko to w obawie przed atakiem terrorystycznym. Jest to jednak jak na razie jedyna niedogodność jaka może spotkać osobę przybywającą do Kramatorska. Poza tym, jest tu upragniony spokój.

Kramatorsk jest jednym z punktów wypadowych na ukraiński front. Jakby w przeciwieństwie do pobliskiego Słowiańska, który był jedną z siedzib separatystów, to tutaj mieści się sztab ukraińskiej operacji antyterrorystycznej (w skrócie ATO). Podobnie jak większość miast regionu jest to także ośrodek przemysłowy. Gołym okiem jednak widać, że główne zakłady swój okres świetności przeżywały dawno temu, w sowieckich czasach.

Samo miasto nie ucierpiało znacznie w trakcie obecnego konfliktu. Wszystko wydaje się działać normalnie – ludzie chodzą do pracy, dzieci do szkoły. Można pójść do kawiarni, restauracji, pospacerować po parku, usiąść pod pomnikiem Lenina i przyswoić sobie hasło widniejące na stojącym nieopodal billbordzie:  „Kramatorsk to Ukraina”. Jedynie przez odnowiony w zeszłym roku dworzec kolejowy nieustannie przewijają się żołnierze, dziennikarze i obserwatorzy OBWE, świadcząc o tym, że gdzieś niedaleko coś się dzieje.

Na Ukrainie powszechnie odczuwalne jest wrażenie, że spodziewana niedługo ofensywa rosyjska pójdzie na południe, na Mariupol, aby utworzyć korytarz na Krym. Problem w tym, że po ostatnim porozumieniu cała ukraińska linia obrony jest znacznie osłabiona, zaś linia frontu znajduje się w odległości ok. 70 km od Kramatorska. Jeden poważny atak i znów to miasto może być zagrożone. Mieszkańcy nie będą witać separatystów kwiatami, ale bronić swojej miejscowości raczej też nie. Skoro Ukraina nie daje sobie rady to po co jej pomagać? – łatwo uzasadnia swoją bierność miejscowa ludność. Wystarczy przecież, żeby separatyści zapewnili spokój i stabilizację – każda klęska Ukraińców tylko umacnia takie przekonanie.

Na korzyść Ukrainy gra jednak jedna zasadnicza rzecz. To, co obecnie się dzieje w separatystycznych republikach, czyli powstanie państw o charakterze niemalże mafijnym, jest daleko bardziej gorsze od sytuacji na terenach pod ukraińską, czy też nawet jak określa to rosyjska propaganda, „faszystowską kontrolą”. Poznanie zatem prawdziwego oblicza Noworosji paradoksalnie może obudzić ukraińskiego ducha tam, gdzie nadal jeszcze towarzysz Lenin jest bohaterem.

Facebook Comments
Jakub Wojas
Korespondent

    Jakub Wojas - absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Laureat stypendiów Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego i JM Rektora UJ. Odbył praktyki w Stałym Przedstawicielstwie RP przy ONZ w Genewie oraz w ambasadzie RP w Hadze. Na przełomie stycznia i lutego 2014 r. aktywista kijowskiego Euromajdanu. Korespondent w czasie interwencji rosyjskiej na Krymie i na wschodniej Ukrainie. Podchorąży kawalerii ochotniczej.

    ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY