Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Jakub Wojas

Czekając na atak, czyli notatki z ukraińskiego frontu

– Za żadne skarby nie pójdę do regularnej armii. Tym wojskiem nie wiadomo, kto dowodzi. W batalionach ochotniczych to przynajmniej wiadomo, że chcą walczyć i wygrać. Tylko , że im walczyć nie dają – zwierza się jeden z działaczy społecznych zaangażowany w ruch wsparcia dla jednostek frontowych.
O morale panującym w ukraińskiej armii, problemach organizacyjnych operacji antyterrorystycznej prowadzonej na wschodzie Ukrainy i podobieństwie Ihora Kołomojskeigo do Jeremiego Wiśniowieckiego pisze Jakub Wojas w relacji z Ukrainy.

Ukraiński front. Autor:  Sasha Maksymenko. Źródło: flickr.com

Ukraiński front. Autor: Sasha Maksymenko. Źródło: flickr.com

Na tyłach frontu

Na pierwszym punkcie kontrolnym przed bazą w Kramatorsku, oddalonym od niej o jakieś 200 m czekam od godziny na tutejszego oficera prasowego.
– Mogliby panowie powiadomić kogoś w bazie, że ja tutaj jestem i czekam? – pytam jednego z dwóch wartowników kontrolujących samochody wjeżdżające do bazy bądź skręcające w pobliską drogę. Żołnierz bezradnie rozkłada ręce: – Niestety, nie mamy sieci.

– Ale możecie chyba połączyć się przez ten wasz telefon?– wskazuję na aparat przypominający te, które widziałem chociażby w filmach o przygodach czterech pancernych i psa. – Nie. Przez to, to my możemy się porozumieć tylko z punktami kontrolnymi dookoła bazy. Z samą bazą to my nie mamy żadnego kontaktu – słyszę w odpowiedzi. – Ale macie tutaj jakieś centrum prasowe? – nie daję za wygraną. – A ja wiem? To duży teren. My tu tylko samochody sprawdzamy.

Baza w Kramatorsku jest rzeczywiście dość spora. Obejmuję obszar dwóch lotnisk – cywilnego i wojskowego. To tutaj mieści się główna siedziba tzw. ukraińskiej operacji antyterrorystycznej (ATO), czyli tak naprawdę ukraińskiego frontu. W porównaniu z tym, co jeszcze kilka miesięcy temu widziałem pod Mariupolem, to jak na główny sztab nie wygląda to dobrze. Trochę okopów, kilku żołnierzy na warcie, brak poważnego uzbrojenia.

Tego samego dnia problem z wejście mam nie tylko ja, ale czasami także i mundurowi. Ktoś czegoś nie sprawdził, nie załatwił, nie powiadomił. Wartownicy znowu bezradnie rozłożyli ręce i trzeba czekać. Ruch do tej oddalonej nieco od miasta bazy jest dość spory. Co chwila wjeżdżają bądź wyjeżdżają ciężarówki z żołnierzami, transportery opancerzone. Czołgów, których jak podają media przybywa po stronie wroga, tutaj brakuje.

Jakieś 70 km od tego miejsca znajduje się linia frontu. „Linia frontu”, czyli miejsce gdzie stale naruszana jest umowa Mińsk-2. Niemalże całą strefę ATO obsadzają obecnie żołnierze batalionów ochotniczych i gwardii narodowej, są one jednak mocno osłabione przez wycofanie ciężkiego sprzętu. Tymczasem powszechne jest przekonanie, że już w kwietniu ruszy kolejna rosyjska ofensywa. Można jednakże nabrać wątpliwości czy przekonanie to dotyczy też ukraińskiego dowództwa.

– Jakbym teraz szedł do wojska to tylko do batalionu ochotniczego. Za żadne skarby nie pójdę do regularnej armii – mówi mi Jan, były majdanowiec, działacz społeczny zaangażowany w ruch wsparcia dla jednostek frontowych. – Tym wojskiem nie wiadomo, kto dowodzi – tłumaczy. Jan wyjaśnia, że ukraińskie wojsko było za czasów prezydenta Wiktora Janukowycza tak przefiltrowane przez Rosjan, że „strach tam iść”. W batalionach ochotniczych to przynajmniej wiadomo, że chcą walczyć i wygrać. Tylko walczyć nie dają. Z jego słów wygląda to tak, jakby wojna toczyła się pomiędzy uległą władzą a chcącym bronić kraju narodem.

Od Jana później dowiaduję się o tego, co coraz częściej można usłyszeć na Ukrainie: rosnąca frustracja, marazm spowodowanym ciągłymi klęskami i brakiem reform, i to że nic się nie zmienia. W pewnej chwili słyszę: – Widzisz oligarchia zniszczyła I Rzeczpospolitą, a teraz niszczy Ukrainę. I w tym punkcie nasza rozmowa przechodzi na temat, który obecnie musi się pojawić w kontekście wojny ukraińsko-rosyjskiej – Ihor Kołomojski.

Być jak kniaź Jarema

Magnat medialny, „król chemii” i do niedawna gubernator obwodu Dniepropietrowskiego w jednym ostatnimi czasy zaczął tracić wpływy. Zaczęło się od odwołania jego zausznika, prezesa spółki z branży energetycznej Ukrtransnaft, Aleksandra Łazorko. W odpowiedzi Kołomojski dokonał zbrojnego ataku na gmach przedsiębiorstwa w centrum Kijowa tłumacząc to walką „z prorosyjskim dywersantami”. Jednak po reprymendzie od prezydenta złożył dymisję ze stanowiska gubernatora.

Kołomojski był podejrzewany m.in. o podkradanie ropy z tranzytowych rurociągów Ukrtransnaft i według oficjalnej wersji obecne działania podejmowane przeciw niemu to walka z patologicznym systemem oligarchicznym na Ukrainie. Jednakże w rozmowach na temat byłego gubernatora Dniepropietrowska jak mantra powracają słowa: – Ale dlaczego akurat on? Co z resztą? Dlaczego nie wszyscy?

Przeczytaj:
W przeddzień ukraińskiej “wojny na górze”

Jak dotąd nie podjęto bowiem walki z innymi królewiętami i to nawet tymi, którzy są przychylni Rosji. Podjęto za to walkę z Ihorem Kołomojskim, który prócz ciemnej strony, nie różniącej się zbytnio od reszty ukraińskich oligarchów, ma też tą jasną. To z jego  inicjatywy wiosną 2014 r. zaczęły powstawać pierwsze bataliony ochotnicze, które na serio rozpoczęły walkę ze stroną prorosyjską i do dziś to on finansuje znaczną ich część. Można nawet powiedzieć, że południowy odcinek frontu ukraińskiego jest na jego utrzymaniu. Co więcej, w ostatnim czasie to jego oddziały sprzeciwiały się podporządkowaniu rozkazom dowództwa nakazującym wycofanie się z strategicznych odcinków frontu jak np. ten pod Mariupolem.

Po Rewolucji Godności majątek Kołomojskiego na Ukrainie zaczął gwałtownie rosnąć. W Rosji stracił on wszystkie swoje interesy decyzją władz Kremla. Były gubernator prezydenta Putna nazywa „osobistym wrogiem”. W odpowiedzi rosyjska propaganda nadała mu miano „żydobanderowca”. Zwycięstwo Rosji w tej wojnie oznaczać będzie koniec „króla chemii”.

Ihor Kołomojski jest dziś kimś na wzór kniazia Jaremy Wiśniowieckiego. Podobnie bowiem jak w wypadku polskiego magnata prywatne interesy „księcia” Ihora w niespodziewany sposób zlały się z interesem państwowym. Książę wojewoda najsilniej i najskuteczniej tłumił kozacką rebelię, która zagrażała jego latyfundiom. Dziś „książę” gubernator najefektywniej broni ukraińskiej ziemi przed rosyjską agresją, gdyż ta może zniszczyć jego imperium. Obecnie wydaje się, że następna rosyjska ofensywa pójdzie na południe. Usunięcie Kołomojskiego może oznaczać poważne osłabienie dla tego właśnie odcinka frontu. Choć oligarcha wysyłał ostatnio sygnały, że może się porozumieć nawet z drugą stroną to paradoksalnie właśnie jego mit obrońcy ojczyzny może się teraz umocnić.

Jeszcze do niedawna mówiło się, że prócz opinii sprawnego gubernatora Ihor Kołomojski może się cieszyć „posłuchem” wśród znacznej części członków Rady Najwyższej. Z kolei już dziś poparcie dla ukraińskiego rządu i prezydenta spada na łeb na szyję. Ewentualna kolejna klęska na froncie to coraz gorsze nastroje zarówno wśród społeczeństwa jak i wojska, któremu „nie dają walczyć”. W takich warunkach bardzo łatwo może się pojawić oczekiwanie nowego przywództwa.

Na Ukrainie rośnie ferment. Ten, który jeszcze niedawno skutecznie bronił kraju i chce walczyć, teraz przegrany, już niedługo może na tym fermencie sporo zyskać.

Jakub Wojas na Eastbook.eu

Facebook Comments
Jakub Wojas
Korespondent

    Jakub Wojas - absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Laureat stypendiów Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego i JM Rektora UJ. Odbył praktyki w Stałym Przedstawicielstwie RP przy ONZ w Genewie oraz w ambasadzie RP w Hadze. Na przełomie stycznia i lutego 2014 r. aktywista kijowskiego Euromajdanu. Korespondent w czasie interwencji rosyjskiej na Krymie i na wschodniej Ukrainie. Podchorąży kawalerii ochotniczej.

    ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY