Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Krzysztof Rak

Czas na polsko – polski kompromis

„Politycy mają często w zwyczaju wzywać swoich konkurentów do kompromisu. Nie chodzi im jednak o zgodę, lecz wykazanie opinii publicznej, że to oni są koncyliacyjni, a ich adwersarze kłótliwi. To chwyt propagandowy, dobrze znany każdemu, kto interesuje się polityką. Nie o nim tu jednak będzie mowa”.

Zapraszamy do lektury tekstu Krysztofa Raka, który ukazał się na stronie Ośrodka Studiów Strategicznych.

Prezydent Donald Tusk i Kanclerz Angela Merkel, 2015 rok. Autor: European People's Party, źródło: Flickr

Prezydent Donald Tusk i Kanclerz Angela Merkel, 2015 rok. Autor: European People’s Party, źródło: Flickr

  • Brak kompromisu jest istotną cechą polityki polskiej, która przez to staje się sztuką niemożliwego. Charakteryzuje on okres rządów PO i PIS.
  • Toczona od dekady wojna polsko-polska powoduje, że obecnie pozycja naszego kraju na arenie międzynarodowej jest bardzo słaba, być może najsłabsza w całej historii III RP. Słabsza, aniżeli wskazywałyby na to nasze realna siła, położenie geopolityczne i zasoby.
  • Nawoływanie do porozumienia i zgody dla wielu może się wydawać wyrazem braku realizmu i pięknoduchostwa. Tyle że mamy do czynienia z sytuacją albo-albo. Albo zawrzemy pokój w sprawach zagranicznych, albo inni będą traktować Polskę jako narzędzie do realizacji swoich interesów. Tertium non datur. Jeśli nie zawrzemy pewnego minimalnego kompromisu, to nie będzie polskiej polityki zagranicznej.
  • W nowej konstelacji międzynarodowej brak kompromisu może pewnego dnia zagrozić sprawom znacznie ważniejszym, takim jak byt państwa i narodu oraz suwerenność i niepodległość Polski.

Politycy mają często w zwyczaju wzywać swoich konkurentów do kompromisu. Nie chodzi im jednak o zgodę, lecz wykazanie opinii publicznej, że to oni są koncyliacyjni, a ich adwersarze kłótliwi. To chwyt propagandowy, dobrze znany każdemu, kto interesuje się polityką. Nie o nim tu jednak będzie mowa

Interesuje nas kompromis prawdziwy, a nie udawany i taktyczny. Jego brak jest istotną cechą polskiej polityki, która przez to staje się sztuką niemożliwego.
Demokracja to nie tylko zarządzanie sporem pomiędzy zorganizowanymi frakcjami społeczeństwa i sposób pokojowego przekazywania władzy. Efektywna demokracja to także pewien minimalny kompromis w najważniejszych dla społeczeństwa sprawach. Projekty i przedsięwzięcia o żywotnym znaczeniu dla wspólnoty nie mogą zostać ukończone w trakcie okresu rządów jednej z partii i dlatego wymagają akceptacji partii konkurencyjnej. Dotyczą one racji stanu, czy żywotnych interesów, a więc tych dziedzin, od których zależy trwanie państwa.

Jedną z nich jest polityka zagraniczna. Jej podstawowym celem jest zapewnienie suwerennego i niezależnego trwania państwa na arenie międzynarodowej, zapewnienie bezpieczeństwa oraz możliwości wywierania wpływu na jego bliższe i dalsze otoczenie.

Ciągłość polityki

Bez ponadpartyjnego kompromisu państwo nie ma polityki zagranicznej. Ta prawda niestety nie zadomowiła się jeszcze w realiach naszej polityki, mimo iż jest czymś bardzo prostym do udowodnienia na przykładzie naszych własnych niepowodzeń.

W trakcie pierwszej dekady III RP najważniejsze siły polityczne potrafiły porozumieć się w kwestii strategii zewnętrznej. Po 1991 roku skupiły się na osiągnięciu członkostwa w Sojuszu Północnoatlantyckim i Unii Europejskiej. Realizacja tego zamierzenia była możliwa tylko dlatego że dwie największe siły polityczne owego czasu: obóz postsolidarnościowy i postkomunistyczny podzielały to dążenie. Mimo wielokrotnej zmiany rządów najważniejsze priorytety nie ulegały zmianie.

Początek końca ponadpartyjnego konsensusu związany jest paradoksalnie z osiągnięciem wyznaczonych celów. Wejście do instytucji euroatlantyckich pozbawiło polskie elity polityczne ambitnego i spektakularnego celu do realizacji. Niektórym wydawało się nawet, że integracja euroatlantycka będzie równoznaczna z końcem polskiej historii i polityki. Zniknąć miały bowiem zewnętrzne zagrożenia a członkostwo w ekskluzywnym klubie Zachodu zapewnić miało Polakom dostatek i spokój. Miał to być swoisty „koniec historii”, a w każdym razie koniec tych wyzwań, którym Polska musiała wielokrotnie stawiać czoła.

To złudne poczucie bezpieczeństwa sprawiło zapewne, że z taka zapamiętałością oddaliśmy się wewnętrznej wojnie. W połowie pierwszej dekady XXI wieku zmienił się krajobraz polityczny w naszym kraju. Przestał go określać podział na obóz postkomunistyczny i solidarnościowy. Upadek AWS i SLD otworzył drogę nowemu układowi sił. Partie, które doszły do władzy pod hasłami wyplenienia postkomunizmu, szybko odkryły wroga w samych sobie. Niedoszli koalicjanci PO-PiS zaraz po wyborach roku 2005 rozpoczęli wojnę. I stali się jej beneficjentami, albowiem w ten sposób zdominowali na dekadę polityczną scenę.

Jednym z najważniejszych pól bitewnych uczynili politykę zagraniczną. Wojna polsko-polska w bezprecedensowy sposób osłabiła pozycje Polski na arenie międzynarodowej. By nie być gołosłownym, rozważmy dwa kazusy: polityki europejskiej oraz stosunków z Berlinem i z Moskwą.

Lizbońska porażka

Polskie elity polityczne skrzętnie skrywają fakt, że na arenie europejskiej od roku 2005 ponosimy spektakularne klęski. Przegraliśmy negocjacje dotycząc reformy instytucji integracji europejskiej i nowego sposobu podejmowania decyzji przez UE. I to z własnej winy.

Ostateczna faza negocjacji traktatu lizbońskiego miała miejsce w roku 2007. Dla Polski główną stawką był sposób podejmowania decyzji przez Radę. Dotychczasowy, wynegocjowany w 2000 r. w Nicei, dawał Polsce bardzo silną pozycję. Nasz głos w najważniejszym organie decyzyjnym Unii miał prawie taką samą wagę, jak głos mocarstw – Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii. Na dodatek większość decyzji Rada podejmowała jednomyślnie, a więc dysponowaliśmy rodzajem prawa weta, gdyby nasi partnerzy chcieli podjąć niekorzystną dla nas decyzję.

Unijne mocarstwa uznały, że zasady wynegocjowane w Nicei winny zostać zmienione. UE wskutek kolejnych fal rozszerzenia liczyła coraz więcej członków i przez nicejski mechanizm decyzyjny stawała się niezdolna do skutecznego działania. W związku z tym podjęto nowy program reform, polegający na uzależnieniu siły głosu od wielkości populacji danego państwa oraz radykalnie zmniejszono liczbę obszarów, w których obowiązywało jednomyślne podejmowanie decyzji.

Propozycja mocarstw była skrajnie niekorzystna dla Polski, ponieważ w porównaniu z wówczas obowiązującym traktatem nicejskim drastycznie obniżała nasz wpływ na decyzje Unii. Dość powiedzieć, że zgodnie z Niceą siła naszego głosu była prawie taka sama jak Niemiec, a zgodnie z nowa propozycją stanowiła mniej więcej połowę. Tak więc negocjacje traktatu lizbońskiego toczyły się o wielką stawkę.

Niestety, naszym negocjatorom nie udało się nawet wynegocjować określania siły głosów według tzw. metody pierwiastkowej, która w gruncie rzeczy zbliżona była do propozycji mocarstw. Uzyskaliśmy jedynie odsunięcie w czasie wejścia w życie, niekorzystnych dla nas rozstrzygnięć. Co gorsza, zgody na lizboński mechanizm decyzyjny nie przehandlowaliśmy za inne korzystne dla nas ustępstwa mocarstw, np. za wyłączenie Polski z niekorzystnej polityki klimatycznej.

Dlaczego przegraliśmy te negocjacje, mimo iż dysponowaliśmy wetem? Polskie stanowisko nie znalazło żadnego wsparcia wśród innych państw. W trakcie miesięcy poprzedzających szczyt nie udało się nam przekonać innych do metody pierwiastkowej. Mimo to nie szukaliśmy alternatywnego, ale nadal korzystnego dla nas, rozwiązania kurczowo trzymając się naszej pozycji negocjacyjnej. W efekcie w pierwszych godzinach rokowań nasi decydenci musieli z niej zrezygnować i w trakcie tej rozgrywki pozbawieni byliśmy mocnych kart. Krótko mówiąc, polska dyplomacja nie odrobiła pracy domowej.

Nie udało się również porozumieć z opozycją. Nasi negocjatorzy nie mieli silnego mandatu, ponieważ nie czuli wsparcia ze strony opozycji. Przeciwko sobie mieli nie tylko partnerów z zagranicy, ale i polityków w Polsce. Obawiali się, że w przypadku fiaska rokowań zostaną zaatakowaniu we własnym kraju jako nieodpowiedzialni awanturnicy. Negocjowanie traktatu lizbońskiego to kliniczny przykład tego, jak brak strategicznego konsensusu spowodował słabość pozycji Polski w grach dyplomatycznych.

Jarosław Kaczyński. Autor: Piotr Drabik, źródło: Flickr

Jarosław Kaczyński. Autor: Piotr Drabik, źródło: Flickr

Między Rosją i Niemcami

Innym skutkiem braku kompromisu jest rozgrywanie stron wojny polsko-polskiej przez mocarstwa. Za przykład służą nasze relacje z Berlinem i Moskwą.

W stosunkach z naszym zachodnim sąsiadem nie potrafimy załatwić najprostszych spraw. Od końca lat 80. XX wieku podnoszona jest kwestia nauczania języka polskiego w Niemczech. Polska ma w tym szczególny interes, albowiem na terytorium RFN żyje przeszło 2 mln osób pochodzących z Polski i posługujących się językiem polskim. Z tego powodu w traktacie polsko-niemieckim z roku 1991 strony zobowiązały się do rozszerzania „możliwości nauki języka drugiego kraju w szkołach, uczelniach i innych placówkach oświatowych.” Od tego momentu minęło ćwierćwiecze a praktyka jest taka, że w Polsce rozszerza się cały czas możliwość nauki języka niemieckiego, a w Niemczech ogranicza– polskiego. Berlin gra na czas. Gdy u władzy była partia, która próbowała silniej akcentować realizację polskich interesów, to nie podejmowano z nią rozmów i czekano aż do władzy dojdą reprezentanci sił bardziej koncyliacyjnych. W relacjach z Berlinem nie udało się nam działać w sposób asertywny, tj. zdecydowany, ale zarazem spokojny. Zamiast tego przechodziliśmy od polityki ustępstw do polityki, w której zapominaliśmy o konieczności łączenia zdecydowania w treści z łagodnością w formie.

Co gorsza konsensusu nie było nie tylko pomiędzy rządem a opozycją, ale nawet w ramach obozu władzy, co Berlin rzecz jasna potrafił wykorzystać. W latach 2009-2010 polskie MSZ próbowało rozwiązywać tzw. problemy trudne w stosunkach dwustronnych. Przede wszystkim skupiło się na problemie statusu mniejszości polskiej w Niemczech i nauczaniu języka polskiego. W momencie gdy wydawało się, że determinacja strony polskiej przynosi pierwsze efekty, kierowanie sprawą odebrano MSZ i przekazano Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. A urzędnicy premiera po prostu poddali polskie pozycje.

Nasi partnerzy, jak widać, mogą w negocjacjach z Polską bezkarnie stosować taktykę gry na czas. Wiedzą bowiem, że Polacy nie tylko nie potrafią porozumieć się pomiędzy sobą, ale często nie mają ani strategii, ani nawet jednolitego stanowiska. Tak więc każda zmiana polityka lub urzędnika może przynieść w rezultacie oczekiwane ustępstwa strony polskiej. Wystarczy wykazać się elementarną w stosunkach międzynarodowych cierpliwością.

Naszym politykom w stosunkach z Niemcami nie udało się osiągnąć koniecznej w dyplomacji równowagi pomiędzy twardym realizowaniem interesów narodowych a elastycznością i pragmatyzmem w dochodzeniu do kompromisu. Jedni stawiali poprzeczkę zbyt wysoko, z kolei inni – zbyt nisko. Kluczem do skutecznej dyplomacji jest tymczasem umiar i umiejętność zdefiniowania złotego środka.

Podobne zjawisko można dostrzec w stosunkach naszym wschodnim sąsiadem – Rosją. Na początku roku 2008 polski rząd dokonał wielkiej operacji ocieplenia stosunków z Moskwą. Zrobił to bez strategii, ani określenia celów, jakie chciałby dzięki temu osiągnąć. Jedną z ważniejszych kalkulacji, jaka nim kierowała było wykazanie, że jest skuteczniejszy od swoich poprzedników. Ocieplanie kontynuowano mimo, iż w sierpniu 2008 r. Rosja sprowokowała wojnę z Gruzją i potwierdziła w ten sposób, że imperializm jest podstawową składową jej polityki. Warszawa nie zmieniła jednak swojego stosunku do Moskwy. Zbliżenie z Kremlem było bowiem elementem wewnątrzkrajowej walki politycznej. Na, taktycznym jak już wiemy, „ociepleniu relacji” zyskała przede wszystkim Rosja, która w grach z mocarstwami zachodnimi mogła posługiwać się argumentem, że dla dobra polityki europejskiej porozumiała się nawet z rusofobicznymi Polakami.

Toczona od dekady wojna polsko-polska powoduje, że obecnie pozycja naszego kraju na arenie międzynarodowej jest bardzo słaba, być może najsłabsza w całej historii III RP. Słabsza, aniżeli wskazywałyby na to nasze realna siła, położenie geopolityczne i zasoby. Na arenie międzynarodowej gramy wyraźnie poniżej naszych możliwości. A przecież nie tak miało być. Osiągniecie członkostwa w NATO i UE miało wzmocnić nasza pozycję międzynarodową. A wydaje się, że ją osłabiło. Jakim bowiem cudem w roku 2000 nie będąc jeszcze w UE wynegocjowaliśmy niezwykle korzystny traktat nicejski, a w 2007 roku, będąc pełnoprawnym członkiem tej organizacji, przegraliśmy traktat lizboński?

Konsensus strategiczny

Przegraliśmy, ponieważ nie ma skutecznej polityki zagranicznej bez konsensusu elit. Nawoływanie do porozumienia i zgody dla wielu może się wydawać wyrazem braku realizmu i pięknoduchostwa. Tyle że mamy do czynienia z sytuacją albo-albo. Albo zawrzemy pokój w sprawach zagranicznych, albo inni będą traktować Polskę jako narzędzie do realizacji swoich interesów. Tertium non datur. Jeśli nie zawrzemy pewnego minimalnego kompromisu, to nie będzie polskiej polityki zagranicznej.

Sam kompromis nie wydaje się znowu aż tak trudny. To bowiem kwestia naszej woli. Zgody nie wymusi zmiana konstytucji, bowiem żadna norma prawna nie może zastąpić poczucia odpowiedzialności elit. Zgody nie da się zadekretować. Normę prawną skądinąd poprzedza akt politycznej woli i nic go nie zastąpi. Nie ma innej drogi, jak zaapelowanie do rozumu, serca i sumienia, apel o to, by każdy, kto chce dobrej przyszłości państwa i narodu działał na rzecz tego kompromisu.

Warunkiem porozumienia winno być zastosowanie opcji zerowej, polegającej na zaprzestaniu licytowania się, kto w ostatnich 10 latach popełnił większe błędy na arenie międzynarodowej. Odpowiedzialność nie jest równo podzielona, ale problem ten trzeba pozostawić historykom. Wzajemne oskarżania tylko zaostrzą obecną wojnę. Z punktu widzenia skuteczności Polski na arenie międzynarodowej nie jest istotne, kto miał rację. Racja w sporze wewnątrzkrajowym jest bezwartościową kartą w grach międzynarodowych. Z tego też powodu w opisie porażek Polski na arenie międzynarodowej nie wskazywaliśmy nazw konkretnych partii, ani nazwisk polityków. Najtrudniejszy jest sam akt politycznej zgody. Jego treść narzuci się z sama. Ważne jest, aby stosować metodę drobnych kroków.

Co robić?

Pierwszą okazją do budowania kompromisu będą zbliżające się reformy UE. Premier Wielkiej Brytanii David Cameron obiecał, że najpóźniej w roku 2017 ogłosi referendum, w którym Brytyjczycy rozstrzygną, czy ich kraj pozostanie w UE, czy też ją opuści. Przedtem jednak będzie próbował zmusić inne państwa do zreformowania unijnych struktur. To dałoby mu argument, aby przekonywać swoich obywateli do pozostania w tej organizacji.

Podczas szczytu w Rydze przedstawił wstępną agendę zmian. Dotyczy ona kwestii o fundamentalnym znaczeniu. Chce dyskutować o przyszłości UE czyli o tym czy ma być ona strukturą federalną, czy związkiem państw, o kontroli parlamentów narodowych nad unijnym prawodawstwem, o ograniczeniu imigracji i przywilejów socjalnych. To początek kolejnej wielkiej gry mocarstw. Jeśli Polska, jak to już nieraz bywało, podejdzie do niej zupełnie nieprzygotowana, to spotka ją kolejna porażka. Mocarstwa jak zwykle załatwią swoje interesy naszym kosztem.

Konieczne jest przeto wypracowanie przez rządzących i opozycję dokumentu, który stanowiłby rodzaj agendy tych negocjacji. Byłaby to dobra okazja, abyśmy po 24 latach od podjęcia decyzji o wejściu do europejskich struktur integracyjnych odpowiedzieli sobie wreszcie na pytanie, jaki kształt Unii odpowiada żywotnym interesom Polski.

Nasi negocjatorzy muszą mieć upoważnienie do zastosowania najcięższej broni, jakim jest zawetowanie niekorzystnych dla nas ustaleń. Aby ją zastosować, musimy określić, jaki kierunek rozwoju procesów integracyjnych jest niezgodny z naszymi żywotnymi interesami. Kompromis w tych sprawach spowoduje, że polscy negocjatorzy po raz pierwszy w historii będą mieli do czynienia ze stanowiskiem określającym warunki brzegowe negocjacji i nie będą się bali wewnętrznej krytyki, po ich zakończeniu.

Warto pomyśleć również o kilku drobnych, ale istotnych gestach. Przykładowo obecnie opozycja ma bardzo ograniczony dostęp do podstawowych informacji na temat polityki zagranicznej państwa. To jedna z podstawowych przyczyn nieporozumień. Warto ten stan zmienić. W tym celu można by wykorzystać komisje Sejmu.

Szefowanie Komisji Spraw Zagranicznych należałoby oddać w ręce przedstawiciela największej partii opozycyjnej oraz uczulić kierownictwo MSZ, a w pewnym zakresie również Agencji Wywiadu, na wyczerpujące informowanie jej członków o bieżącej działalności. Natychmiastowej reformie winna być poddana Komisja ds. Unii Europejskiej. Odgrywa ona bowiem rolę w procesie stanowienia prawa europejskiego. Na jej czele winni stać doświadczeni politycy-prawnicy, którzy rozumieją meandry skomplikowanych procedur prawnych. Większość sejmowa, mogłaby wzorem niemieckiego Bundestagu, uczynić ukłon w stronę opozycji i wyrazić zgodę na to, by mniejszość mogła zgłaszać wnioski do Trybunału Sprawiedliwości UE w przypadku naruszenia zasady subsydiarności.

Dziś sprawa ponadpartyjnego kompromisu jest szczególnie paląca. Zmiana geostrategicznego położenia naszego kraju i związane z nią zagrożenia w drastyczny sposób zmniejszają margines błędu polskiej dyplomacji. Polska traci wygodną pozycję peryferyjnego państwa Zachodu, a staje się powoli częścią szarej strefy bezpieczeństwa pomiędzy Niemcami i Rosją. Unia Europejska i Sojusz Północnoatlantycki, które traktowaliśmy jako stabilne fundamenty naszego narodowego bezpieczeństwa pogrążone są w coraz większym kryzysie.

Zmieniają się zasady współpracy między państwami. Prawo silniejszego wypiera prawo międzynarodowe. Reakcja Zachodu na kryzys ukraiński jest dalece niewystarczająca. Teza, iż sukcesem jest zachowanie spójności UE nie wytrzymuje krytyki skoro europejski kompromis oznacza faktyczne przyzwolenie na kontynuowanie przez Rosję agresji wobec Ukrainy. Państwa małe i średnie, do których zalicza się Polska, mają coraz mniejszy wpływ na politykę międzynarodową.

System bezpieczeństwa europejskiego zaczyna coraz bardziej przypominać tzw. koncert mocarstw, polegający na tym, że kilka największych potęg określa reguły gry, zgodnie ze swoimi partykularnymi interesami. Polska po raz pierwszy od ćwierćwiecza odczuwa realne militarne zagrożenie ze strony Federacji Rosyjskiej. Nasze geopolityczne wakacje właśnie się zakończyły.

Nie wolno nam dłużej tolerować braku kompromisu w sprawach zagranicznych, albowiem jego konsekwencją jest nie tylko osłabianie pozycji międzynarodowej naszego kraju, czy też ryzyko jego marginalizacji. W nowej konstelacji międzynarodowej brak kompromisu może pewnego dnia zagrozić sprawom znacznie ważniejszym, takim jak byt państwa i narodu oraz suwerenność i niepodległość Polski.

***

Tekst oryginalnie został opublikowany na stronie Ośrodka Analiz Strategicznych

Krzysztof Rak: historyk filozofii. Jako ekspert w dziedzinie stosunków międzynarodowych pracował w Kancelarii Prezydenta, Ministerstwie Spraw Zagranicznych oraz Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Facebook Comments

Historyk filozofii. Jako ekspert w dziedzinie stosunków międzynarodowych pracował w Kancelarii Prezydenta, Ministerstwie Spraw Zagranicznych oraz Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY