Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Konstanty Chodkowski

Zamachy w Paryżu wzmocnią Putina

Rosja domaga się uznania i wpływów przynależnych globalnemu mocarstwu. Czy piątkowe zamachy w Paryżu przybliżą Kreml do sukcesu?
Władimir Putin. Źródło: kremlin.ru

Władimir Putin. Źródło: kremlin.ru

Jeśli możemy powiedzieć coś o rosyjskiej „grand strategy”, to z pewnością tyle, iż jej głównym celem jest doprowadzenie do transformacji ładu światowego, opartego dotychczas na hegemonii Zachodu. Docelowy porządek ma zakładać wielobiegunowy podział wpływów i odpowiedzialności, z uwzględnieniem wschodzących i „niedocenionych” do tej pory mocarstw (w tym, oczywiście, Rosji).

Nie od wczoraj rosyjskie elity polityczne konsekwentnie powtarzają, iż niemożliwym jest utrzymanie globalnego bezpieczeństwa, gdy cała odpowiedzialność spoczywa wyłącznie na jednym graczu (USA, względnie NATO). Rosja domaga się sprawiedliwego podziału obowiązków i międzynarodowego uznania należnej sobie pozycji na świecie.

Aby to osiągnąć, Rosja stara się umiejętnie rozgrywać kolejne kryzysy regionalne. Zaangażowanie Kremla jest zaprojektowane tak, aby za każdym razem udowadniać „starym” mocarstwom, że żaden problem nie zostanie należycie rozwiązany, dopóki Rosja nie zostanie dopuszczona do procesu decyzyjnego na równi z pozostałymi graczami.

Nawet gdy problem ze swej natury nie wymaga interwencji Rosji, ta stara się doprowadzić go do momentu, w którym „pomoc” staje się niezbędna. To trochę tak, jakby odgrywała jednocześnie rolę podpalacza i strażaka – każdorazowo po zaprószeniu ognia natychmiast pojawia się na miejscu zdarzenia, by ugasić pożar i uratować ocalałych.

Stabilizować i eskalować: kontrola sąsiedzka

Taktyka podporządkowana tej strategii opiera się na zaangażowaniu, którego efektem może być jeden z dwóch wariantów: stabilizacja lub eskalacja. Rosja dobiera narzędzia „uspokajające” lub „drażniące” w zależności od sytuacji i oceny potencjalnych korzyści płynących z następstw. Ponadto, tradycyjną przywarą rosyjskiej polityki zagranicznej jest małe przywiązanie do kosztów podejmowanych działań.

Gdy latem 2014 roku w separatystycznej Abchazji wybuchły zamieszki, Rosja była gotowa uczynić wiele, by nie doprowadzić do wybuchu rewolucji na terenie objętym własnymi wpływami. Dzięki intensywnym mediacjom między abchaskim rządem i opozycją doszło do rozpisania wyborów w wyniku których prezydentem został Raul Chadżimbe.

Kiedy latem 2015 roku w Armenii wybuchły protesty „Elektrycznego Erywania”, Kreml dołożył wszelkich starań by zażegnać kryzys i nie dopuścić do dalszej eskalacji napięć społecznych. Ewentualne koszty i skutki długoterminowe zdawały się nie mieć dla decydentów większego znaczenia.

W okresie zimy przełomu 2013 i 2014 roku w Ukrainie, Moskwa grała na eskalację. Używając wpływów w ukraińskich służbach specjalnych grała na wzniecanie walk ulicznych i podżeganie radykalizmów. W efekcie udało się obalić prezydenta Janukowycza i sparaliżować funkcjonowanie państwa. Dzięki temu możliwa była aneksja Krymu i rozpętanie wojny na Donbasie. W dalszych krokach zastosowano dwie odmienne taktyki – „krymską” i „doniecką”.

W przypadku półwyspu Kreml obrał kurs na stabilizację – dzięki szybkiemu chirurgicznemu cięciu zminimalizowano straty infrastrukturalne, zaś intensywna praca służb specjalnych błyskawicznie uziemiła „potencjał rewolucyjny” niezadowolonych z rezultatu nielegalnego referendum. Przeznaczeniem Krymu było wchłonięcie przez Rosję, co oznacza, że należało zneutralizować wszelkie czynniki niestabilności.

Celem „taktyki donieckiej” jest zaś gra na permanentną niestabilność i niedookreśloność sytuacji. O strefie ATO trudno powiedzieć, aby była oazą spokoju, zaś zza wschodniej granicy płyną nieskończone potoki techniki wojennej i amunicji. Dozbrajanie terrorystów przebiega powoli acz jednostajnie. Dostarczane są środki wystarczające, by wojna trwała i zbyt skromne, by któraś ze stron mogła ją zwyciężyć. Sytuację potęgują rosyjskie zabiegi dyplomatyczne, których celem jest powstrzymanie władz Ukrainy przed „zbyt stanowczymi” krokami. W ten sposób udaje się utrzymywać sytuację na wschodzie bez jednoznacznego rozstrzygnięcia. Wojna zakończona zwycięstwem którejkolwiek ze stron nie przyniosłaby wymiernych korzyści.

Po zamachach, 15 listopada 2015. Autor: Meiry Peruch Mezari, źródło: Flickr

Po zamachach, 15 listopada 2015. Autor: Meiry Peruch Mezari, źródło: Flickr

Dalsze sąsiedztwo, globalni sojusznicy

Ten sam schemat odpowiada za zaangażowanie Rosji w wojnę w Syrii. Nie bez powodu Moskwa przystąpiła do seryjnych bombardowań w szczytowym momencie „kryzysu migracji” w Europie. Zamieszanie powstałe na starym kontynencie po raz kolejny uwydatniło zależność pomiędzy natężeniem konfliktu na Bliskim Wschodzie a potencjałem destabilizacji Europy. Korzystając z tego spostrzeżenia, Kreml po raz kolejny postanowił postawić na eskalację.

Po kilku tygodniach regularnych nalotów na cele w Syrii Rosjanie oczywiście mogą poszczycić się kilkoma sukcesami. Jednak nie o niszczenie baz ISIS toczy się gra. O wiele ważniejszym skutkiem rosyjskiego uczestnictwa w wojnie z państwem islamskim jest wywarcie na Zachodzie presji i zmuszenie „wielkich graczy” do uznania praw Moskwy do współdecydowania o przyszłości regionu (i całego świata).

Realizacji tego celu niewątpliwie przysługują się skutki piątkowych zamachów terrorystycznych w Paryżu. Los chciał (lub może „ktoś chciał”), iż odbyły się one dokładnie w przeddzień kolejnej tury negocjacji w Wiedniu. W sobotę bowiem stolica Austrii po raz kolejny ugościła decydentów obradujących nad przyszłością Syrii, Iraku, Państwa Islamskiego i Baszara Assada. Siergiej Ławrow już po przybyciu na miejsce oświadczył, iż „tragiczne wydarzenia w Paryżu z pewnością będą miały wpływ na przebieg negocjacji”.

W kolejnych wystąpieniach publicznych rosyjskich przywódców kontynuowano „nakręcanie” znanej narracji. Władimir Putin, podczas nieformalnego spotkania liderów państw BRICS stwierdził, iż nadrzędnym celem społeczności międzynarodowej powinno być sformułowanie szerokiej koalicji zdolnej do szybkiego unicestwienia ISIS. W takim samym przekonaniu Siergiej Ławrow opuścił obrady w Wiedniu.

W wypowiedziach tych chodzi, rzecz jasna, o wymuszenie uznania równych praw Rosji do współzarządzania konfliktem o globalnym znaczeniu. Jeśli Zachód przystanie na tę propozycję, Rosja będzie gotowa uczynić wiele, by dowieść swej użyteczności w boju. To z kolei otworzy drogę do korzystnego (dla Rosji) uregulowania konfliktu w Donbasie. Bo jeśli Rosja wykazała się w walce z ISIS, to czemu nie powierzyć jej wyłącznemu osądowi konfliktu lokalnego, sprawy między Ukrainą a „separatystami”?

Ten scenariusz nie należy do „naciąganych”. Głosy nawołujące we Francji do rewizji „postmajdanowych” stosunków z Rosją są coraz donośniejsze i coraz lepiej słyszalne. W niedzielę rano były prezydent Nicolas Sarkozy odwiedził Hollande’a w Pałacu Elizejskim. Jak donoszą media – przybył, aby namówić przywódcę Francji do współpracy z Rosją i wspólnego uderzenia na ISIS.

Do tej pory trudno określić jakie będą decyzję Hollande’a. Po wstępnych deklaracjach wiemy jednak, że jeśli zamachy paryskie odbiją się na działaniach zagranicznych Republiki Francuskiej, to tylko w kierunku radykalizacji działań na Bliskim Wschodzie. A już sama ta deklaracja przybliża Paryż do realizacji celów politycznych Moskwy.

Sen o globalnym pokoju

Po zakończeniu rozmów w Wiedniu światowe media informują, iż państwa zaangażowane w konflikt gotowe są ustabilizować sytuację w Syrii w ciągu najbliższych osiemnastu miesięcy. To jest dokładnie w czasie zaproponowanym przez Rosję w 8-punktowym planie pokojowym. Jeśli w toku negocjacji Moskwa zdołała nakłonić Paryż (znaczącego członka NATO) do współpracy, to na naszych oczach dokonał się kolejny krok w obalaniu porządku świata, który znaliśmy.

Bez względu jednak na wyniki rozmów w Wiedniu ci, którzy liczyli na rychłą izolację Rosji po aneksji Krymu, muszą dziś pogodzić się z faktem, że powrót Putina na salony Zachodu jest już tylko kwestią czasu. Nie da się długo ignorować największego państwa globu.

Facebook Comments

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Nieprzejednany ukrainofil. W marcu 2014 r. rzucił studia w Moskwie na znak protestu wobec aneksji Krymu. Woli być "w" niż "na" Ukrainie.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY