Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Konstanty Chodkowski

„Za Janukowycza było lepiej”

Niewiele dziś potrzeba przeciętnemu mieszkańcowi Ukrainy, aby z pełnym przekonaniem stwierdził, że „za Janukowycza było lepiej”. Z czasem do takiego wniosku będzie dochodziło coraz więcej osób.

„Mogliby już przestać…”

Kijów, 21 listopada 2015 roku. Na Majdanie zaplanowano huczne obchody Dnia Wolności i Godności – nieoficjalnego święta upamiętniającego wydarzenia sprzed dwóch lat. Na scenie w centrum miasta miały wystąpić młode zespoły muzyczne. W domyśle reprezentowali tych, którzy jesienią 2013 roku rozpoczęli ogólnonarodowy zryw – studentów, młodzież, nowe pokolenie pozbawione brzemienia doświadczeń sprzed 1991 roku. Koncerty miały odbyć się pod ogólnym hasłem „wolni tworzą przyszłość”.

Nieoczekiwanie impreza została przerwana. Pod sceną zebrali się ludzie skandujący „hańba!”, żądający „wiecu”. Protestujących było niewielu, choć trzeba przyznać, że i ogólna frekwencja wśród widzów koncertu nie dopisała. Wzburzony mikro-tłum zbliżył się do barierek, kilka osób przerwało ogrodzenie, wdarli się na scenę. Młodzi konferansjerzy szybko stracili panowanie nad sytuacją.

Mikrofon zdobył człowiek w mundurze wojskowym. Przedstawiając się zaznaczył, że należał do batalionu specjalnego przeznaczenia, później pułku, „Dnipro-1”. Dopiero wtedy zgromadzeni przerwali skandowanie, zaczęli słuchać. Wybrzmiały postulaty – znieść barierki spod sceny (w rocznicę początku rewolucji nie kojarzą się najlepiej), przyprowadzić prezydenta Ukrainy i zmusić do dialogu z narodem.

Żadnego z żądań, rzecz jasna, nie zrealizowano. Ludzie szybko się rozeszli. Koncertu jednak nie wznowiono.

W mediach szybko pojawiły się relacje z incydentów. Zakłócających przebieg imprezy ochrzczono „aktywistami”. Przedstawiano ich raczej w negatywnym kontekście – jako zadymiarzy i awanturników. Ich wizerunkowi przeciwstawiono następnie studentów – artystów, których występ został przerwany. W Internecie i na ekranach ukraińskich telewizorów ukazały się twarze młodych, zadbanych ludzi. „Jest nam przykro, że nie pozwolono nam wyrazić swoich uczuć do Ukrainy”, opowiadają. Członkini jednego z zespołów, studiuje w Londynie. Jak twierdzi, „nie rozumie tego zamieszania” i „jest jej smutno”. O żądaniach protestujących ani słowa. Z prorządowych mediów popłynął jasny sygnał – kto w tej zawierusze był dobry, a kto zły.

Następnego wieczora aktywność przejawiała jedynie „alternatywna” scena na Majdanie, usytuowana naprzeciw „oficjalnej” (nota bene będącej już w trakcie rozbiórki). Na „alternatywnej” nie było skocznych koncertów i efektownych atrakcji. Było za to mnóstwo przemówień, patriotycznych okrzyków, relacji z frontu i wystąpień weteranów trwającej wojny. Młody człowiek stoi pod podestem i wsłuchuje się w treść przemówień. Zapytany o swój stosunek do występujących aktywistów odpiera zrezygnowany: „Mogliby już przestać…”. Macha ręką w stronę sceny.

„Żyć po nowemu”

Kijów, 15 grudnia 2015 roku. Jak się okazuje, powyższa sytuacja to tylko czubek góry lodowej. Nie trzeba daleko szukać, aby znaleźć kolejne ślady „życia po nowemu” („Żyć po nowemu” – tak brzmiało hasło wyborcze Petra Poroszenki).

W ukraińskich mediach pojawiają się kolejne nawołania władz do zaprzestania protestów na Majdanie. Do takowych dochodzi regularnie, lecz nikt już nie poświęca im tyle uwagi co w 2013 roku. Rząd i prezydent tracą zaufanie społeczne, a zadaniem sprzyjających im mediów jest niedopuszczenie do eskalacji negatywnych nastrojów i zmiany politycznego status quo. Oczywiście wszystko odbywa się kosztem praw obywateli.

W Radzie Najwyższej trwają prace nad nową ustawą „O gwarancji wolności pokojowych zgromadzeń”. Mało kto wspomina, iż treść projektu raczej odbiega od donośnej obietnicy zawartej w jego tytule. Według nowego prawa, wzorem m.in. polskich rozwiązań, każda manifestacja będzie wymagała uprzedniej rejestracji (z przynajmniej 48-godzinnym wyprzedzeniem). W nowych przepisach nie przewiduje się możliwości uznania zgromadzenia za „spontaniczne”, jak to miało miejsce jeszcze przed 2013 rokiem (a więc za rządów Partii Regionów). Oznacza to, że wyłącznie od władz zależeć będzie, którą manifestację można uznać za legalną. Wszystkie pozostałe będzie można bez problemu i zgodnie z obowiązującym prawem rozgonić.

Czytaj także

Podobnie trwogą napawają kolejne doniesienia o rosnącej liczbie więźniów politycznych. Oczywiście, nie chodzi już o Julię Tymoszenko czy innych liderów politycznych. Sprawy kryminalne o zabarwieniu politycznym coraz częściej zaczynają dotyczyć aktywistów „z dołów partyjnych”, z miast i regionów.

Jaskrawym przykładem chimeryczności ukraińskiej Temidy jest aresztowanie Jurija Pawlenko, młodego aktywisty partii „Wola”. Podczas jednej z manifestacji partyjnych organizowanej w Winnicy, chłopak publicznie podarł portret Poroszenki. Pod tym pretekstem został aresztowany i przetrzymany w izolacji przez 60 dni. Oczywiście, bez wyroku sądu, w pomieszczeniu znacznie odbiegającym standardami nawet od tego, z czym na co dzień spotykają się bezdomni.

Ukraińska „sprawiedliwość” dosięgnęła również Igora Stepurę, kirowogradzkiego działacza partii „Swoboda”. Został on aresztowany w związku z nagonką polityczną na nacjonalistów, zorganizowaną po wybuchu granatu bojowego pod gmachem Rady Najwyższej, 31 sierpnia. Po szybkim procesie został skazany na areszt domowy, choć nikt nie silił się na publiczne przytoczenie dowodów na jego związek ze sprawą.

Coś jest nie tak z ukraińską demokracją

„Co się dzieje z Ukraińską demokracją?” pyta publicznie komentator Tomasz Maciejczuk, obserwując wydarzenia za Bugiem. Istotnie – coś jest nie tak.

Ukraina i obroncy demokracji: malo kto zwraca na to uwage… Na Ukrainie po Majdanie organizowanie manifestacji stalo…

Posted by Tomasz Maciejczuk on 14 grudnia 2015

Prawa obywatelskie są konsekwentnie ograniczane. Porządku na ulicach Kijowa nie strzeże już Berkut, lecz Gwardia Narodowa. Kolejne protesty są tłumione a protestujący napiętnowani w mediach. Bohaterowie powracający z frontu, którzy zechcą dochodzić swojego prawa do dostatniego życia w uczciwym państwie, są szybko spychani do roli „radykałów” i „awanturników”. Kolejne siły polityczne mogące zagrozić władzy (i nie mowa o „Bloku opozycyjnym”, lecz o „Swobodzie”), są konsekwentnie wyniszczane.

Gdy do ukraińskiej diaspory w Wielkiej Brytanii zawitał zastępca przewodniczącego Rady Najwyższej, Andrij Parubij, zamiast ciepłego powitania usłyszał falę krytyki. Ukraińscy migranci zarzucali mu między innymi, że „obecnie Ukraina przetrzymuje więcej więźniów politycznych, niż za Janukowycza”. Określenie prawdziwości tego stwierdzenia jest o tyle trudne, iż dziś nikt nie dba o każdą ofiarę reżimu z takim zaangażowaniem, jak to było za Janukowycza. Choć nawet i ten fakt ma swoją wymowę.

Wszystkie obserwowane wypadki przywodzą ku smutnej konstatacji, iż „nowa władza” niewiele różni się od poprzedniej. Jej niewątpliwą przewagą jest zdolność narzucania ukraińskiej opinii publicznej nowego języka debaty. To, co wcześniej było „prorosyjskim” i „dyktatorskim”, dziś jest „europejskim” i „demokratycznym”. Zyskujemy więc starą jakość w nowym opakowaniu, choć nie trudno o spostrzeżenie, że nowa retoryka nie wystarczy władzy na długo. W rzeczywistości bowiem rząd robi wszystko, aby prędzej czy później każdy Ukrainiec w kraju mógł ze spokojnym sumieniem zdobyć się na powiedzenie:

„Za Janukowycza było lepiej”.

Zdjęcie: Metro kijowskie. Autor: Alex Shly, źródło: Flickr
Facebook Comments

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Nieprzejednany ukrainofil. W marcu 2014 r. rzucił studia w Moskwie na znak protestu wobec aneksji Krymu. Woli być "w" niż "na" Ukrainie.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY