Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Мария Куглерова

Festiwale filmów rosyjskich w Pradze i Warszawie. Pionierzy kultury w natarciu?

Kiedy zaczyna się rozmowa o festiwalach filmów rosyjskich w środkowoeuropejskich stolicach, nie sposób uniknąć (mimo najlepszych chęci) debaty o uwarunkowaniach historycznych i politycznych. Wspomnienia czasów Związku Radzieckiego i Układu Warszawskiego sprawiają, że mieszkańcy - dziś byłych - krajów członkowskich mają określoną opinię na temat Rosjan. Dobrze widać to na przykładzie zainteresowania rosyjską produkcją filmową.

Brzmi to paradoksalnie, ale Polacy, odznaczający się walecznym temperamentem kształtowanym tragiczną historią, wykazują zainteresowanie nieomal wszystkim, co jest rosyjskie. Najpierw pragną zbadać starego przeciwnika, a potem – ani się obejrzysz, jak nienawiść zamienia się w zainteresowanie, a potem w miłość… Pomaga w tym fakt, że z Rosjanami łączy ich bardzo wiele (mimo że wiele osób bardzo chciałoby, by było inaczej): kompleksy historyczne, patos, patriotyzm, zewnętrzna religijność. Polacy powinni być łatwą zdobyczą dla rosyjskiej dystrybucji filmowej.

Inaczej jest z Czechami. Ci nie wykazują się temperamentem wojowników, a zdecydowanie bardziej cenią sobie spokój. Czech, nieakceptujący języka rosyjskiego na ulicach Pragi, raczej szybko oddali się i nie podejmie się tłumaczenia nieznajomej osobie, jaki wstręt odczuwa do „języka sowietów” (czego w Warszawie natomiast doświadczyłam osobiście). Z tego względu nie ma wątpliwości, że Czesi to bardziej wymagająca publiczność – są zamknięci i nie jest łatwo do nich trafić. I dlatego rosyjska dyplomacja kulturalna popełnia wobec nich podwójny błąd.

Menu filmowe dla „śmiejących się bestii”

„Śmiejące się bestie”- w ten sposób Czechów określał sam Reinhard Heydrich. Jak dowodzi jego los – zapewne nie bezpodstawnie…  Być może dlatego projekcje w Pradze – Dni Filmu Rosyjskiego – w tym roku były zorganizowane przez Rosjan z rozmachem: i konferencja prasowa, i uroczyste otwarcie… Nawet festiwal filmu francuskiego odbywający się w tym samym czasie wyglądał znacznie skromniej – pokazy rozpoczęto bez żadnych preludiów.

Co zobaczyliśmy? Praski festiwal zaczął się od „Dwóch kobiet” (ekranizacja turgieniewskiej klasyki), a następnie bez przerwy: „Bitwa o Sewastopol”, „Tak tu cicho o zmierzchu…”, „Udar słoneczny”.

Spot reklamowy filmu „Wstawaj i walcz” w reżyserii Włocha Stefano Lorenzi zaczyna się od groźnego ostrzeżenia „Dzieło uznano za kulturowo znaczące…”. Czyżby?

Następnie produkcja z 2014 roku – film „Wij”. Zapewne niesamowicie dobry, skoro podjęto decyzję o włączeniu go do programu filmów z 2015 r. Czyżby „Lewiatana” natomiast nie należało wyświetlić? Doprawdy…

Bitwa

Afisz filmu „Bitwa o Sewastopol”. Źródło: kinopoisk.ru.

I to właściwie wszystko – pokaz 8 filmów (z których jeden nakręcony został przez obcokrajowca, natomiast 3 to dzieła o tematyce wojskowo-patriotycznej) i 3 kreskówek rozciągnięty na 5 dni. Na dodatek organizatorzy zrezygnowali z powszechnie stosowanych napisów na korzyść tłumaczenia symultanicznego.

Trudno uniknąć wrażenia, że dobór filmów dokonywano kierując się zasadą „jakoś to będzie”. W ostatnim momencie z programu usunięto dwa filmy autorskie – „Miły Hansie, drogi Piotrze” (reż. Aleksander Mindadze) i „Klasa korekcji” (reż. Aleksander Twerdowskij), które sa pokazywane w całej Europie. Dlaczego tak się stało? „Zrezygnowaliśmy z alternatywnych filmów, aby przedstawić piękną, wielką i dobrą sztukę filmową” – tłumaczą organizatorzy w wywiadzie dla „Radia Praga”.

W 2013 r. w programie festiwalowym znalazł się przynajmniej jeden dobry i otwarty film o życiu w Rosji – „Geograf przepił globus”. W tym roku – nic takiego się nie pojawiło. Chyba, że należy uznać komedię „Rozwód na własne życzenie” lub dość powierzchowny film „Koniec pięknej epoki” za nową tendencję w rosyjskiej realistycznej kinematografii.

Niekiedy „Sputniki” nie są tym, czym się wydają

W odróżnieniu do realizatorów praskiego festiwalu organizatorzy polskiego przeglądu filmów rosyjskich są w Polsce (jeśli nie liczyć centrum producenckiego „Kinofest”). Wypada więc wyrazić wdzięczność, że tym razem rosyjskie Ministerstwo Kultury nie położyło łapy na „Sputniku”. Dzięki temu polscy widzowie mieli możliwość obejrzenia w ramach listopadowych projekcji naprawdę wartościowe filmy mistrzów (tak lubianego w Polsce Iwana Wyrypajewa czy Aleksandra Proszkina) oraz mniej znanych reżyserów (Natalii Kudriaszowej, Ełły Manżejewej).

Sputnik

Afisz „Sputnika nad Krakowem” – krakowskiej edycji festiwalu , 7-13 grudnia 2015 r., Polska. Źródło: materiały promocyjne dystrybutora.

W programie „Sputnika” dominują dramaty i realistyczne narracje o zwykłych obywatelach Rosji. Dobierane są filmy przedstawiające konfliktowość współczesnego życia w Rosji („Ucieczka z Moskwabadu”, „Rajskie ogrody”). Krytyczna i ironiczna (psycho)analiza radzieckiej przeszłości („Pionierzy – bohaterowie”) stanowi przyjemny kontrast wobec pozbawionego refleksji, „betonowego” patriotyzmu, charakteryzującego „Dni filmu rosyjskiego” w Pradze.

Polski festiwal to filmy nie tylko o Rosjanach. „Sputnik” pokazuje również, że Rosja to kraj wielonarodowy. Dowodzi tego dramat „Mewy” nakręcony w języku kałmuckim, a także „Aniołowie rewolucji” o małych syberyjskich narodach – wszystkie je można zobaczyć tylko w Warszawie.

Problemy organizatorów

Czego nie zauważają ub nie chcą zauważać rosyjscy organizatorzy „Dni filmu rosyjskiego” w Pradze? Po pierwsze, odmienności w podejściu do rosyjskiego patriotyzmu. To, co jest atrakcyjne dla Polaka, niekoniecznie jest dobre dla Czecha. Czesi to naród lubiący ironię, a w stosunku do Rosjan ich ironia jest jeszcze większa (nie można nie zauważyć, że Rosjanie w Czechach są obiektem dowcipów).

Czołg w różu na Wełtawie, przemalowany przez Davida Černý'ego. Autor zdjecia: ŠJů, źródło: Wikimedia Commons

Czołg w różu na Wełtawie, przemalowany przez Davida Černý’ego. Autor zdjecia: ŠJů, źródło: Wikimedia Commons

Po drugie, zapomina się o bardzo aktywnym widzu –  przedstawicielach dzisiejszego pokolenia 35- czy 45-latków, dla których określenie „rosyjski film” kojarzone jest z przymusowymi pokazami. Warto nadmienić, że w powszechnej opinii Czechów presja i narzucanie czegokolwiek jest kojarzone właśnie z Rosją i Rosjanami… Oni pamiętają jeszcze czasy, kiedy bilety na rosyjskie filmy wojenne rozdawano bezpłatnie, a obecność na nich była obowiązkowa. Wątpliwe, aby taka publiczność życzyła sobie ponownego oglądania eposów o bohaterskich czynach komisarzy i ich nie mniej heroicznych Nataszach.

Oczywiście w Pradze również można napotkać osoby nostalgicznie wspominające ustrój socjalistyczny z jego osobliwymi cechami: „A w czasach radzieckich to ja i to i tamto…”. Pod tym względem Praga jest dziwnym miastem. Kogo tam tylko nie ma! Znajdą się nawet i staliniści… Ale problem polega na tym, że szczerzy sympatycy Rosjan i ich twórczości filmowej mają przeważnie ponad 60 lat. Moim zdaniem tworzenie programu festiwalowego opierając się na widzach wyłącznie w wieku emerytalnym nie ma większego sensu.

Chyba, że rzeczywiście pokaz skierowany jest dla „śmiejących się bestii”. Każdy Czech po prostu pokpi z pełnych patosu rosyjskich filmów. Ale za to tym bardziej  ani grosza nie wyda na obejrzenie filmowej produkcji rosyjskiej średniego gatunku.

Jakie rosyjskie filmy nigdy nie trafią do Pragi

Problem polega na tym ,że jeśli chodzi o przedsięwzięcia filmowe organizowane przez oficjalne rosyjskie instytucje, to pokutuje przekonanie, że żaden patriota rosyjski nigdy nie dopuści do szkalowania i rzucania oszczerstw pod adresem ojczystego kraju. Przy czym obraza w dyskursie patriotycznym rozumiane jest bardzo szeroko – mieści się w nim zarówno przedstawianie marności życia Wani–alkoholika jak i nieśmiała krytyka partii i rządu. Jak powiedziałby nasz minister kultury Władimir Medynskij: filmom „o Raszce-gówniaszce” (Raszka – potocznie Rosja – przyp. red.) droga do Pragi jest zakazana. Zagranica – w tym nawet ta uważana przez Rosjan za niepełnowartościową na kształt Czech – nie powinna wiedzieć o niewłaściwym życiu w Rosji. Wychodzi się z założenia, że, powtarzając  jak mantrę opowieści o naszych sukcesach i bohaterstwie ani zauważymy, jak wszyscy sami w to uwierzą.

4640285

Ironiczny plakat do „Lewiatana” Andrieja Zwiagincewa. Źródło: podrobnosti.ua.

„Dokąd mamy płynąć?”

Dla kogo jest organizowany festiwal „Sputnik” w Polsce? Intensywna reklama, promocja w mediach i obecność podczas projekcji przede wszystkim Polaków (a nie mieszkających w Polsce Rosjan) świadczy, że jest to pokaz właśnie dla nich. Staranny dobór produkcji, prezentacja filmów, które wywołały w Rosji niejednoznaczną reakcję, różnostronne przedstawienie prac autorskich – celem tych wszystkich starań jest pozyskanie polskiego widza. Dlatego „Sputnik” cieszy się w Warszawie i innych miastach zasłużoną popularnością.

Dla kogo Rosjanie organizują festiwal w Pradze? Jak świadczą sale wypełnione osobami rosyjskojęzycznymi – dla samych siebie. Niemal zupełny brak reklamy i prezentacji medialnej potwierdzają to przypuszczenie. Egocentryzm organizatorów przekształca się się w jakiś solipsyzm: sami nakręcili film i sami obejrzeli. Nawet nie znaleźli czasu na przygotowanie napisów – one przecież odciągają uwagę normalnego widza. Czesi? Jacy Czesi? „Nam, Rosjanom za granicą, obcokrajowcy są do niczego”.

Promowanie kultury jest sprawą delikatną. Amerykanie przykładowo już dawno opanowali sztukę łączenia w filmie elementu intelektualnego z rozrywkowym i osiągnęli wspaniałe rezultaty. Hollywoodzką produkcję ogląda cały świat, pranie mózgu jest niezauważalne ale bardzo skuteczne. Spójrzmy prawdzie w oczy: jeszcze we wspaniałym filmie „Udając ofiarę” wytłumaczono nam, gdzie obecnie znajduje się rosyjska kinematografia. Nasi rodacy nie mają ani materialnych ani twórczych możliwości, żeby przyciągnąć uwagę środkowoeuropejskiego widza. Pojedyncze prace autorskie sytuacji nie zmieniają. I tym bardziej nie uda się nam przekonać nieufnych Czechów, że powinni interesować się „światem rosyjskim” oraz oglądać rosyjskie filmy, a nie „Ludzką stonogę-23” na przykład…

Być może, jeśli Rosja przestanie odgrywać rolę imperium i zajmie się sobą, to pomoże jej to potraktować swoich małych sąsiadów z uwagą i zrozumieniem – wtedy więzi Rosji ze słowiańską Europą Środkową rzeczywiście się wzmocnią. Nie jest to jednak najelszpcy czas na „edukowanie” Europejczyków, tym bardziej za pomocą tak prymitywnych metod, jakie stosuje rosyjskie Ministerstwo Kultury.

Nikita Michałkow uczy Hollywood, jak trzeba kręcić filmy. Źródło: Facebook

Nikita Michałkow uczy Hollywood, jak trzeba kręcić filmy. Źródło: Facebook

Opinie Czechów (regularnie chodzących do kina)

Maja, 26 lat:

„Ja z moim rosyjskim chłopakiem oglądałam film „Bitwa o Sewastopol”. Trafiliśmy tam przez przypadek, o festiwalu nic nie słyszeliśmy. Generalnie film mi się spodobał, jest tam wątek miłosny, a nie tylko bohaterskie czyny… Myślę, że na sali byli przeważnie Rosjanie”.

Paweł, 35 lat:

„Rosjanie traktują Czechów z pogardą i zupełnie nie zwracają uwagi na zainteresowania widzów. Patriotyzm, bohaterstwo… U nas nie budzi to niczego, oprócz śmiechu. Czesi lubią historie z życia zwykłych ludzi. Obejrzałbym jakiś rosyjski film, ale nie wojenny i nie patriotyczny. O festiwalu nie wiedziałem”.

Kareł, 65 lat:

„Słabo pamiętam komisarzy, filmy o wojnie… Niektóre były interesujące – tam, gdzie on pił wódkę, nie zagryzając…Tak, to „Los człowieka”. Po rewolucji 1989 roku jakoś nie miałem możliwości obejrzenia rosyjskiego filmu, chociaż byłoby to pewnie interesujące. O festiwalu filmów rosyjskich niczego nie słyszałem”.

Martin, 39 lat:

„W czasach socjalizmy kazano nam chodzić do kina na rosyjskie filmy wojenne. Jakość była nie za dobra. Naprawdę rosyjskich filmów w kinach było dużo. Wyświetlali je przy pustych salach. Moje pierwsze ważne rosyjskie wrażenie filmowe – „Mała Wiera”. Niektóre filmy podobają mi się, na przykład „Spaleni słońcem”. Czesi lubią oglądać o życiu prostych ludzi, ale Rosjanie nigdy nie przywożą do nas takich filmów. Czyżbyście nie mieli swojego Piotra Zelenki lub Jana Herebejka? A na festiwal na pewno sami Rosjanie przychodzą. Ja sam o nim nie słyszałem. Tłumaczenie symultaniczne podczas pokazu według mnie jest nie na miejscu, bardziej odpowiadają mi napisy”.

Tłumaczenie z języka rosyjskiego: Ludmiła Slyesaryeva
Facebook Comments

Urodziła się w Riazaniu, dorastała w Kaliningradzie, gdzie zdobyła dyplom filologa-slawisty. Jest absolwentką Studium Europy Wschodniej na Uniwersytecie Warszawskim, a w 2015 roku obroniła pracę doktorską na temat "Luan Starova: Rekonstrukcja bałkańskiej świadomości". Mieszka w Pradze, uczy języka rosyjskiego i tłumaczy.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY