Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Jakub Wojas

Nasza obca przeszłość

Tuż po II wojnie światowej tzw. Ziemie Odzyskane, czyli obszary przyznane Polsce po 1945 r. były dla przybywających tam ludzi kompletnie obce. Krajobraz kulturowo-cywilizacyjny, który ich otaczał mocno odbiegał od tego znanego z innych części Polski. Niemieckość tych ziem była widoczna niemal na każdym kroku.

Władza komunistyczna podejmowała szereg inicjatyw mających na celu polonizację tego obszaru. W tysiącletniej historii Polski zdarzały się co prawda liczne i nawet długie okresy związku „odzyskanych” ziem z macierzą, jednak w odniesieniu do XX w. były to czasy już bardzo odległe, a ślady polskości znowu nie tak liczne. Z tego też powodu komuniści odbudowę ze zniszczeń wojennych rozpoczynali od… średniowiecznych kościołów, górujących nad miastami i mających przypominać o piastowskich korzeniach miejsca.

Przeszłość nie daje o sobie jednak tak łatwo zapomnieć. Ta nowa część Polski chociażby pod względem sieci infrastrukturalnej czy architektury do dziś wyraźnie odbiega od reszty kraju. Architektonicznie Wrocławiowi, Szczecinowi czy Gdańskowi znacznie bliżej jest do miast niemieckich niż do Krakowa czy Warszawy. Odmienność tych regionów potęguje to, że historia wykładana w polskich szkołach jedynie w małej części obejmuje wydarzenia jakie miały miejsce na tych ziemiach.

W ten sposób stale napotykane pamiątki przeszłości i pewna aura tajemnicy wytworzyła chęć odkrycia rzeczywistości z czasów „zanim tu przybyliśmy”, a nawet nawiązania i wytworzenia pewnej nici kontynuacji między tym co dawniej a tym co dziś.

„Obce” staje się „nasze”

Pierwszym polskim miastem, które zaczęło rozprawiać się ze swoją niepolską przeszłością był Gdańsk. Zaczęło się od filmu Volkera Schlöndorffa z 1979 r. „Blaszany bębenek” będącego ekranizacją książki Guntera Grassa pod tym samym tytułem, opisującej przedwojenny Danzig oczami małego chłopca. Po przełomie w 1989 r. po temat niemieckiego Gdańska sięgnęli już polscy twórcy m.in. Paweł Huelle i Stefan Chwin.

Po Gdańsku przyszedł czas na inne miasta, a nawet małe miejscowości. Na Śląsku przypomniano sobie o noblistach pochodzących z tych ziem, w Świdnicy o tym, że słynny Czerwony Baron Manfred von Richthofen – niemiecki as lotnictwa z czasów I wojny światowej – pochodził właśnie z tego miasta, we Wrocławiu zaś Hala Ludowa stała się znów, jak przed wojną, Halą Stulecia.

W niektórych miejscowościach powróciły przedwojenne pomniki ku czci niemieckich poległych w czasie I wojny światowej, a w Szczecinie nawet posąg Fryderyka Wielkiego. Z kolei część poniemieckich zamków i pałaców, do tej pory mocno zaniedbanych, otrzymały odpowiednią opiekę, jak np. te w Kotlinie Jeleniogórskiej – Dolinie Pałaców i Ogrodów, gdzie wręcz z dumą promowany jest tamtejszy dorobek pruskich elit.

Proces ten przyniósł wymierne efekty. Zdaniem Instytutu Obywatelskiego to m.in. dzięki niemu właśnie mieszkańcy tych obszarów poczuli znacznie silniejszą identyfikacje z miejscem, w którym żyją. Po prostu obce ziemie przystały być już obce. Niewątpliwie jednak jednym z głównych beneficjentów stały się Niemcy. Przeszłość przestała się wyłącznie kojarzyć z traumą wojenną i niemieckimi zbrodniami, a lokalne inicjatywy skupiają się już głównie na szukaniu punktów wspólnych między dawnymi a obecnymi mieszkańcami.

Kiełkująca fascynacja

Polska spuścizna materialna pozostawiona na Wschodzie, np. na zachodniej Ukrainie, powinna również powodować podobne procesy jak niemieckie ślady w Polsce. Jest jednak kilka wyraźnych różnic. Przed wojną Ukraińcy w dawnej Małopolsce Wschodniej i na Wołyniu stanowili znaczny odsetek mieszkańców, a często wręcz większość. Tym samym równolegle do polskiej istnieje silna, ukraińska narracja historii tych ziem.

Ukraińcy co prawda stanowili mniejszość w miastach, lecz wyraźna bliskość architektoniczna między Lwowem a Krakowem skłania bardziej do szukania korzeni w dziedzictwie monarchii austro-węgierskiej niż w II RP. W czasach Franciszka Józefa Ukraińcy cieszyli się autonomią i mogli rozpocząć swój proces emancypacyjny. Dlatego też to właśnie w historii Galicji Ukraińcy doszukiwali się dotychczas utwierdzenia swojej przynależności do kultury zachodniej.

Ukraińskiej opowieści, podobnie jak niegdyś polskiej, wiele rzeczy się jednak wymyka. Trudno bowiem przejść obojętnie wobec faktu, że sporo wybitnych polskich przedstawicieli świata kultury, nauki, sztuki czy polityki wywodzących się z tych ziem jest co najmniej marginalizowanych w tej narracji. Podobnie jest z historycznymi budowami, jak pałace, zamki, kościoły czy klasztory. Górujące nad miastami i wsiami budzą większą ciekawość od dobrze znanych miejscowym cerkwi i chat „prostego ludu”. Powoli pojawiają się pierwsze objawy zainteresowania Ukraińców inną wersją historii ich miejsca zamieszkania.

Sfinansowana przez stronę polską renowacja pałacu w Beńkowej Wiszni zachęciła do zapoznania się z postacią jej dawnego właściciela hrabiego Aleksandra Fredry. Popularnością cieszy się wydane niedawno przez IPN opracowanie historii Polski w języku ukraińskim. Podobnie jest zresztą z publikacjami o dziejach samej Rzeczpospolitej Obojga Narodów, sugerujących że to też było „ukraińskie państwo”.

Jest to nadal jednak początek drogi. Na większą popularyzację zasługują dokonania lwowskiej szkoły matematycznej, lwowsko-warszawskiej szkoły filozoficznej czy polskich artystów związanych z tymi ziemiami. Ważne, żeby wobec tego kiełkującego procesu, Polska nie pozostała bierna i podejmowała działania wspierające odkrywanie polskiej przeszłości na Ukrainie. Tym bardziej, że znaczna część tej przeszłości to historia wspólnej potęgi.

Duch Wielkiego Księstwa

Dziedzictwo Wielkiego Księstwa Litewskiego również zaczyna być coraz bardziej dostrzegalne na Białorusi i Litwie. W tym pierwszym państwie, które odeszło przecież na początku rządów Łukaszenki od symboliki WKL na nowo pojawiają się wyraźne sygnały wskazujące na chęć włączenia tej tradycji w obecną białoruską politykę historyczną.

Wizytówką kraju stał się odnowiony pałac Radziwiłłów w Nieświeżu, a historia samego rodu bywa tematem publikacji oraz filmów dokumentalnych. Miejscowa historiografia też przychylniej odnosi się do dziejów sprzed 1795 r. Przypomina to sytuację występującą również w Rosji do godzenia ze sobą różnych, czasem nawet sprzecznych, wydarzeń historycznych. I tak uznanie zyskuję zarówno szlacheckie Wielkie Księstwo Litewskie, jak i Sowiecka Białoruś.

Spuścizna WKL nie daje o sobie zapomnieć także na Litwie. Przez dziesiątki lat litewska narracja historyczna kształtowana była w opozycji do Polski, a okres I Rzeczpospolitej był równoznaczny z niewolą. Nieoczekiwanie jednak od 2008 r. rekordy popularności biją tutaj powieści Kristiny Sabaliauskaite, których akcja toczy się w czasach I RP, a bohaterami są przedstawiciele litewskiej szlachty. W książkach tych znaleźć można np. fascynację wileńskim barokiem czy dorobkiem elity Litwy z okresu wspólnego państwa. Również historiografia litewska zaczyna iść tą drogą i odchodzi od twierdzenia o upadku WKL po 1569 r.

Ten powoli rodzący się proces może przynieść wiele pozytywnych skutków i to po obydwu stronach. Jeżeli Polska będzie w stanie zainicjować działania wspierające odkrywanie polskiej, ale też wspólnej spuścizny na ziemiach, które stanowiły niegdyś jej część, to postrzeganie Rzeczpospolitej, a przez to jej znaczenie na Wschodzie będzie większe. Z kolei mieszkańcy tych obszarów poczują większą odpowiedzialność za spuściznę pozostawioną przez ich poprzedników, gdyż po prostu będą traktować ją jak własną.

Facebook Comments
Zdjęcie główne: wrocławski rynek około 1890-1900, źródło: WIkimedia Commons, licencja: domena publiczna
Jakub Wojas
Korespondent

    Jakub Wojas - absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Laureat stypendiów Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego i JM Rektora UJ. Odbył praktyki w Stałym Przedstawicielstwie RP przy ONZ w Genewie oraz w ambasadzie RP w Hadze. Na przełomie stycznia i lutego 2014 r. aktywista kijowskiego Euromajdanu. Korespondent w czasie interwencji rosyjskiej na Krymie i na wschodniej Ukrainie. Podchorąży kawalerii ochotniczej.

    ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY