Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Cezary Szczepaniuk

Gruzini nie kradną

"Pijemy za pokój na świecie. Pijemy też za przyjaźń polsko-gruzińską i gruzińsko-izraelską. Ten wieczór wydaje się nie mieć końca, a ja modlę się, by ten w końcu nastąpił. Pijemy piwo za zdrowie Putina, ponieważ toast wygłaszany nad piwem w Gruzji traktowany jest na opak – jako złe życzenie."
Autor: Cezary Szczepaniuk

Autor: Cezary Szczepaniuk

Starszy mężczyzna z siwą brodą po raz kolejny podniósł napełnioną szklankę. “Gaumardżos” – krzyczą wszyscy uczestnicy biesiady, po czym wlewają w siebie kolejną szklankę gruzińskiego samogonu. Z racji swojego wieku oraz autorytetu mężczyzna pełni funkcję tamady – jako jedyny uczestnik spotkania ma prawo wygłaszać toasty podczas tej kolacji.

Jest niski, a jego broda przypomina brodę Papy Smerfa. Ma ponad 60 lat, ale jego umysł jest bardzo sprawny, zaś opowieści pełne życiowej mądrości i doświadczenia. Reszta mężczyzn w tym gronie, a jest ich około dziesięciu, to prości gruzińscy rolnicy lub pasterze. Ich twarze, mocno ogorzałe od ciężkich warunków życia, wyrażają dumę z własnej kultury, ale też zainteresowanie trzema nowymi przybyszami.

Tamada po salwie śmiechów wstaje po raz kolejny i zaczyna następną opowieść: – po czym przez kilka minut wygłasza anegdotkę o cechach idealnego polityka. Chlust, kolejna szklanka mocnego alkoholu powędrowała do naszych żołądków, żeby później uderzyć nam do głowy.

Impreza trwa w najlepsze. Długi stół ugina się od różnego rodzaju kiełbas, kozich serów, pomidorów, ogórków i innych specjałów. Tamada pyta mnie czy mam siostrę. Mówię że tak. Pijemy za nasze siostry. To już co najmniej dwucyfrowa kolejka picia. Staram się osłabić wpływ tego wysokoprocentowego alkoholu na mój mózg. Zagryzam chlebem albo omijam kolejki. Tamada wstaje i wskazuje na czarno-białe zdjęcie typowego Gruzina z dużymi zakolami i zaczyna kolejny toast – za Zurę, naszego przyjaciela, myśliwego, który zginął na polowaniu zabity przez niedźwiedzia. Wychylamy kolejnego.

Gadamy po rosyjsku. Moja rola jest dosyć trudna, bo muszę nie tylko odpowiadać na wiele pytań skierowanych do mnie, ale też być tłumaczem dla izraelskiej pary, z którą znalazłem się na tej imprezie. Ci zaś nie znają żadnego słowa po rosyjsku. Czuję, że wprawą w piciu alkoholu zdobyłem uznanie gruzińskich zakapiorów, ale mój nowo poznany kolega z Izraela niestety staje się obiektem żartów. Metodycznie odmawia picia ostrego alkoholu, zasłaniając się względami religijnymi, podczas gdy jego żona stara się wypić chociaż co piątą szklankę.

Tamada wstaje i wygłasza piękną historyjkę o przyjaźni narodów. Pijemy za pokój na świecie. Pijemy też za przyjaźń polsko-gruzińską i gruzińsko-izraelską. Ten wieczór wydaje się nie mieć końca, a ja modlę się, by ten w końcu nastąpił. Pijemy piwo za zdrowie Putina, ponieważ toast wygłaszany nad piwem w Gruzji traktowany jest na opak – jako złe życzenie. Nie jestem w stanie już zliczyć ilości wypitych szklanek, ale wiem że jestem bardzo pijany. Izraelski kolega prawie płacze nad alkoholem i marudzi że bardzo chce iść spać. Ale jesteśmy gośćmi – płacimy czasem i swoim towarzystwem za nocleg.

Rozochocone męskie towarzystwo przechodzi do brzydkich żartów na temat jedynej dziewczyny w tym towarzystwie. Na szczęście na żartach się kończy, gdy po raz któryś bronię swoich nowych znajomych przypominając o tym, że są świeżym małżeństwem i odbywają podróż poślubną. W końcu przychodzi moment, w którym gruzińscy pasterze postanawiają zakończyć biesiadę i we trójkę dostajemy miejsce w drewnianej izbie, na podłodze, gdzie możemy położyć się spać.

Siedem godzin wcześniej

Na szlak w gruzińskie góry Bordżomi-Charagauli wyruszyłem około godziny 15:00, w jeden z wrześniowych dni 2013 roku. Wędrówkę przez ten piękny park narodowy postanowiłem rozpocząć od północnej strony, przyjeżdżając autostopem z Zestaponi do Charagauli, by w wiosce Marelisi wejść na szlak.

Autor: Cezary Szczepaniuk

Autor: Cezary Szczepaniuk

Przez trzy godziny szedłem utwardzoną drogą, przez lasy liściaste, licząc na dojście do „schroniska górskiego” oznaczonego na zdecydowanie poglądowej mapie. Pod pojęciem “schronisko górskie” w gruzińskich górach rozumie się drewniany domek, pozostawiony samopas gdzieś przy źródle wody. Domek posiada ryglowane drzwi, w środku znajduje się kilka lub kilkanaście drewnianych, piętrowych prycz (bez materacy) na których można spędzić noc. W środku budynku czasami stoi żeliwny piec z kominem.

Autor: Cezary Szczepaniuk

Autor: Cezary Szczepaniuk

Gdy się już ściemniało, lekko zaniepokojony brakiem noclegu, na górskiej polanie ujrzałem namiot. Okazało się, że rozbiła się w nim dwójka młodych Izraelczyków, którzy jak ja podróżowali przez Gruzję. Spytałem ich, czy nie boją się niedźwiedzi, śpiąc w tym miejscu i zaproponowałem im wspólne dojście do „schroniska”, które według mapy miało znajdować się niedaleko miejsca naszego spotkania.

Młoda para, po usłyszeniu słowa “niedźwiedź”, jak na komendę złożyła namiot i już po chwili szliśmy razem. Żadnego domku dla turystów nie znaleźliśmy, ale natrafiliśmy na grupkę górskich pasterzy, którzy zaprosili nas na kolację oraz nocleg w jednej z kilku chat, w tej okresowej górskiej wiosce.

10 godzin później

Budzę się z potężnym bólem głowy. Jesteśmy popędzani, by jak najszybciej opuścić pokój, ponieważ pasterze chcą zamknąć chatę i ruszyć do pracy. Jest siódma rano. Poranne słońce razi mnie w oczy, ale wraz z izraelskimi przyjaciółmi szybko pakujemy plecaki i brudne śpiwory. Wszyscy zwracaliśmy całą noc wypity alkohol. Podziękowawszy za zaproszenie, choć przeklinając w duchu cenę którą przyszło nam zapłacić za gościnę, odeszliśmy na polanę niżej, z dala od pasterzy by pospać jeszcze trochę na trawie.

Wypity alkohol dawał się we znaki, a organizm pozbawiony witamin odmawiał ruszenia na szlak. A przecież dopiero dzień wcześniej zacząłem wędrówkę! Udało mi się zasnąć, ale obudziło mnie stado krów. Nad moją głową wielki krowi pysk skubał mój plecak. Oznaczało to, że z drzemki nici.

Autor: Cezary Szczepaniuk

Autor: Cezary Szczepaniuk

Izraelscy znajomi chcieli iść dalej w swoją stronę. Pożegnaliśmy się, a ja koło godziny 10 rano ruszyłem na południe w gąszcz gór Bordżomi. Tego dnia obrałem sobie za cel górę Lomsmita. Prawie cały dzień szedłem gęstym lasem, przez środkowe pasmo gór oferujące ciężkie podejścia, potoki i błoto. W wartkim strumyku udało mi się wziąć powierzchowną kąpiel, ale nogi po kolana taplałem już na kolejnej przełęczy w wielkim błocie. Dopiero około 16:00 wyszedłem ponad linię lasu, gdzie ujrzałem fenomenalne widoki.

Bordżomsko-Charagaulski Park Narodowy to jeden z największych parków narodowych Europy. Góry te to dziewicza przyroda oraz endemiczne gatunki flory i fauny, nieskażone ludzką ręką (pomijając fakt spalenia części lasu przez wojska rosyjskie na początku lat 90-tych podczas działań wojennych). Od 2000 m n.p.m. pojawia się roślinność alpejska, zaś las ustępuje wspaniałym widokom. Wysokości w tych górach wahają się od 800 do 2642 m n.p.m.

Robię sobie piknik na górze Lomsmita. Jest piękny, jesienny dzień, a widoczność jest na prawdę dobra – widać Wielki Kaukaz na północy i majestatyczne szczyty pięciotysięczników – Elbrusu, Szchary oraz Kazbeku. Pobliskie krajobrazy przypominają jednak polskie Bieszczady, tylko dwa razy wyższe. Podobne połoniny i łagodne szczyty sprawiają, że po wyjściu z linii lasu wędrówka górami jest bardzo przyjemna.

Autor: Cezary Szczepaniuk

Autor: Cezary Szczepaniuk

Przed zmrokiem dochodzę do schroniska oznaczonego na mapie, gdzie zastaję interesujące grono pasjonatów wędrówek górskich – Rosjanina, Argentyńczyka, Kanadyjczyka, trzy Polki, oraz dwójkę Izraelczyków. Robimy ognisko, dzielimy się historyjkami. Palone drewno syczy, przygotowujemy kolację. Jestem najzwyczajniej szczęśliwy. Wspaniała przygoda, piękne góry, ognisko w dzikim otoczeniu, ciekawi i mili, młodzi ludzie… nawet o kacu udaje mi się zapomnieć.

30 godzin później

Po noclegu na twardej pryczy przyszedł czas na pobudkę i zejście z gór. W Gruzji pogoda o tej porze roku dopisuje. Jest ciepło i przyjemnie. Po porannej toalecie obieram szlak na południe. Trzy godziny poniżej znajduje się miasteczko Bordżomi, skąd mam zamiar pojechać do Tbilisi. Po kilku krokach orientuję się, że mój plecak jest dziwnie lekki, brak mi trzech części bagażu – bluzy i dwóch kurtek. Analizuję w pamięci, gdzie mogłem je zgubić, przeszukuję schronisko. Przeglądam nerwowo plecak po kilka razy. I nic.

Autor: Cezary Szczepaniuk

Autor: Cezary Szczepaniuk

@#$%%^!!!!!!

Po ćwiczeniu intelektualnym polegającym na cofnięciu się w pamięci wstecz krok po kroku do początku wędrówki, ustaliłem że te trzy bluzy mogłem zostawić w drewnianej chacie, w wiosce pasterzy dzień wcześniej, będąc ponaglany przy pakowaniu się.

^%$#@!!!!

Wzbudza to we mnie złość. Nie tylko dlatego że zgubiłem bluzy, które są mi potrzebne. W jednej z nich zaszyłem 40€. Na wszelki wypadek. Przy pakowaniu się w długą podróż mam zwyczaj rozdzielania pieniędzy w różne miejsca – skrytki w plecaku, kieszonki w kurtkach, etc. Tym razem przezorność mnie zawiodła. Chociaż do końca szlaku miałem tylko 3 godziny, a za sobą 30 km wędrówki, musiałem się wrócić, czyli wędrówkę dnia poprzedniego powtórzyć w całości.

Ostro pod górę, przez grań całych gór, potoki i błotniste szlaki, mocne zejścia. Mój upór nie pozwolił mi zrezygnować z sumy, za którą mógłbym podróżować jeszcze przez tydzień po Gruzji. Złość na siebie i moją nieuwagę wzbudziła we mnie wielką motywację i dodała siły Żwawo ruszyłem na szlak. Z powrotem. Cały dzień, przez 8-9 godzin wracałem, pełen złości, układając przemówienie po rosyjsku, oskarżające Gruzinów o kradzież. Złość rosła i malała, w zależności od sił i zmiennej pogody.

Pod wieczór doszedłem do górskiej wsi. Miałem szczęście. Pasterze jeszcze się po niej krzątali, szykując się do wyjazdu. Przywitali mnie ciepło – wszyscy ucieszyli się na mój widok. Spytali co się stało, czemu zawróciłem. Opowiedziałem moim kiepskim rosyjskim, że zdaję mi się, że straciłem w wiosce siatkę z ubraniami, w której były cenne rzeczy. Tamada z pamiętnego wieczu poprosił mnie o opisanie tych ubrań. Musiałem każdą kurtkę, bluzę, ich marki, i zawartość dokładnie opisać.

Zgadzało się. Po chwili wręczono mi siatkę z bluzą, na widok której się bardzo ucieszyłem. W środku było 40€. Gruzini zaczęli przekomarzać się, proponując bym pasterzowi, który znalazł pakunek w ramach wdzięczności sprawił prezent. Wyciągnąłem rękę oferując latarkę. Pasterze po chwili debaty stwierdzili, że nie mogą mi jej zabrać, zgadzając się między sobą, że ja potrzebuję jej bardziej niż oni. Zaproponowałem kapelusz. Jego też nie chcieli wziąć, ponownie upierając się, że jest mi bardziej potrzebny. Chciałem jednak cokolwiek oddać za znaleźne. Ostatecznie oddałem płowy kapelusz z napisem Gran Canaria.

Na koniec pogrożono mi palcem i z rubasznym uśmiechem na twarzy tamada wypowiedział: – Cezar, pamiętaj, Gruzini nie kradną! Pasterze zaproponowali mi podwózkę terenową Ładą Niwą do najbliższej wsi, do stacji kolejowej, skąd jak twierdzili miał odjechać pociąg do Chaszuri…

Gruzini nie kradną.

Zapraszamy do odwiedzin podróżniczego bloga prowadzonego przez autora.

Facebook Comments
Zdjęcia: Cezary Szczepaniuk ©

Cezary Szczepaniuk jest absolwentem stosunków międzynarodowych Wydziału Politologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie oraz podyplomowych Interdyscyplinarnych Studiów Europejskich na specjalizacji „Unia Europejska jako aktor regionalny” w Kolegium Europejskim w Natolinie. Współpracuje z organizacjami międzynarodowymi, instytucjami dyplomatycznymi oraz agencjami europejskimi jako koordynator projektów, obserwator wyborów oraz ekspert ds. stosunków międzynarodowych. Jego zainteresowania politologiczne obejmują szeroko rozumiane aspekty bezpieczeństwa międzynarodowego, Partnerstwo Wschodnie (Ukraina, Gruzja, kraje post-sowieckie) oraz Unię Europejską. Cezary jest także zapalonym podróżnikiem, zaś swoje przygody opisuje na blogu www.cezarkos.pl

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY