Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Marcin Rychły

Mandarynkowy subtropik. Reportaż z Abchazji

"Pani Walewska! Najlepsza Pani Walewska!" - krzyczy łamaną polszczyzną rozpromieniony Ławrik, szarmancko podchodząc i obejmując Agatę. Abchaz, właściciel małej szkółki ogrodniczej w Gagrze, słysząc język polski przypomina sobie markę popularnych w ZSRR polskich perfum i entuzjastycznie, już po rosyjsku, zaprasza do zakupu roślin w swoim sklepie. "Dawno tu Polaków nie było... bardzo dawno. Za czasów ZSRR do nas przyjeżdżaliście... A Szarika ze sobą nie macie?”. Z otwartym, przyjacielskim i czasem nostalgicznym podejściem do Polski spotykamy się przez całą podróż po Abchazji - państwie, które oficjalnie nie istnieje.

Uznani przez nieuznanych

Abchazja w miejscowym języku to Apsny – Kraj Duszy. Zgodnie z prawem międzynarodowym jest republiką autonomiczną wchodzącą w skład Gruzji. Pozostaje jednak poza jakąkolwiek kontrolą Tbilisi. Po wojnie gruzińsko-rosyjskiej w 2008 roku, władze Abchazji skierowały wniosek do Wspólnoty Niepodległych Państw i Rosji o uznanie państwowości. W praktyce już od czasu militarnej klęski Gruzinów w wojnie abchasko – gruzińskiej w latach 1992-1993 jest ona niepodległym państwem. Uznaje ją jednak wyłącznie czterech członków ONZ: Rosja, Nikaragua, Wenezuela i Nauru a także trzy nieuznawane kraje: Osetia Południowa, Naddniestrze i Górski Karabach. Rząd w Suchumi docenia wszystkie te państwa. W wielu reprezentacyjnych miejscach powiewają ich flagi, obywatele mogą przyjeżdżać bez wiz, a abchaskie dzieci uczą się o nich w szkole. Dzisiaj Abchazja mimo ekonomicznego i kulturalnego uzależnienia od Moskwy ma swój rząd i prezydenta, własną flagę i hymn, tablice rejestracyjne, a nawet strefę czasową inną niż Gruzja. Tylko wprowadzenie Apsara jako suwerennej waluty się nie powiodło.

Suchumi – budynek parlamentu zniszczony w czasie wojny abchasko – gruzińskiej 1992 – 1993; Autor: Marcin Rychły

Suchumi – budynek parlamentu zniszczony w czasie wojny abchasko – gruzińskiej 1992 – 1993; Autor: Marcin Rychły

Granica widmo

Na terytorium tego quasi-państwa wjeżdżamy przez Gruzję. Przekroczenie granicy od strony Rosji, byłoby nielegalne z punktu widzenia Tbilisi. Na przejściu granicznym na rzece Inguri musimy pojawić się przed godziną 19:00, później jest zamykane. Mijamy szlabany, zasieki, płoty, budki strażnicze – granica nie różni się wiele od innych w tej części świata. Po za tym, że jest jednostronna… Po gruzińskiej stronie jest bowiem wyłącznie posterunek policji nad którym powiewają flagi Gruzji i UE.

Abchaskim pogranicznikom pokazujemy pozwolenie wydane przez MSZ w Suchumi, które załatwiliśmy tydzień wcześniej drogą elektroniczną. Polaków, podobnie jak obywateli większości innych państw nieuznających Abchazji, obowiązują wizy, które później wyrabia się w stolicy. Po sprawnej kontroli dokumentów, pogranicznik wita nas językiem Puszkina Dobro pożalowat’ w Abchazii!

Lenin pod palmami

Uderza zieleń i bujność abchaskiej roślinności. Porastające Kaukaz lasy dębowo-grabowe z podszytem wiecznie zielonych bukszpanów, hortensji i kwitnących na fioletowo różaneczników płynnie przechodzą w nadmorską strefę subtropiku. Nie brakuje przypominających Toskanię alei cyprysowych, figowców w przydomowych ogródkach i ogromnych eukaliptusów, które sadzi się w celu osuszania podmokłych terenów. W centrum Tkwarczeli na skwerze wśród palm i kilku cedrów wyłania się popiersie Włodzimierza Lenina. Jakże abstrakcyjny widok… Bo czyż ta postać nie kojarzy się z zimnem, chłodem i nieprzyjaznym klimatem…?

Tkwarchel – niedziałająca kolejka linowa łącząca dolne i górne miasto; Autor: Marcin Rychły

Tkwarchel – niedziałająca kolejka linowa łącząca dolne i górne miasto; Autor: Marcin Rychły

Miasto postapokaliptyczne

Tkwarczeli bądź Tkwarczel, jak wolą Abchazowie, którzy nie chcą używać gruzińskich nazw, w czasach sowieckich był prężnym ośrodkiem wydobycia węgla kamiennego. Tutejsze kopalnie odegrały szczególnie ważną rolę w czasie II Wojny Światowej po zajęciu Donbasu przez Niemców. Podczas wojny abchasko-gruzińskiej Tbilisi odcięło miasto od dostaw żywności i rosyjskiej pomocy humanitarnej. Blokada, w efekcie której zginęło kilkuset niewinnych ludzi, trwała 413 dni. Dzisiaj miasto straszy swoimi widokami. Nigdy już nie podniosło się ze zniszczeń wojennych. Kopalnie ostatecznie dobiły niskie ceny węgla na światowych rynkach.

Trzy czwarte domów stoi pustych. Mury monumentalnego dworca kolejowego zaprojektowanego i zbudowanego przez niemieckich jeńców wojennych porastają mech i paprocie. Przed wejściem stoi wyniesiona ze środka olbrzymia mapa połączeń kolejowych. Już zupełnie nieprzydatna. Trudno sobie wyobrazić, że jeszcze niecałe 30 lat temu, można było stąd wyruszyć w podróż bezpośrednim pociągiem do Moskwy. Opuszczone szyby kopalń, rozsypujące się kominy dawnej fabryki dolomitu i niedziałająca od 1993 roku kolej linowa łącząca dolną i górną część miasta dają wyobrażenie o dawnej potędze miasta. Z drugiej natomiast strony uświadamiają jak destrukcyjnymi są wojna i czas. Takich miejscowości jest tutaj więcej, szczególnie na wschodzie kraju, gdzie działania wojenne w latach 1992-1993 trwały najdłużej.

Tkwarchel – ruiny dworca kolejowego; Autor: Marcin Rychły

Tkwarchel – ruiny dworca kolejowego; Autor: Marcin Rychły

Król herbaty zaprasza na czaczę

W okolicy ogromnej siedziby rady miejskiej, pozbawionej połowy szyb w oknach, podchodzi do nas starszy, schorowany mężczyzna. Ciągnie ociężale wózek z zakupami. Zagaduje po rosyjsku, przedstawia się jako Don Carlo. Dodaje od razu, iż jest dawnym dyrektorem Abchaskich Zakładów Herbacianych. Zaczes siwiejących włosów na tył głowy i wzorzysty szalik przewiązany na szyi wskazują na silną inspirację włoskimi filmami. Zaprasza nas do siebie na popularny na Zakaukaziu samogon – czaczę.

Mimo że jesteśmy już trochę zmęczeni gościnnością Abchazów, przyjmujemy zaproszenie. Ku naszemu zaskoczeniu mężczyzna prowadzi nie do mieszkania, a do garażu. Ale za to do jakiego! Oprócz miejsca na wysłużone Żiguli, gospodarz znalazł w nim wystarczająco przestrzeni, by wstawić dębowy stół, na którym postawił samowar własnej produkcji z emblematem D&G, a także sześć topornych krzeseł ze zlikwidowanego kina. Jest też kanapa, działający telewizor, umywalka, a nawet kominek. Poza tym wnętrze przytłaczają wszechobecne ozdoby, figurki i bibeloty. Na ścianach obitych sidingiem wiszą obrazy i zdjęcia.

Don Carlo rozlewając samogon kroi kiełbasę na zagrychę i z dużą pewnością siebie opowiada o swoim życiu. “W czasach ZSRR nadzorowałem większość plantacji herbaty w regionie. Dobrze wiem jak zarządzać gospodarką. Prezydent Chadżinba chciał mnie ściągnąć do Suchumi na ministra rolnictwa, ale odmówiłem – widzicie przecież w jakim jestem stanie… gdyby nie lekarze z Tbilisi, nie byłoby mnie tutaj z Wami”.
“Dlaczego leczył się Pan w Tbilisi, a nie np. w Moskwie?” – Pyta ze zdziwieniem Agata, dobrze orientując się w relacjach abchasko–gruzińskich.
“W Gruzji opieka medyczna jest na wyższym poziomie. Ramzan od początku mówił – Jedź do Tbilisi. Ramzan Kadyrow” – dodaje Abchaz po chwili.

Po wielu podróżach do krajów postsowieckich nie dziwią mnie już historie i znajomości spotkanych ludzi. Tutaj wszyscy lubią podkreślać fakt, iż dawniej byli kimś ważnym, pretendowali do bycia nim lub chociaż mają bądź mieli w gronie rodziny i znajomych kogoś wysoko postawionego. Przy bohaterach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej odznaczonych Orderem Lenina, potomkach konstruktora pięcioramiennych rubinowych gwiazd na wieżach moskiewskiego Kremla, taszkienckim wnuku krzewiciela Rewolucji Październikowej w Azji Centralnej, byłym ministrze ds. oświaty Kirgistanu, statyście i niedoszłym aktorze w filmach Andrieja Tarkowskiego, dawny dyrektor ze swoimi znajomościami nie robi wielkiego wrażenia. W duchu zaczynam się uśmiechać i zastanawiać, jaką jeszcze znajomością pochwali się Don Carlo. Z drugiej strony szkoda mi tego zniedołężniałego człowieka, który po prostu szuka kontaktu z ludźmi.

 Tkwarchel - Don Carlo w swoim garażu; Autor: Marcin Rychły

Tkwarchel – Don Carlo w swoim garażu; Autor: Marcin Rychły

Abchaski mundial

Nr 14 dziennika Nużnaja Gazieta z 28 kwietnia informuje o kończących się inwestycjach drogowych o wartości 30 mln rosyjskich rubli (ok. 450 tys. USD) wokół Stadionu Dynamo w Suchumi. To właśnie ten obiekt mogący pomieścić 4300 kibiców, wraz ze stadionem Daura Awchledianiego w Gagrze, jest areną Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej Państw Nieuznawanych – ConIFA. Impreza ta odbywa się drugi raz w historii. Poprzednim gospodarzem była Laponia, gdzie mistrzostwa zorganizowano w 2014 roku. Od 28 maja przez dziesięć dni, drużyny 12 państw rywalizują o Puchar Federacji utworzonej w 2013 roku. Oprócz wspomnianej już Laponii, w mistrzostwach biorą udział m.in. Kurdystan, Cypr Północny, Pendżab i Padania. Mieszkańcy Abchazji podchodzą do turnieju poważnie, nawet trochę emocjonalnie. Przejmują się kondycją swoich piłkarzy, typują zwycięzców.

“Zobaczycie ilu znakomitych piłkarzy tutaj zagra. Jaki będzie internacjonał!” – mówi z nieukrywaną dumą Biesłan, wykładowca ekonomi w Suchumskim technikum artystycznym i przedsiębiorca, z którym jedziemy do Gagry. “Dawniej nasi sportowcy grali dla ZSRR później dla Rosji, a teraz sami możemy coś światu pokazać”.

Władza natomiast liczy na korzyści polityczne. Na ulicach i przystankach autobusowych rozwieszono plakaty i bilbordy, przebudowano dwa stadiony, wyremontowano kilka odcinków dróg. Nie udało się tylko otworzyć przebudowywanego od lat lotniska, mimo że na deklaracji wizowej, jako jedno z miejsc przekraczania granicy można wybrać suchumski port lotniczy…

Najważniejsze dobro eksportowe

Biesłan handluje owocami, głównie mandarynkami. Cytrusy są jedną z podstaw opartej na rolnictwie gospodarki Abchazji. “Mandarynka jest dla nas owocem symbolicznym, podobnie jak granat dla Azerbejdżanu, czy morela dla Armenii” – mówi Abchaz. “Przed embargiem sprowadzałem też polskie jabłka, próbowałem eksportować do Was mandarynki. Polacy brali je jednak niechętnie… Nie są tak kształtne jak te z południa Europy, chociaż w smaku wierzcie mi – są lepsze niż hiszpańskie. Przyjeżdżajcie zimą, spróbujecie, sami się przekonacie!”.

Sezon na owoce dawno się już skończył. Jego szczyt przypada na grudzień. Mandarynki, które próbuję są już wysuszone. Ostatnie zapasy przechowywane w chłodniach przerabia się na soki i dżemy.

Nowy Afon – kobieta handlująca mandarynkami i przetworami z owoców; Autor: Marcin Rychły

Nowy Afon – kobieta handlująca mandarynkami i przetworami z owoców; Autor: Marcin Rychły

Szpieg z Oczamcziry

W Abchazji wszyscy się znają. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Kraj zamieszkuje około ćwierć miliona ludzi i każdy ma gdzieś jakiegoś krewnego bądź znajomego. Wesela, podobnie jak uroczystości poprzedzające pogrzeb tzw. plakanie (wspominki), potrafią zgromadzić nawet kilka tysięcy osób. Odcinek Suchumi–Psou (przejście graniczne z Rosją) pokonujemy z dziewięcioma kierowcami. Większość z nich wybiera się na ten sam pogrzeb dwójki młodych ludzi, którzy dwa dni wcześniej wjechali swoim samochodem w marszrutkę.

Podróżujemy głównie autostopem. Nieraz okazuje się, że kierowca już słyszał o Polakach podróżujących po Abchazji, albo ktoś z jego znajomych już z nami gdzieś rozmawiał. Chłopaka, któremu pomagamy odpalić moskwicza w drodze do Oczamcziry, spotykamy trzy dni później w Suchumi. Wlad z białej Wołgi, z którym rozmawiamy w Gadaucie, krzyczy z samochodu na powitanie w centrum Gagry.

W Oczamczirze zatrzymujemy się na kilka dni w domu Elwiry. Ta energiczna i pozytywnie zakręcona 70-letnia kobieta pochodząca z Megrelii potrafi dowiedzieć się wszystkiego. Dosłownie. Wie dokąd chodzimy, co zwiedzamy, gdzie jemy obiad… Nie informujemy jej, że wybieramy się do oddalonego o 50 km Tkwarczeli. Elwira tam kiedyś mieszkała, przetrwała blokadę, o której opowiada wieczorami ze łzami w oczach. “Co tam? W Tkwarczeli byliście co? Jak się Wam podobało?” – pyta po naszym powrocie – “No co, na pogrzebie mi o Was powiedzieli” – dodaje po chwili z uśmiechem, widząc zdezorientowanie na naszych twarzach.

Oczamczira - opuszczone wesołe miasteczko; Autor: Marcin Rychły

Oczamczira – opuszczone wesołe miasteczko; Autor: Marcin Rychły

Po co Wam te rakiety?

Polska jest dla Abchazów krajem odległym mentalnie, który kiedyś był im bliski. Dlaczego rozbieracie radzieckie pomniki? Czemu nie świętujecie 9 maja? Po co Wam te amerykańskie antyrakiety? Te same pytania powtarzają się w prawie każdym samochodzie i w większości odwiedzanych domów. Nie chcę rozpoczynać politycznych dyskusji, dlatego zawsze mam przygotowaną krótką, może nie do końca prawdziwą, ale zazwyczaj satysfakcjonującą wszystkich odpowiedź. “Polityka polityką a ludzie ludźmi. My Polacy nic do Rosjan nie mamy”. Rosyjski Pierwyj Kanal cieszy się tutaj dużą popularnością. Wszystkie informacje o świecie dochodzą przez Moskwę.

Abchaska solianka

Turyści z zachodniej Europy tutaj nie docierają. Podczas całego pobytu spotykamy wyłącznie rodzinę ze Szwajcarii – małżeństwo z dwójką dzieci. Są za to Rosjanie, którzy przyjeżdżają na letni wypoczynek. Wynajmują pokoje, pozwalając dorobić miejscowej ludności, bądź zatrzymują się w starych, poradzieckich ośrodkach wczasowych Gagry, Gadauty, Nowego Afonu. Chcą nacieszyć się namiastką tropików, tak jak Stalin i Chruszczow, którzy kazali tutaj wybudować sobie letnie dacze. Czują się jak u siebie. Problemów z językiem nie ma, pieniędzy wymieniać nie trzeba, bo obowiązującą walutą jest rubel rosyjski, nawet niektóre typowe kaukaskie dania nazwano po rosyjsku. Gruzińska fasolowa zupa “lobio” to po prostu “fasol”, a “ostri” to “solianka”. Oferta turystyczna nie jest przystosowana dla wymagających i bogatych. Brakuje bazy hotelowej i dobrych restauracji. Dlatego trudno tutaj natrafić na mieszkańców Moskwy czy Petersburga. Chyba że mieszkających w chruszczowkach.

Gagra – poradziecki ośrodek wypoczynkowy Amra; Autor: Marcin Rychły

Gagra – poradziecki ośrodek wypoczynkowy Amra; Autor: Marcin Rychły

Ładą na granicę

Na granicę abchasko–gruzińską jedziemy wysłużoną białą ładą. Ściśnięci w sześć osób: kierowca, jego ojciec i nasza czwórka. Na kolanach trzymamy duże plecaki, które nie mieszczą się w bagażniku. W dodatku słońce przygrzewa do 30 stopni. W radio co chwila leci ten sam hit rosyjskiej popsy – Czornoe Morie. Dwudziestokilkuletni kierowca z grzywką zaczesaną na czoło jest celnikiem. Jedzie do pracy na drugą zmianę. Co chwila wychodzi z samochodu, dumnie poprawia pistolet przypięty do pasa. Próbuje załatwić alkohol na zbliżające się obchody 9 maja. Mimo że jest funkcjonariuszem publicznym, przewóz tylu osób w aucie nie jest dla niego żadnym problemem. Podobnie jak dla milicji, którą mijamy po drodze. My też już się przyzwyczailiśmy. Zdarzało się już wcześniej jeździć jednym samochodem w siedem osób.

W myślach podsumowuję podróż. Próbuję zbudować spójny obraz tego co widziałem i czego tutaj doświadczyłem. Abchazja wywiera duże wrażenie i raczej nie pozostaje się obojętnym wobec tego małego fragmentu świata. Mam mieszane uczucia. Jest to dla mnie teren pełen sprzeczności. Z jednej strony podziwiam odmienność Abchazji, harmonię miejscowego życia i wewnętrzny spokój, jaki cechuje jej mieszkańców. Z drugiej strony mam wrażenie, że opuszczam trochę surrealistyczną krainę. Wjeżdżając do Gruzji w pewnym sensie czuję, że wracam do swojego świata…

Abchasko-gruzińskie przejście graniczne; Autor: Marcin Rychły

Abchasko-gruzińskie przejście graniczne; Autor: Marcin Rychły

Facebook Comments
Zdjęcie główne: Abchasko-gruzińskie przejście graniczne; Autor: Marcin Rychły
Marcin Rychły
Marcin Rychły
Absolwent Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu i Wschodoznawstwa na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Pracuje w finansach. Interesuje się i podróżuje po państwach postradzieckich.
    ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY