Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Paulina Siegień

„Jesteśmy miastem-pomostem” – wywiad z Prezydentem Miasta Gdańska Pawłem Adamowiczem

Gdańsk mianuje się miastem wolności i solidarności, w swojej miejskiej narracji często odwołuje się do międzykulturowej przeszłości, Hanzy i bałtyckiego dziedzictwa. Ze względu na swoją historię odegrał ważną rolę w pojednaniu polsko-niemieckim, ale dzisiaj otwiera się także na współpracę z Europą Wschodnią. O roli Gdańska w regionie, otwarciu na wschód i polityce wobec imigrantów Eastbook porozmawiał z Prezydentem Miasta Gdańska Pawłem Adamowiczem.
Paweł Adamowicz. W tle panorama Gdańska; Źródło: Urząd Miasta Gdańska

Paweł Adamowicz. W tle panorama Gdańska; Źródło: Urząd Miasta Gdańska

Paulina Siegień: Centrum czy peryferie, gdzie Pan umieściłby Gdańsk na tej mentalnej i faktycznej mapie?

Paweł Adamowicz: Gdańsk może wiele zaproponować Europie Środkowej i Wschodniej, ale myślę, że nie tylko. Przede wszystkim świeżość, świeżość idei. Dzisiaj w Europie Środkowo-Wschodniej przeżywamy wzrost nastrojów ksenofobicznych, zamykania się, a Gdańsk chce być otwarty, chce być solidarny. Jako jedno z pierwszych miast w tej części Europy uchwaliliśmy politykę integracji imigrantów. Chcemy w ten sposób praktykować solidarność międzyludzką przez małe „s”. Elity przywódcze Gdańska chcą nie tylko trzymać rękę na europejskim pulsie, ale chcą też aktywnie uczestniczyć w europejskiej debacie. Miasto średniej wielkości, jakim jest Gdańsk, chce pokazać, że i one, obok Berlina, Londynu, Paryża czy Madrytu mogą i powinny być bardziej aktywne na europejskiej scenie. Nie powiem, że Gdańsk jest miastem peryferyjnym, bo nie chce nim być. Geograficznie jest, ale nie o to chodzi.

P.S.: A może są plusy tego położenia? Najbardziej oczywiste to chyba Morze Bałtyckie?

P.A.: Gdańsk jest dzisiaj takim miejscem na przecięciu między rosyjską enklawą Kaliningradu, krajami byłego Związku Sowieckiego, a Europą Zachodnią. Jest miastem północnej Europy, ale przez swoją strukturę demograficzną i społeczną o południowym charakterze, bo północ jest protestancko-kalwińska, w niemałej części już świecka, a my jesteśmy przede wszystkim katolikami. Ale chcemy reprezentować katolicyzm otwarty. Bałtyk łączy nas ze Skandynawią, bardzo dobrze się rozwijającą, mającą moim zdaniem wiele do zaoferowania Europie, ale też jest miastem pojednania polsko-niemieckiego. Więc jesteśmy takim miastem-pomostem. I chcemy, by Gdańsk tę rolę odgrywał także w przyszłości.

P.S.: Czy ten pomost ma wymiar kulturowy, czy także ekonomiczny?

P.A.: Gdańsk się coraz bardziej umiędzynaradawia. Na przykład poprzez istniejące tu firmy. W tę internacjonalizację coraz mocniej włączają się także gdańskie uczelnie. Ale rzeczywiście, biznes jak zawsze wyprzedza naukę. W warstwie kultury Gdańsk także staje się miejscem coraz bardziej międzynarodowym. A i na pewno sami gdańszczanie, poprzez zmianę miejsca zamieszkania na europejskie miasta, poprzez mieszane małżeństwa , też wpływają na cyrkulację idei, na to umiędzynaradawianie.

P.S.: Powiedział pan o Gdańsku jako o ważnym miejscu dla pojednania polsko-niemieckiego. Czy miasto chciałoby także odgrywać ważną rolę w dialogu polsko-rosyjskim, w związku z sąsiedztwem z obwodem kaliningradzkim?

P.A.: Dzisiaj niestety, mamy do czynienia, z częściowym zamrożeniem naszych relacji z obwodem i na to się składa i wielka polityka, ale i kryzys ekonomiczny w Rosji, spadek wartości rubla oraz przemiany, w wyniku których Polska stała się w oczach wielu Rosjan trochę wrogiem Rosji. Nie chcę tutaj całej winy zrzucać na rząd rosyjski i Rosję, pewnie my też nie zawsze potrafimy na te kryzysy odpowiednio reagować. Myślę, że my w Gdańsku, mimo oziębienia relacji między rządami, staramy się dalej współpracować z gubernatorem Kaliningradu Nikołajem Cukanowem [w momencie rozmowy Nikołaj Cukanow był jeszcze gubernatorem obwodu kaliningradzkiego – przyp. red.], czy z merem Aleksandrem Jaroszukiem. Jesteśmy otwarci na przekazywanie doświadczeń, na przykład z Euro 2012, bo w Kaliningradzie także będą się odbywać rozgrywki Mistrzostw Świata w piłce nożnej. W kwestii tej współpracy musimy się wykazać większą cierpliwością od samych Rosjan. Wyczuwam, że niektóre kręgi władzy rosyjskiej trochę się nas obawiają. Dlatego ważne są gesty, zaproszenia, utrzymywanie dialogu ze strony władz miejskich i wojewódzkich. Mam swoje zdanie na temat polityki Rosji wobec Krymu, wobec Ukrainy i mój stosunek do tych działań jest bardzo krytyczny. Ale on nie wywołuje chęci bojkotu władz rosyjskich. Jeśli ambasador Rosji prosi o spotkanie, to ja się spotykam, podobnie z władzami regionalnymi czy lokalnymi z obwodu kaliningradzkiego, czy z innych obwodów Rosji. Dla mnie to normalne.

P.S.: Współpraca z rosyjskim Kaliningradem nie jest łatwa, a czy są takie wschodnie kierunki miejskiej polityki, w przypadku których można powiedzieć, że Gdańsk odniósł sukces?

P.A.: Trudno te kwestie mierzyć tylko kategoriami sukcesu. Te relacje są złożone i przynoszą owoce w długiej perspektywie. Niekiedy bywają wręcz skromne w porównaniu do nakładu sił i środków. Gdańsk współpracuje z Odessą, z Mariupolem, ze Lwowem. Staramy się wspierać ukraińskie miasta w ich poszukiwaniu drogi do Europy, w modernizacji, w unowocześnianiu przestrzeni miejskiej. Tutaj możemy służyć dobrymi doświadczeniami. Dlatego wstąpiliśmy jako miasto do międzynarodowego stowarzyszenia miast ALDA (European Association for Local Democracy). Ja, jako prezydent Gdańska, jestem członkiem grupy Corleap (Conference of Regional and Local Authorities for the Eastern Partnership) w Komitecie Regionów Unii Europejskiej, która zajmuje się Partnerstwem Wschodnim. W Gdańsku właśnie gościliśmy partnerów z Odessy i Dnipra. Niedawno uczestniczyłem także w konferencji w Kijowie, poświęconej odbudowie społeczeństwa obywatelskiego, roli mediów społecznościowych i nawiązałem kontakt z burmistrzem Kijowa Witalijem Kliczko. Spodziewam się jego wizyty w Gdańsku w sierpniu. Wtedy też zostanie uruchomione stałe połączenie lotnicze między Gdańskiem i Kijowem. To dobry pretekst, by gdańszczanom więcej mówić o Ukrainie, o Kijowie. Trudniejszym obszarem jest oczywiście Białoruś z racji tego, że władze lokalne nie mają mocnego demokratycznego mandatu dla sprawowania władzy. Dlatego staramy się z jednej strony prowadzić dialog z oficjalnymi władzami miejskimi, np. Grodna czy Nowopołocka i Połocka, ale też utrzymujemy kontakt z organizacjami pozarządowymi, które nie zawsze cieszą się sympatią władz białoruskich. Takie równoległe kontakty są niezbędne, bo nie można być uczciwym w tych relacjach nie dostrzegając organizacji pozarządowych, ale również byłoby nieroztropnym bojkotowanie oficjalnych władz białoruskich.

P.S.: A skąd w ogóle u Gdańska to zainteresowanie Europą Wschodnią? Bo Gdańsk jako miejsce pojednania polsko-niemieckiego – to zrozumiałe, wynika z historii, z przedwojennej przeszłości miasta. A skąd Wschód?

P.A.: Na to ma wpływ przede wszystkim miejski lider, czyli prezydent miasta. Moi rodzice pochodzą ze Wschodu, dlatego naturalne jest u mnie zainteresowanie Wschodem. Co nie znaczy, że u każdego, kto ma korzenie kresowe, wschodnie, to jest naturalne, ale u mnie to występuje, z jednej strony ciekawość, ale z drugiej poczucie, że trzeba coś oddać. Coś, co się otrzymało kiedyś, dwadzieścia kilka lat temu od miast Europy Zachodniej, które wspierały początki naszej lokalnej demokracji. A więc my też powinniśmy, jako samorządowcy, wspierać procesy demokratyczne, rozwój demokracji lokalnej w państwach Europy Wschodniej.

P.S.: A czy niemiecka przeszłość jest trudna dla Gdańska?

P.A.: Może była trudna jakieś 30 lat temu. Dzisiaj, przynajmniej dla mnie nie jest to trudna przeszłość. Choć na pewno znajdziemy Gdańszczan, którzy są nieufni wobec Niemiec i Niemców. Dla mnie pojednanie jest faktem. Pojednanie nie oznacza oczywiście tego, że 1 września nie obchodzimy rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej, że nie obchodzimy rocznicy rozstrzelania pracowników Poczty Polskiej w Wolnym Mieście, że nie odwiedzamy Stutthofu, obozu koncentracyjnego położonego niedaleko Gdańska. I tak dalej. Zresztą w tych uroczystościach co roku uczestniczą też Niemcy, reprezentujący różne szczeble polityki niemieckiej. Odkrywanie niemieckiej przeszłości Gdańska, jego historii, docenienie wkładu w dziedzictwo miasta niemieckojęzycznych Gdańszczan, czy Niemców Gdańskich pozwala nam uczyć się niełatwego dialogu z Ukraińcami o, na przykład, polskiej przeszłości Lwowa. Albo polskiej przeszłości Wilna z Litwinami. To są ważne lekcje, ułatwiają nam dialog i czynią nas wiarygodnymi w rozmowach z litewskimi, białoruskimi czy ukraińskimi partnerami. Możemy im powiedzieć; patrzcie, my w Gdańsku nie wstydzimy się historii, nie robimy z tego problemu, nie polonizujemy na siłę przeszłości Gdańska. Wydajemy książki, organizujemy konferencje, w przestrzeni miasta umieszczamy tablice w języku niemieckim informujące o ważnych postaciach, czy miejscach. A więc oczekujemy od was, europejskich miast, byście również dostrzegali ich polską przeszłość. Historia miast europejskich nie może być nacjonalizowana, czyli fałszowana. I to jest lekcja, która wypływa z Gdańska. Mam nadzieję, że także z Wrocławia czy Szczecina. Nie można budować tożsamości współczesnej na piaskach, na fałszywym z gruntu przekonaniu, że miasto było od wieków piastowskie, polskie. Bo to po prostu nieprawda. Podobnie naszym partnerom litewskim, białoruskim, czy ukraińskim powinniśmy przez to doświadczenie gdańskie starać się zwrócić uwagę na doświadczenie wileńskie, lwowskie czy grodzieńskie.

P.S.: Sprawdziłam kiedyś, że z Gdańska jest bliżej do Kłajpedy niż do Warszawy, ale Litwa, ani Łotwa, czy Estonia, nie zajmują istotnego miejsca w świadomości Gdańszczan.

P.A.: Niedawno gościliśmy burmistrza Kłajpedy Vytautasa Grubliauskasa. Przyjechał na „Baltic Sail” – jubileuszową, XX imprezę żeglarską. Byli też burmistrzowie Rostocku i szwedzkiego Kalmaru. „Baltic Sail” to jedno z takich przedsięwzięć morskich, które są dźwignią budowania wspólnoty bałtyckiej. Nie powiem nic odkrywczego, ale my gdańszczanie jeszcze słabo znamy inne miasta Europy bałtyckiej, w tym też rosyjski Kaliningrad czy litewską Kłajpedę. I to jest duże wyzwanie.

P.S.: Tym bardziej, że Gdańsk, Tallinn, Ryga, Kłajpeda – to miasta, które historycznie są do siebie podobne. Hanza, porty, niemiecka kultura…

P.A.: Tak i staramy się uczestniczyć w budowie tych więzów i bałtyckiej tożsamości. W Gdańsku mieści się sekretariat Związku Miast Bałtyckich. Mój poprzednik, prezydent Jacek Starościak był współinicjatorem jego powstania po upadku komunizmu. Gdańsk należy także do Związku Nowej Hanzy, z siedzibą w Lubece. Organizowaliśmy nawet, w czasie obchodów tysiąclecia Gdańska zjazd Nowej Hanzy. Przez wiele lat w Gdańsku był sekretariat organizacji Wizje i Strategie wokół Bałtyku. Zorganizowałem swego czasu spotkanie polskich ambasadorów państw Europy bałtyckiej. Ale to prawda, zainteresowanie tym obszarem kolejnych polskich rządów, ministrów spraw zagranicznych, jest za słabe. To jednak zostawia pole do działania społeczności akademickiej, organizacji pozarządowych, bo rzeczywiści jest zapotrzebowanie na większe zaangażowanie społecznych elit w wymianie idei i informacji w regionie Bałtyku. Tym bardziej, że skandynawski model społeczny i styl życia jest popularny w naszym społeczeństwie. Ilość relacji z Niemcami, czy z Wielką Brytanią jest o wiele większa niż z nieodległą nam Szwecją. A szkoda, bo można by było wiele podpatrzeć, wiele szwedzkich rozwiązań zaadaptować, podobnie jak fińskich, czy duńskich. Regularną, dobrą współpracę mamy za to z Wilnem. Od 15 lat odbywają się Dni Wilna w Gdańsku. To przegląd wydarzeń kulturalnych, społecznych, handlowych. Od trzech lat z kolei Gdańsk gości w Wilnie. Wielokrotnie próbowałem nawiązać kontakty z Rygą, zapraszałem do Gdańska mera Rygi, pomagał mi w tym ówczesny polski ambasador w Rydze Jerzy Marek Nowakowski, ale niestety Nils Ušakovs nie znalazł czasu, a może ochoty, nie wiem. Ryga, Tallin, Wilno – to stolice krajów, ale zaryzykuję stwierdzenie, że dla Warszawy nigdy nie będzie tak bliska Ryga, Wilno czy Tallin, jak dla Gdańska. To, gdzie te miasta będą szukały partnerów zależy oczywiście od merów tych miast. Czy będą dążyli do partnerstwa z mazowiecką równiną ze stolica w Warszawie, czy z nadbałtyckim Gdańskiem. Dzisiaj wygrywa chyba mazowiecka równina.

P.S.: Gdańsk pracuje nad pionierskimi w skali polski rozwiązaniami związany z integracją imigrantów. Kilka tygodni temu Rada Miasta przyjęła Gdański Model Integracji Imigrantów, nad którym przez rok, z inspiracji Urzędu Miasta, pracowała interdyscyplinarna grupa ekspertów, aktywistów społecznych, organizacji pozarządowych. Na jakich imigrantów czeka Gdańsk, kogo się spodziewa?

P.A.: Gdańsk już nie czeka, oni już są w Gdańsku! To głównie Ukraińcy, trochę Białorusinów, Rosjan.

P.S.: Czy Gdański Model Integracji Imigrantów jest kierowany także do nich?

P.A.: Ależ oczywiście. Przede wszystkim, my byśmy tego modelu nie stworzyli, gdyby nie 15-tysięczna grupa Ukraińców w Gdańsku i okolicach. Dzisiaj stocznia Gdańska i inne stocznie, niejedna budowa w Gdańsku, ale i niejedna restauracja czy hotel nie mógłby funkcjonować bez ukraińskich pracowników. Program jest skierowany do mieszkających dziś z nami Ukrainek i Ukraińców. W powiatowym Urzędzie Pracy w Gdańsku została zatrudniona osoba z Ukrainy, która zajmuje się tylko załatwianiem spraw związanych z pracą Ukraińców, czy szerzej, obywateli byłego Związku Sowieckiego. W tym kontekście należy przypomnieć perspektywiczne i chrześcijańskie myślenie zmarłego niedawno arcybiskupa metropolity Gdańskiego ks. Tadeusza Gocłowskiego, który przekazał gotycki kościół św. Bartłomieja, położony w centrum Gdańska, na potrzeby wspólnoty greko-unickiej. Ja z kolei przekazałem budynek obok tego kościoła Związkowi Ukraińców w Polsce. Dzięki temu ukraińska diaspora ma miejsce spotkań religijnych i społecznych. Rok temu został odsłonięty przy tym kościele, drugi po Londynie, poza granicami Ukrainy, pomnik św. Włodzimierza. Chcielibyśmy w ten sposób także przekonać Ukraińców, by przekazali na potrzeby wspólnoty katolickiej, któryś z lwowskich kościołów. Nie wiem, czy to ich przekona, ale trzeba próbować.

P.S.: A czy Gdańsk jest gotowy na przyjęcie imigrantów, którzy kulturowo różnią od Polaków o wiele bardziej niż Ukraińcy, Białorusini, czy Rosjanie? Mam na myśli imigrantów i uchodźców z Bliskiego Wschodu?

P.A.: Sądzę, że prezydent żadnego miasta nie powie, że mieszkańcy są gotowi. Bo trudno przygotować na to wszystkich mieszkańców. Natomiast dzięki ponad rocznej pracy nad Gdańskim Modelem Integracji Imigrantów, w czasie spotkań, dyskusji i debat stworzyliśmy środowisko ludzi, które akceptują inność, którzy są otwarci na innych, nowych mieszkańców Gdańska. Choć z drugiej strony nastąpiła też identyfikacja tych gdańszczan, którzy są zamknięci, zorientowani ksenofobicznie, lękliwie, boją się imigrantów. Badania socjologiczne ujawniają, że gdańszczanie nie boją się utraty miejsc pracy, bardziej boją się, że wraz z uchodźcami przeniknie terroryzm, boją się o swoje bezpieczeństwo. I stąd uważam, że ogromne wyzwanie stoi przed Kościołem, opinią publiczną, by obalać stereotypy, tłumaczyć inność, by krzewić ducha otwartości. To jest wielkie zadanie, ono się nigdy nie skończy.

Facebook Comments
Paulina Siegień
Paulina Siegień
Dziennikarka

    Etnografka, filolożka, tłumaczka, absolwentka Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego i filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim, doktorantka na Wydziale Filologicznym UG. Dla Gazety Wyborczej Trójmiasto pisze o obwodzie kaliningradzkim. Dzieli życie między Gdańsk, Kaliningrad i dziesiątki innych miejsc w Europie Środkowej i Wschodniej. Miłośniczka dziejów Hanzy, Morza Bałtyckiego, polityki i literatury.

    ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY