Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Alicja Cembrowska

#Twarze Ukrainy: słuchałem Bajmu, by nauczyć się polskiego

Roman Tezbir, chociaż nosi poważne miano „kierownika produkcji” w Krakowskiej Manufakturze Czekolady, jest raczej człowiekiem, z którym chciałoby się pójść na piwo po ciężkim dniu. Nie ukrywa miłości do Ukrainy, jednak dopuścił się małej zdrady. Bo w końcu, jak tu nie ulec magii Krakowa?

W upalny dzień Kraków jest trudny do zniesienia: ciasne uliczki, brak najmniejszego wietrzyku i tłum, pomieszanie wolno kroczących turystów i biegnących do pracy krakowian. Na szczęście mapa wskazuje, że mój punkt docelowy jest blisko Rynku Głównego. Tym razem nie ma szans, bym się spóźniła. Sprawnie wymijam spacerowiczów, którzy zaraz rozpoczną poszukiwania miejsc na wczesny obiad. W końcu staję przed szybą Krakowskiej Manufaktury Czekolady na ul. Szewskiej.

Roman wita mnie z uśmiechem, proponuje herbatę, zajmujemy miejsce na jego stanowisku pracy – szyba oddziela nas od ciekawskich turystów – mogą śledzić wprost z ulicy proces powstawania czekoladowych cudów.

Zaczynałem we Lwowie

Roman Tezbir pochodzi z Drohobycza. Studiował ekonomię we Lwowie (zdobył tytuł magistra), a praca we Lwowskiej Manufakturze Czekolady była dla niego sposobem na zasilenie studenckiego budżetu. Szybko okazało się, że będzie kimś więcej niż kasjerem. Po trzech latach dorabianie zmieniło się w stałą pracę.

Podjął stanowisko kierownicze, a po kolejnym roku dostał propozycję otwarcia Manufaktury w Krakowie. Po 1,5 roku został kierownikiem produkcji. Teraz zarządza grupą osób, a poza tym dekoruje, miesza i tworzy z czekolady prawdziwe dzieła. Wcześniej się tym nie zajmował, jednak gdy zwolniła się najlepsza pracownica, sam musiał realizować zlecenia. Okazuje się, że aby tworzyć te wszystkie kosmiczne czekoladowe produkcje nie potrzebne są kursy czy szkolenia. Wystarczy chęć nauki.

6

Firma, jak i wszystkie jej receptury, pochodzą ze Lwowa: od produkcji do zapakowania, wszystkie etapy są pracą ludzkich rąk. Jej historia zaczęła się od jednej kawiarni. Teraz pojawiają się jak grzyby po deszczu w Ukrainie, Azerbejdżanie, Czechach, Polsce, a już niedługo również mieszkańcy innych państw świata będą mogli przekonać się, jak smakuje tradycyjna ukraińska czekolada. Otwieranie nowych punktów również należy do obowiązków Romana – posiada nie tylko wiedzę i doświadczenie, ale również zestaw dokumentów, które pozwalają mu na swobodne poruszanie się po terenie Unii Europejskiej.

Jestem Łemkiem

Bardziej niż historia firmy interesuje mnie jednak on.

Jestem Łemkiem. Od kiedy pamiętam, w trzeci lub czwarty tydzień lipca przyjeżdżałem z rodzicami na Łemkowską Watrę do Zdyni. Już jako małe dziecko zafascynowany byłem Polską i jej kulturą. Wszyscy się ze mnie śmiali, nie rozumieli, co podoba mi się w tym kraju. Potem zamarzyłem sobie studia w Polsce. Języka uczyłem się sam, pod kołdrą. Mówili mi, że i tak nic z tego nie wyjdzie. No i… nie wyszło.

Zaśmiałam się nerwowo. Spodziewałam się doniosłej historii o wierze i wysiłku, które przynoszą rezultaty. Roman jednak miał przed sobą jeszcze trochę pracy. W tamtym czasie dostęp do edukacji w Polsce nie był jeszcze tak prosty jak teraz – studia kosztowały, chłopak nie miał Karty Polaka, a programy, wymiany i wszelkie udogodnienia były jeszcze w powijakach.

PicMonkey Collage

Tym bardziej opowieść Romana zrobiła na mnie wrażenie. Nie poddał się. Po pracy uczył się języka polskiego, wieczorami czytał książki, co świadczy o niebywałym zapale, gdyż jak sam przyznał odpoczynek przy lekturze nie należy do jego ulubionych zajęć. Na Ukrainie miał również problem z dostępem do muzyki i filmów w oryginalnych polskich wersjach. Tym większą wesołość wzbudziła we mnie informacja, że Roman zna takie perły jak Kasia Kowalska, Bajm czy kultowego „Kilera” i „Chłopaki nie płaczą”. I chociaż w pracy, już po przeprowadzce do Krakowa, koledzy wciąż wytykali mu potknięcia gramatyczne i składniowe, niedawno zdał egzamin z języka polskiego z najlepszym wynikiem. Do testu certyfikacyjnego podeszło 700 osób.

Nie przyjechałem do Polski na chwilę

Dostrzegam, że Roman mówi o Krakowie z miłością, którą łatwo mi zrozumieć – ja czuję to samo do Warszawy. Momentami nawet trochę przepychamy się w argumentacji, co takiego szczególnego jest w byłej i obecnej stolicy Polski.

Gdy miałem 12 lat przyjechałem na wycieczkę do Krakowa. Zakochałem się w tym mieście. Pamiętam moment, gdy staliśmy pod Kościołem Mariackim – zabrzmiał hejnał, a przewodnik powiedział, żeby pomyśleć życzenie. Pewnie wiesz, o czym pomyślałem…

To ten moment historii, gdy jeden czytelnik ironicznie prychnie, inny natomiast poczuje miłe ukłucie. Ja lubię takie zbiegi okoliczności. Nastoletnie marzenie zostało zapomniane tak szybko, jak pomyślane. Po kilku latach wróciło jednak w najmniej oczekiwanym momencie.

Gdy los się do mnie uśmiechnął i dostałem propozycję wyjazdu do Krakowa… Nie mogłem w to uwierzyć! Rodzina z początku nie chciała bym się przenosił do Polski, było mi ciężko, mama nie odzywała się do mnie miesiąc. Ale ja musiałem to zrobić.

Teraz wie, że pomimo miłości do ojczyzny nie wróci na Ukrainę. Gdy przeprowadzał się do Polski, wiedział, że nie przyjeżdża na chwilę. Z uśmiechem wspomina, jak babcia i dziadek wciąż mówili, że jedzie sobie dorobić. On jednak od początku zaczął pielęgnować miłość do naszego kraju – podróżował, czytał, słuchał, zgłębiał polską kulturę.

Mam dwie rodziny

Wyjazd do Polski był dla Romana przełomem. Teraz otwarcie mówi, że uwielbia nasz kraj, chociaż pochodzi z patriotycznej rodziny, która mówi po ukraińsku i pielęgnuje tradycje.

Od pięciu lat mam dwie Wigilie i dwa razy obchodzę Wielkanoc. Mój najlepszy przyjaciel zaprosił mnie kiedyś na święta Bożego Narodzenia. Bardzo polubiłem się z jego bliskimi i teraz jestem traktowany jak członek rodziny. [śmiech]

Czyli mam rozumieć, że ponownie przełamujemy stereotypy?…

Obecne nastroje są, jakie są, ale nie będę kłamał. Wprost nigdy nie spotkałem się z obrazą. Może to dlatego, że jestem kierownikiem. [śmiech] To ja zatrudniam ludzi.

PicMonkey Collage

Łyżka dziegciu i szczypta biurokracji

Temat polityki trochę wkradał się w moją rozmowę z Romanem. Lubię, gdy rozmówca nadaje kierunki podczas wywiadu, nie mogłam zatem pominąć napięć polsko-ukraińskich.

Po każdej stronie są źli i dobrzy ludzie. Ale przecież ty ani ja nikogo nie skrzywdziliśmy. To, co teraz jest w polityce jest dla mnie ogromnym zdziwieniem.

Roman zwraca również uwagę na problemy popularnie nazywane „papierologią”. Wspomina, że prawie był deportowany, chociaż cały proces przeprowadzki i rozpoczęcia pracy przebiegał legalnie. Teraz stara się o kredyt na mieszkanie i ponownie wpadł w pułapkę polskich urzędów i banków.

To jest dla mnie niepojęte. Wszystko się zgadza, a urzędnicy od 9 miesięcy szukają powodu, bym nie dostał pieniędzy. Chociaż zdaję sobie sprawę, że biurokracja jest wszędzie, jest to dla mnie bardzo męczące.

Okazuje się, że Roman jest jednak sprawiedliwy w ocenie. Dostrzega plusy i minusy, zarówno Polski, jak i Ukrainy.

Podkreśla:

Prawdą jest, że wielu tych nie najlepszych Ukraińców przyjeżdża do Polski – to cwaniactwo, handlowanie numerkami w kolejce do urzędu. Przenoszą te głupie zachowania do Polski, to nie idzie w dobrą stronę.

Gdy to mówi, zwracam uwagę, że na kołnierzu jego pracowniczego kitla wyszyte są flagi Polski i Ukrainy. To miłe podkreślenie szacunku do obu krajów.

Może czekoladkę?

Z Romanem rozmawiało mi się jak ze starym przyjacielem. Po godzinie, daję się w końcu skusić na degustację. Chłopak prowadzi mnie pomiędzy półkami, pokazuje ofertę sklepu, podaje czekoladki.

W końcu rzucam: mogę niedyskretnie zapytać, ile masz lat? Roman wybucha śmiechem.

Jak nie mam brody to wyglądam młodziej. Nie martw się, nie uraziłaś mnie, przecież to dziewczyn nie wolno pytać o wiek!

Tłumaczę się pokrętnie, że nie o wygląd mi chodziło, a raczej o dokonania, sytuację życiową. Dzieli nas mała różnica wieku, a daleko mi do kupowania mieszkania. Odpowiada:

Spoko, od dziewięciu miesięcy jestem na etapie niedostania kredytu.

Cieszę się, że miałam okazję spotkać Romana. Cieszę się, że dobrze się czuje w naszym kraju, spełnia się w pracy i docenia to, co ma. Naszą rozmowę kończy  słowami:

I tak właśnie wygląda moje życie w Polsce. Jestem cholernie szczęśliwy.

Facebook Comments

***

Ukrainki do sprzątania, Ukraińcy na budowę – zainspirowana krzywdzącym stereotypem o naszych wschodnich sąsiadach, postanowiłam sprawdzić, czy faktycznie mop i rusztowanie to ich codzienność. Cykl „Twarze Ukrainy” to historie osób, które przyjechały do Polski, tutaj pracują, kształcą się, zakładają firmy, rodziny i … otwarcie mówią, że kochają nasz kraj.

Zdjęcia: Alicja Cembrowska
Alicja Cembrowska
Redaktorka

Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, studentka kulturoznawstwa na UKSW, zainteresowana głównie reportażem, fotografią i kulturą Rosji i Ukrainy.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY