Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Alicja Cembrowska

Dlaczego nie znamy filmów ukraińskich? Wywiad z organizatorką festiwalu filmów ukraińskich w Warszawie

„Ten, kto nie ma własnego ekranu, ryzykuje utratę narodowej i kulturowej identyfikacji. I jeśli nie chcemy, by w przyszłości Ukraina i Ukraińcy pozbyli się swojej tożsamości, musimy zatroszczyć się o stan naszej kultury filmowej”. Słowa Larysy Brjuchoweckiej z 2003 roku stały się punktem wyjścia podczas mojej rozmowy z Beatą Bierońską, organizatorką i pomysłodawczynią festiwalu filmów ukraińskich. Od czwartku do niedzieli w Kinie Iluzjon widzowie będę mogli zapoznawać się z kinematografią zza wschodniej granicy.

Alicja Cembrowska: Kinematografia ukraińska jest jedną z najstarszych w Europie, a nie znam osoby, która wymieniłaby chociaż jeden tytuł filmu ukraińskiego…

Beata Bierońska: O reżyserze nie wspominając.

Dlaczego  ukraińskie produkcje i ich twórcy są nam zupełnie obce?

Cały czas myślimy o Związku Radzieckim: jest jakiś Wschód, jednak nie oddzielamy narodowości. Na szczęście zaczyna się to zmieniać. Jeden z filmów, który będziemy wyświetlać „Cienie zapomnianych przodków”, owszem, jest produkcji radzieckiej. Jednak jest to na tyle ważny obraz, że nie mogliśmy z niego zrezygnować. Wyreżyserował go jeden z najbardziej znanych ukraińskich twórców, Sergiej Paradżanow. Wydaje mi się, że z Ukraińcami więcej nas łączy niż dzieli, mamy wspólną historię. Często trudną, chociażby przywołaną przez film „Wołyń”, ale to jest potrzebne. Musimy rozmawiać o przeszłości, nie możemy pomijać trudnych tematów. Czuję, że ta historia nam nie zaszkodzi. Ma powstać nawet ukraińska wersja Wołynia…

Jest na to szansa? Pytam czysto technicznie.

A dlaczego nie? Jest taka możliwość. To trudny czas na Ukrainie, jednak najtrudniejszy okres to rok 1991. Wówczas zawalił się cały system powstawania filmów. Wszystko utrzymywało się na strukturach radzieckich.

Które raczej nie charakteryzowały się wolnością twórczą. To chyba ważny trop. Odnoszę wrażenie, że Ukraina podlegała wyjątkowo brutalnej rusyfikacji.

Ukraina jako państwo istnieje dopiero 25 lat. Aneksja Krymu spowodowała, że ta niezależność została naruszona. Ale to kraj ciągle szukający swojej tożsamości. I w kinie również to widać. Bardzo dynamiczny rozwój dostrzec można szczególnie w filmie dokumentalnym i offowym. Na festiwalu skupiliśmy się jednak na znanych produkcjach. Pierwsza edycja ma przybliżyć widzom ukraińskie kino w ogóle, musimy pokazać trochę mainstreamu.

Będzie politycznie czy tylko filmowo?

Chcemy być daleko od kina politycznego, polityki w ogóle. Zależy nam, by wyraźnie podkreślić to, co nas łączy, znaleźć wspólny język. Dlatego filmem otwarcia będzie „Gniazdo turkawki”. To obraz bliski również dla Polaków. Opowiada historię kobiety, która opuszcza ojczyznę w poszukiwaniu lepszego życia, pracy. To problem uniwersalny, dobrze znany w Polsce.

W końcu Polacy jeszcze kilka lat temu byli największą falą migracyjną w Europie…

Dokładnie, dlatego liczę, że utożsamią się z bohaterką, zrozumieją jak bardzo jesteśmy podobni.

Czym jeszcze żyją współcześni Ukraińcy?

Poza migracją, szukaniem swojego miejsca na świecie postaramy się również poszukać korzeni, sięgnąć do historii. Tematem często poruszanym jest również sielankowe życie na wsi, nie zabraknie trudnej miłości, problemów osób niepełnosprawnych, agresji i przemocy. Nie zapomnimy jednak o współczesnych produkcjach. Pokażemy „Gracza” Ołeha Sencowa. To nie tylko ważny tematycznie film, również postać reżysera była jedną z inspiracji, by zorganizować festiwal. Po aneksji Krymu Ołeh został uznany za terrorystę i trafił do łagru na dwadzieścia lat. Podczas festiwalu  zorganizujemy zbiórkę pieniędzy: głównie przeznaczone będą na prawników, część zostanie również przekazana jako wsparcie dla córek Ołeha, którymi opiekuje się babcia.

Ołeh był jedną z inspiracji. Co jeszcze wpłynęło na decyzję o zorganizowaniu festiwalu?

Pierwszy pomysł pojawił się podczas spotkania z Wasylem Wowkunem, dyrektorem opery lwowskiej, a wcześniej ministrem kultury. Dużo rozmawialiśmy, opowiadał mi o sytuacji na Ukrainie. Nie miałam jeszcze wiedzy na temat filmów ukraińskich, więc zapytałam Wasyla o kondycję kinematografii. Zainteresowało mnie to, że pomimo bliskości z Ukrainą nie znamy tych produkcji. Największą siłą napędową i motywacją była jednak historia Ołeha.

Wspominała Pani, że poruszane będą problemy osób niepełnosprawnych czy przemoc. W polskich filmach granica tabu już chyba się przesunęła.

Na Ukrainie dopiero rodzi się demokracja i tolerancja dla mniejszości. Kraj nadal jest silnie podzielony, Ukraińcom jest trochę trudniej zbudować jedną linię narracyjną. Zaskoczyło mnie jednak coś, czego nie ma w Polsce. To ulgi podatkowe obejmujące firmy uczestniczące w produkcji filmowej, muzycznej, teatralnej. 25% ulgi robi wrażenie. Do końca roku do ukraińskich kin trafi czternaście filmów, co da już ponad trzydzieści rocznie. Widać zatem, że nie jest to ogromna przepaść.

Dwa tygodnie przed festiwalem premierę miał film „Wołyń”. Nie obawiała się Pani takiej zbieżności terminów?

Wiedziałam o premierze od dawna. Zastanawiałam się czy jest to dobry pomysł, ale zaryzykowałam. Festiwalowi miały towarzyszyć debaty, jednak z nich zrezygnowałam. Chciałam uniknąć sytuacji, że rozmowy polityczne wpłyną na kształt wydarzenia. Teraz, już po premierze, myślę jednak, że moje obawy były trochę nad wyrost. Jesteśmy już dojrzałym społeczeństwem. Na pewno są grupy, dla których ten film jest pożywką, pretekstem do wyciągania sporów. Cieszę się jednak, że ten film powstał. Brałam udział w konferencji z Wojciechem Smarzowskim i wiem, że jego celem nie było podgrzewanie atmosfery. Ten film kręcony był cztery lata. Reżyser nie mógł przewidzieć obecnej sytuacji politycznej.

Czy poza projekcjami zainteresowani mogą liczyć na inne wydarzenia towarzyszące?

Wszystkich zainteresowanych zapraszamy na spotkania z reżyserami. Odwiedzą nas Taras Tkaczenko, Ostap Kostiuk i Wiktoria Trofimenko. W sobotę rano zapraszamy najmłodszych widzów na poranek z grami i filmami, a nieco starszych wieczorem na koncert zespołu Hypnotunez.

Poza przybliżeniem Polakom kultury Ukrainy, co jest Pani, jako organizatorki, celem?

Chcemy skupić się na przyjaźni polsko-ukraińskiej. Nasze kultury są podobne i chcemy to wyraźnie podkreślić. Uważam, że musimy trochę pomóc Ukraińcom w tym trudnym procesie jakim jest szukanie tożsamości. A co do rodzących się nacjonalizmów po obu stronach – wierzę w ludzką intuicję. Może musimy się trochę pozamykać, by zaraz się otworzyć?

Kino ukraińskie ma szansę na powtórzenie złotego okresu jakim były lata 60.?

Szansą dla kinematografii ukraińskiej jest współpraca z producentami z Zachodu. Marzy mi się, żeby w kolejnych edycjach festiwalu pokazać film polsko-ukraiński, bo jeszcze nigdy taki nie powstał.

Czyli „Ukraina. Festiwal filmowy” chce zostać na dłużej w kalendarzu warszawskich wydarzeń?

Jest to moje marzenie. Pierwsza edycja ma być wprowadzeniem, zapoznaniem widza z tematem. Liczę, że w kolejnych latach będziemy mogli pokazać coś więcej niż klasykę.

Dziękuję za rozmowę i życzę wszystkiego dobrego.

 

Szczegółowy harmonogram można znaleźć na stronie festiwalu

 

Facebook Comments

***

UKRAINA! Festiwal Filmów Ukraińskich to pierwsze tego typu wydarzenie w Warszawie. Oprócz pokazów najważniejszych filmów z Ukrainy ostatnich lat, w programie spotkania z gośćmi, konkurs na najlepszy film festiwalu oraz warsztaty kulinarne prowadzone przez Kuchnię Konfliktu. Wszystkie projekcje filmowe odbędą się w Kinie Iluzjon w Warszawie w dniach 20-23 października 2016 roku.

Zdjęcie główne: materiały prasowe
Alicja Cembrowska
Redaktorka

Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, studentka kulturoznawstwa na UKSW, zainteresowana głównie reportażem, fotografią i kulturą Rosji i Ukrainy.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY