Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Bartek Tesławski

Nie zostaną nam nawet pomniki

Polska i Rosja toczą między sobą bitwę o pamięć, prowadząc ją wyłącznie na użytek wewnętrzny. Nie ma bowiem szans, aby narracja jednej ze stron przebiła się masowo do świadomości tej drugiej. Obydwie strony na tym tracą, jednak nie muszą martwić się kosztami dyplomatycznymi, bo Warszawy i Moskwy nic już faktycznie nie łączy.

Jeśli przyjrzeć się bliżej polskiej polityce wschodniej w ostatnim okresie, to można zauważyć, że skupia się ona przede wszystkim na symbolach i historii. Niestety od początku rządów Prawa i Sprawiedliwości, podobnie jak w końcówce rządów Platformy Obywatelskiej, skuteczności rozumianej jako osiąganie celów w polityce zagranicznej wobec Ukrainy, Białorusi, Litwy czy Rosji nie widać. Natomiast rzucane jest bardzo wiele słów, które poza budowaniem mocarstwowego wizerunku Rzeczpospolitej niczemu nie służą. Tak jak niegdyś minister Sikorski stwierdził, że jego noga na Litwie nie postanie do czasu, aż nie będą tam przestrzegane prawa mniejszości polskiej, tak i minister Waszczykowski w swoim exposé uzależniał współpracę z Litwą od respektowania przez nich praw Polaków. Brzmi to bardzo dobrze, ale niestety nie przekłada się na żadne realne osiągnięcia. Trudno więc powiedzieć, czy po kilku latach prowadzenia polityki niepojawiania się na litewskich salonach udało się osiągnąć jakieś rezultaty.

Waszczykowski kontra Rosja

W przypadku Rosji szef MSZ zadeklarował jeszcze na początku swojej kadencji, że stanowi ona egzystencjalne zagrożenie, ze względu na potencjał do niszczenia państw. W przeciwieństwie do Rosji fale migracyjne czy terroryzm nie stanowią zagrożenia egzystencjalnego. Ostatnie miesiące w stosunkach polsko-rosyjskich upływają na sporze o pomniki Armii Czerwonej, które Polacy zapragnęli ostatecznie zdemontować, na co Rosjanie zareagowali oburzeniem. Od wiosny z obydwu stron płynie litania apeli, przemów i deklaracji, które sprowadzić można do jednego wniosku. Nie mamy sobie nic innego do powiedzenia, dlatego możemy swobodnie skupiać się na jałowych sporach o pamięć i wrażliwość historyczną.

Polski problem z Armią Czerwoną jest stary jak III RP, ale odżył z nową siłą, gdy strona polska zaczęła nowelizować ustawę o zakazie propagowania komunizmu. Strona rosyjska natychmiast podchwyciła temat i umieściła w swojej narracji jako ustawę o wyburzaniu pomników, bo do tego zdaniem Rosjan miała się sprowadzać. To, co się z tymi pomnikami naprawdę stanie, że znajdą się w wielkim parku upamiętnień, że te na cmentarzach zostawimy w spokoju, nie ma już znaczenia. Polaków uznano za fałszerzy historii, co spowodowało, że rosyjski MON specjalnie uruchomił serwis przypominający Rosjanom o poniesionych przez nich ofiarach przy wyzwalaniu Polski. Próby tłumaczenia Rosjanom, że Polacy patrzą na pomniki braterstwa broni w sposób skrajnie inny i że Armia Czerwona na bagnetach nie przyniosła wcale wyzwolenia, ale zrealizowała stary plan jeszcze z czasów wojny polsko-bolszewickiej nie mogły przynieść rezultatu.

Patrząc z dyplomatycznego punktu widzenia, mleko się rozlało, ale nikt nie zamierza go wycierać, bo nie ma takiej potrzeby. Obecnie obydwie strony okopały się na swoich stanowiskach. Ambasador Federacji Rosyjskiej w Polsce Siergiej Andriejew stwierdził, że bez ofiary żołnierzy Armii Czerwonej Polski by nie było. I nie sposób odmówić mu racji, faktycznie zaangażowanie i ofiara żołnierzy sowieckich pozwoliła przechylić szalę zwycięstwa na stronę aliantów. Na deklarację ambasadora odpowiedział minister Waszczykowski, stwierdzając, że ZSRR jest współodpowiedzialny za wybuch II wojny światowej, co również znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Naturalnie Rosjanie, powtarzając regularnie, że są „narodem zwycięzcą faszyzmu”, nie mogli zostawić sprawy bez komentarza, dlatego wiceprzewodnicząca rosyjskiej Dumy Irina Jarowaja porównała Waszczykowskiego do Goebbelsa i zarzuciła mu kłamstwo.

Jak biją rosyjskie serca?

Jeśli chcielibyśmy brać pod uwagę nastroje i odczucia strony rosyjskiej, to należałoby zacząć od tego, że niezależnie od oceny Związku Radzieckiego, są oni dumni z osiągnięć tego państwa na czele z tym największym, a więc ze zwycięstwem w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Ta dla Rosjan zaczęła się w 1941 roku, a zwycięstwo to rokrocznie jest hucznie świętowane. Dla kogoś, kto zajmuje się Rosją nie powinno być nowiną, że rosyjska narracja państwowa jest obecnie budowana przede wszystkim wokół Dnia Zwycięstwa i to właśnie sukces „narodu radzieckiego” jest tym, co ma określać współczesną Rosję. Mówił to wyraźnie Władimir Putin 9 maja 2017 roku. Podkreślił, że jest to dzień, który jak żaden inny spaja cały rosyjski naród, a jest o tyle ważny, że Rosja/ZSRR, gdyby padła pod naporem Niemców to w przeciwieństwie do innych państw Europy nie zostałaby zniewolona, ale zniszczony zostałby cały rosyjski etnos. Natomiast rozgromienie nazizmu było epokowym wydarzeniem dla całego świata i za to Rosjanie winni są wdzięczność swoim weteranom.

Idąc na Niemcy po kontrofensywie, Sowieci musieli przechodzić przez Polskę i tam też życia dokonało 600 tysięcy rosyjskich żołnierzy. Wielu z nich zostawiło w ZSRR rodziny i dzieci, które dorastając nosiły w pamięci fakt, że ich bohaterski dziadek lub babcia oddali życie w walce z nazizmem, ocalili rosyjski etnos, oswabadzając przy tym Polskę, a właściwie to cały świat. Z tego też powodu Stalin, który według organizacji Memoriał jest odpowiedzialny za śmierć od 11 do 39 mln własnych obywateli, został równocześnie uznany według Rosjan za najwybitniejszą postać w historii świata, o 4% wyprzedzając Władimira Putina. Dla naszych dalszych sąsiadów wszystko, co jest związane z pamięcią o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, ma znaczenie symboliczne, więc próba przedstawienia polskiego spojrzenia na ich bohaterstwo zwyczajnie nie może przynieść rezultatów. Dobrym, chociaż skrajnym przykładem konfrontacji tych dwóch spojrzeń było starcie Tomasza Maciejczuka z Rusłanem Ostaszko, który po stwierdzeniu Polaka, że dziadkowie Rosjan byli „czerwonymi faszystami” rzucił się na niego z pięściami w telewizyjnym studiu, tłumacząc później, że są granice, których się nie przekracza.

Polska sobie, Rosja sobie

Przygotowując się do wywiadu z Ambasadorem Andriejewem, który niedługo powinien ukazać się na łamach Eastbooka, zadawaliśmy sobie z redaktorem Zaniewiczem pytanie o to, czy ciągnące się dyskusje o historię, pomniki, żołnierzy i katastrofę smoleńską nie przeszkadzają w prowadzeniu regularnej polityki polsko-rosyjskiej. Ostatecznie doszliśmy do smutnego wniosku, że kontakty te są i tak na tyle złe, że właściwie nie ma za bardzo co osłabiać. Innymi słowy, mosty w większości zostały już spalone, a nadgorliwcy z pochodniami biegają i szukają w szale ostatnich nienaruszonych przepraw. Jednak mimo iż słowa „Rosja” i „Rosjanie” nie znikają z nagłówków polskich gazet, to faktycznie mamy z nimi coraz mniej do czynienia.

Od początku urzędowania ministra Waszczykowskiego baza traktatowa MSZ nie została wzbogacona o ani jedną umowę polsko – rosyjską. Dla porównania, z Białorusią podpisano jedną, z Ukrainą natomiast od początku 2015 roku podpisano 11 umów, z czego większość w okresie rządów PiS. Funkcjonuje jako tako współpraca kulturalna, czego doskonałym przykładem jest festiwal Sputnik nad Polską, ale trudno oczekiwać tutaj dynamizmu podobnego do wymiany kulturalnej Polski i Ukrainy. Ekonomiści udowadniają również, że kolejne serie sankcji i odcięcie rosyjskiego rynku dla wielu polskich producentów nie ma w szerszym ujęciu znaczenia dla polskiej gospodarki. Można z tym polemizować, jednak faktycznie od 2014 roku żyjemy w reżimie sankcyjnym i ani polska, ani rosyjska gospodarka się jeszcze nie załamały. A jeżeli ta ostatnia się załamie, to raczej nie z braku dostępu do polskich produktów.

O jakichkolwiek wizytach na wysokim szczeblu między Polską i Rosją nie słychać, nie ma większych wspólnych projektów i nikt chyba o nie nie zabiega. Rosja funkcjonuje w polskiej polityce w roli straszaka, więc przy okazji okładania się między sobą opozycji i rządu można się wzajemnie oskarżyć o współpracę z Rosjanami. Niektóre media stawiają znak równości między słowami „zło” i „Kreml”, inne wieszczą co chwila wojnę, a mniej obeznany odbiorca zapewne łatwiej rozpozna rosyjski lotniskowiec „Admirał Kuzniecow” niż portret Puszkina. W Rosji z kolei o Polsce wspomina się przeważnie przy okazji kolejnych bolączek strony polskiej, takich jak wspomniane pomniki, czy ostatnie ustalenia komisji ds. ponownego wyjaśniania przyczyn katastrofy smoleńskiej, o czym wspominaliśmy w ostatnim Eastweeku.

Angażowanie historii w politykę bieżącą może być dobrym zwiastunem politycznych kryzysów, a z pewnością przemian, które zachodzą w państwach. Przykładem może być tutaj coraz aktywniejsze upamiętnianie żołnierzy wyklętych w Polsce, gloryfikowanie Ukraińskiej Powstańczej Armii na Ukrainie, czy umacnianie rosyjskiej legendy „Narodu Zwycięzcy”, który zbawił świat bez patrzenia na to, co ta armia faktycznie ze sobą przyniosła. Wszystkie one skupiają się na uzyskiwaniu wewnętrznych korzyści, jednak równocześnie warto jest patrzeć na to, jak reagują na nasze działania sąsiedzi. Oczywiście tylko w wypadku, gdy chcemy z nimi pozostawać w dobrych stosunkach. W przeciwnym wypadku nie ma takiej konieczności, co dobrze ilustrują obecne stosunki polsko-rosyjskie.

Facebook Comments

***

Artykuł powstał w ramach projektu „Dziennikarstwo w czasach dezinformacji. Jak pisać o Polsce w Rosji i Rosji w Polsce?” dzięki wsparciu Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia przyznanemu w drodze VI Otwartego Konkursu.

Zdjęcie: Dr Jorgen, CC 3.0 źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Brotherhood2.JPG
Bartek Tesławski
Zastępca redaktora naczelnego Eastbook.eu

Internacjolog, Warszawiak i miłośnik Europy Wschodniej. Nieuleczalny białorusofil.

Kontakt: bartek@teslawski.pl

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY