Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Filip Rudnik

Na froncie życia codziennego – reportaż o militaryzacji rosyjskiego społeczeństwa

Wystarczy raz wcisnąć guzik od pilota, aby przemoc dostać. Nie naocznie, ale w podtekście. Gdzieś ona tam tkwi, kiedy widzimy paradę wojenną dziarskich chłopaków w mundurach. Widzimy ją w kilwaterze prującego przez ocean krążownika z białą banderą, którą wypełnia błękitny krzyż św. Andrzeja.

Za każdym razem przechodzę wzdłuż hotelowej recepcji szybkim krokiem. Wzrok ochroniarza wprowadza mnie w zakłopotanie. Wzrok to zresztą za dużo powiedziane. On nigdy nie wpatruje się w ciebie wprost, a jedynie od niechcenia – spojrzenie ogniskuje na telewizorze. Patrzy błędnie, z rozdziawioną gębą. Poza faceta, który wszystko widział – rozwalony na fotelu siedzi i się wpatruje w ekran. Nawet nie kiwnie głową.

Wchodząc w jego pole rażenia, głowę zwracam w kierunku telewizora. Ochroniarzowi prezentuję swoją potylicę, a mój wzrok wertuje kolejne kadry montowane przez rosyjski mały ekran. Robię to średnio pięć razy w ciągu dnia, więc składuję w pamięci te krótkie sceny i próbuję ukuć z nich jakąś narrację. Zabawna rzecz. Niezależnie od tego, który ochroniarz – a w hotelu naliczyłem ich trzech – właśnie ogląda telewizję, zawsze trafiam na jakieś sceny batalistyczne. Tu płynie potężny rosyjski krążownik. Innego dnia sowiecki film o partyzantach. Parę godzin później widzę próbny desant spadochroniarzy. Albo coś innego: sceny ukazujące nieludzkie realia w Stanach Zjednoczonych. Widząc te ostatnie, zatrzymałem się – dla niepoznaki wyciągnąłem komórkę. Scena toczyła się w ekskluzywnej restauracji. Amerykańscy oficjele i oficerowie siedzą przy stole, piją szampana i rechoczą. Wszyscy w mundurach i garniturach – sądząc z ich kroju, jakieś lata 70-te. Usługują im, oczywiście, Murzyni. Amerykanie są nieprzyjemni, wydają się jacyś tacy śliscy i chamscy. Alkohol piją łapczywie, a kropelki szampana bryzgają z ich ust i babrają mundury.

W końcu myślę sobie, że upraszczam. Przecież to tylko telewizja, jeszcze oglądana przez trzech ochroniarzy w samarskim hotelu na rosyjskim Powołżu. Panowie rzewnie wspominają czasy swojej służby, bez wątpienia odbytej. Zanurzają się w odmętach koloru moro, opatrzonych przy tym czerwoną gwiazdą. Trudno ich za to winić, a jeszcze trudniej kształtować osąd na podstawie obserwacji.

Pancerny biathlon

Przypominam sobie o tym przeglądając rosyjską kablówkę już w pojedynkę. Okazuje się, że to nie jest tak. Ochroniarze wcale nie dokonali jakiegoś wyboru kanałów oferujących taką a nie inną tematykę. Trudno bowiem wyselekcjonować te treści tak, aby można było zobaczyć cokolwiek innego. Przebieram kanały dostępne w hotelowym pokoju i naprawdę nic nie mogę znaleźć. Z telewizyjnego pudła grają marsze, wyją alarmy i rośnie wojenna gorączka. Jest parę kanałów informacyjnych, owszem, i kupa telenowel. Szczególnie w prime time. Są jeszcze urocze, rosyjskie bajki – z ładną, prostą kreską i romantycznym morałem. Żadnej przemocy, co może dziwić kogoś, kto wychował się na amerykańskich kreskówkach.

Wystarczy raz jednak wcisnąć guzik od pilota, aby przemoc dostać. Nie naocznie, ale w podtekście. Gdzieś ona tam tkwi, kiedy widzimy paradę wojenną dziarskich chłopaków w mundurach. Widzimy ją w kilwaterze prującego przez ocean krążownika z białą banderą, którą wypełnia błękitny krzyż św. Andrzeja.
Potęgi rosyjskiego oręża można, oczywiście, doświadczać nie tylko prywatnie. Także kolektywnie, chociażby w poczekalni dworca kolejowego w Kazaniu.

– Patrz, wyścigi czołgów – szturcha mnie Mikołaj, z którym innego dnia wspólnie jedziemy do Moskwy. Spoglądam na ekran telebimu zawieszonego pod sufitem nad odgrodzonym kawałkiem korytarza. Ekran jest skierowany w stronę poczekalni dla tych, którzy są w stanie zapłacić paręset rubli więcej. Ci pasażerowie mogą usiąść na skórzanych kanapach i nie muszą tłoczyć się z plebsem. Co więcej, oszczędzono im także przymusowego skrętu szyi, którego trzeba dokonać aby spojrzeć na telebim.
– Faktycznie – stwierdzam zdziwiony. Zadzieram głowę do góry i oglądam. Widziałem to już wcześniej, gdzieś na YouTube. Uznałem to za niezłą ciekawostkę, którą można pokazywać nieświadomym z jakże-zabawnym-i-trafnym komentarzem „Rosja to stan umysłu”. No, ale żeby pokazywać takie coś w przestrzeni publicznej, na dworcu?

Biathlon czołgów; Źródło: commons.wikimedia.org

Biathlon czołgów; Źródło: commons.wikimedia.org

Wygląda to tak – Rosja, Chiny, Białoruś i parę innych krajów skrzyknęło się, aby zabawić się w nowatorski sport. W tym przyjacielskim gronie, Rosjanie – a przynajmniej to oni sobie roszczą do tego pierwszeństwo – postanowili, w dużym skrócie, zorganizować biathlon czołgowy. Solo bądź w sztafetach. Czołgi mają do pokonania trasę 10 km, w tym czasie strzelają z różnych kalibrów do papierowych makiet symbolizujących przeciwnika.

Ogląda się to wspaniale. Tumany kurzu, orgia błota, feerie wybuchów. Oddanie kibiców, którzy wykrzywiają swoje twarze na widok pudła swojej drużyny bądź dziko wymachują swoimi flagami w celu podgrzania swoich pancernych. Czołgi, kierowane przez dziarskich junaków o różnej karnacji, rozpędzają się do niesamowitych prędkości. Przejeżdżając po usypanej skoczni, majestatycznie odrywają się od ziemi, aby potem z całą mocą uderzyć o taflę błota.

Czołg T-72 B3M rosyjskiej drużyny na biathlonie czołgów 2017 roku; Autor: Vitaly Kuzmin; Źródło: http://www.vitalykuzmin.net

Czołg T-72 B3M rosyjskiej drużyny na biathlonie czołgów 2017 roku; Autor: Vitaly Kuzmin; Źródło: http://www.vitalykuzmin.net

Zresztą, to prawdziwe święto internacjonalnej przyjaźni. No bo gdzie indziej można zobaczyć siedzących obok siebie chińskich i hinduskich wojskowych? Sportowa atmosfera potrafi przecież jednoczyć. Doczytałem nawet, że w 2014 roku do rywalizacji zaproszono amerykańską załogę – Rosjanie potrafili wzbić się ponad animozje i poświęcić swój honor na ołtarzu widowiska. Niestety, dla Amerykanów bieżąca polityka okazała się być o wiele ważniejsza niż chwała na polu czysto sportowym. Ich strata.

zdjecie6

Wszyscy jesteśmy desantnikami

– Najlepszego z okazji święta, chłopaki! – usłyszałem mocarny, męski krzyk za sobą. A zaraz po nim pisk opon i ryk silnika.
Odwróciłem się i zobaczyłem taką rodzajową scenkę. Na przystanku przy jednej z samarskich szos, około godziny czwartej popołudniu, paru chłopaków piło piwo z plastikowych 1,5 litrowych butelek. Krzyczeli nie oni, a gość z samochodu, który pod nich podjechał. Wóz już się oddalał, ale można było zobaczyć jak winszujący wciąż wymachuje niebiesko-zieloną flagą przez okno samochodu.

desant-4

I on, tak jak rzesza innych spacerujących mężczyzn, ubrana była w tielniaszki – pasiaste koszule bez rękawów, przeznaczone dla rosyjskich marynarzy. Był 2 sierpnia. Przez parę godzin nie potrafiłem pojąć, dlaczego tak wielu ludzi zaczęło paradować właśnie w tych koszulkach. Na samochodach pojawiło się też od groma flag: narodowych, komunistycznych, marynarskich bądź innych, których nie mogłem rozszyfrować. Dopiero po czasie ktoś mnie uświadomił, że dzisiaj jest święto. Dzień wojsk powietrznodesantowych.

Dzień wojsk powietrznodesantowych; Autor: Bartosz Tesławski

Dzień wojsk powietrznodesantowych; Autor: Bartosz Tesławski

To kolejna świetna okazja dla nadmuchania wojennego balonika. Można wyjść na spacer do parku i, w towarzystwie właśnie „desantników”, przejechać się na diabelskim kole. Każdy z wojskowych, bez wyjątku, ma na głowie beret. Obserwuję ich jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Potem ponoć dochodzi do zbiorowych, euforycznych kąpieli w fontannach – wówczas te nakrycia głowy mogą nie prezentować się już tak obrazkowo.

Odszczepieńcy

Są jednak odszczepieńcy. Widywałem ich na ulicach po zmroku. Koniecznie w lepszych miejscach i bogatszych miastach. Ubrani tak, że nasi rodzimi sneakerheadzi schowaliby głowę w piasek ze wstydu. Z jednym z tych „wyrzutków” gadałem w Petersburgu, na kamiennych schodkach nad Newą. Chłopak był z Moskwy. Do byłej stolicy przyjeżdża, bo obecna mu już zbrzydła – a Piter jest „bardziej europejski”.

Poczęstował mnie nowatorskim typem e-papierosa. To nie był ani vapor, ani tandetny elektroniczny ze stoiska w galerii handlowej. Grzałka podgrzewała skomasowany, zbity tytoń – prawdziwy i smaczny. Potem zaczęliśmy gadać o e-sporcie. Jego dziewczyna się śmiała, no bo niby jak siedzenie przed komputerem ma być tym samym co bieganie (albo biathlon czołgów)? Dla niego nie było różnicy.

Od słowa do słowa przeszliśmy do podróży. Przedstawił się jako Dima. Zapytałem, czy był kiedykolwiek w Polsce.
– Nie, nigdy nie byłem w Europie – odparł nadąsany.
Na bok miłe połechtanie polskiego kapuścianego łba tą Europą. Zaciekawił mnie powód, bo koleś wydawał się przy kasie. Zapytałem.
– Nie służyłem.
Zabrzmiało to mocno. Jak wyrok wydany przez sąd wojenny.
– Dlatego nie możesz jechać za granicę? Bo nie byłeś w armii?
– Ci, którzy nie służyli, nie dostają zagranpasporta*.
– No ale przecież tutaj jest pobór przymusowy. Jak się tego unika?
– Albo masz zaświadczenie lekarskie o niezdolności, albo płacisz parę tysięcy euro.

zdjecie1

Ciekawe, jaką on ścieżkę wybrał. Cenę już i tak zapłacił wysoką – zakaz wyjazdu za granicę. Plus pewnie odium dezertera w społeczeństwie. Banana, nieroba, tchórza.
– Ja rozumiem, że służba to żadna przyjemność. Sam bym pewnie nie poszedł – uderzyłem w spoufalającą nutę. – Ale dlaczego w sumie ty nie chciałeś?
Spodziewałem się, że nie będzie chciał odpowiedzieć. Jeszcze przy dziewczynie. Odpowiedź jednak miał bardzo prostą.
– To nie ma sensu. Warunki są beznadziejne.
– Chodzi o diedowszczynę? – zapytałem o rosyjski odpowiednik fali, „kocenia” w wojsku. W Rosji to ponoć wciąż wielki problem.
– Niee – żachnął się Dima. – Znasz takie powiedzenie: „malować trawę na zielono”?
– Pewnie. W Polsce mamy identyczne – dało się zauważyć u niego błysk zrozumienia.
– No, to na tym polega służba zasadnicza. Przez rok siedzisz i wypełniasz kretyńskie zadania.
– Nie szkolą was? Przecież chyba tak powinno wyglądać wojsko.
– Gdyby szkolili, to byłaby inna sprawa!

Rosną bohaterowie?

Coming-out Dimy zrobił na mnie wrażenie ze względu na swoją otwartość. Trudno mi było nawet sobie wyobrazić, że ktoś może się do tego przyznać nieznajomemu na ulicy. Wojna to przecież sport, a sport to zdrowie – sądząc po tym, co widziałem przez cały czas w Rosji. Tak samo zdrowa jest miłość do ojczyzny. Wykształciłem w sobie nawyk zwracania uwagi na patriotyczną treść na koszulkach, mierzyłem w ten sposób oddolny patriotyzm. Było tego sporo. I wiadomo, Putina można nosić trochę dla jaj, a trochę z przekory. Tak samo jak napis „Rosję należy szanować” z nieudolnie narysowanymi, wystraszonymi twarzami Obamy czy innych decydentów amerykańskich. Pod tą warstwą buńczuczności skrywa się jednak coś innego.

Najbardziej zapadł mi w pamięć jeden przypadek. Nie bez powodu. Mały, niczego nie świadom chłopiec – na oko 2-3 latek. Prowadzony przez ojca za rękę. Dziecię stąpało ostrożnie i jednocześnie z przestrachem wpatrywało się w tłum spacerowiczów w parku. Moją uwagę zwróciła jedynie jego koszulka – cała reszta była przecież normalna. Żółty napis głosił „rodina żdiot – gieroj rastiet”**. Obok symbol tarczy i miecza, z wpisanym w rękojeść orłem Romanowów – wszystko na tle wojskowych kolorów maskujących.

I to było dość mocne. Jeśli nawet z przekory, to niezabawne. Za parę lat, kiedy już chłopiec będzie w stanie ująć rękojeść karabinu, pójdzie postrzelać na tirze – czyli na strzelnicę. Pełno ich w parkach Samary. Obsługują je zazwyczaj młodziutkie, nagabujące bez wyjątku wszystkich, Rosjanki – często z dodającymi zadziorności furażerkami na głowach. Za drobną opłatą można u nich postrzelać z nowiutkich replik karabinów. Cel można sobie wybrać, mogą nim być nawet kreskówkowe minionki.

zdjecie5k

A co dalej? Co za parę lat, jak chłopakowi wyjdą pierwsze pryszcze, ręce napuchną mięśniem, a nogi będą na tyle składne, żeby móc potańczyć? Ojciec naprawdę będzie wolał, żeby synowskie stopy układały się w równy takt na paradzie, a nie na parkiecie? Oczywiście, potomek zostanie dumnym obrońcą ojczyzny. Pójdzie w górę, zdobywając kolejne rangi. I – tak jak dwieście lat temu – z każdą nową pozycją będzie zyskiwał posłuch, a ludzie będą się do niego zwracać coraz to inaczej. Podstawą jednak będzie, od początku do końca, porządkowy numer na rękawie munduru. Grupa krwi. Nic więcej.

Dzień wojsk powietrznodesantowych; Autor: Bartosz Tesławski

Dzień wojsk powietrznodesantowych; Autor: Bartosz Tesławski

Może tak powinno być? Może nie tyle co powinno, ale jest tak od zawsze? To chyba ja źle myślę, jestem zepsuty. Wojna wcale nie jest nienaturalnością. To właśnie ona przywraca z powrotem życie w swoje stare tryby. Bo czy jest coś bardziej naturalnego niż ojciec z malutkim synem na spacerze w parku? I niech ma tę militarną koszulkę. Każdy chłopak chciał kiedyś być żołnierzem i latał z kijem-karabinem po podwórku. A żaden ojciec nie chce, żeby jego dziecko narobiło mu wstydu. Na mundur syna będzie patrzył z dumą. Może ze łzami w oczach, ale jednak.

A ci, którzy tego nie rozumieją, to zaprzańcy. Wybryki natury. Moskwiczanin Dima zarabiał sprzedając designerskie czapki. Trzeba przyznać, że to mało męskie zajęcie. Pewnie dlatego też nie chciał do wojska – po prostu brak mu odwagi i testosteronu. Może kiedyś to się zmieni. Pojmie wszystko, kiedy naprawdę trzeba będzie bronić ojczyzny. Wróg przecież zawsze się znajdzie.

Ci, którzy nie chcą kłaść buciora na czyichś piersiach – pewnie kiedyś będą musieli. Nie skryją się w żadnych wysokich trawach. Bo przecież wojna to sprawa młodych, najlepsze lekarstwo na zmarszczki. Pancerne wyścigi, ciskanie kulami. Czasami – wpisane w zawód ryzyko – skoki w bardzo daleką dal. Młokos odbija się jedną nogą, czasami już nie lądując w wyznaczonym miejscu. I wtedy szklą się oczy ojca. Z dumy jednak, a nie wstydu.

* Paszport zagraniczny
* Ojczyzna czeka, bohater rośnie

Facebook Comments

***

Artykuł powstał w ramach projektu „Dziennikarstwo w czasach dezinformacji. Jak pisać o Polsce w Rosji i Rosji w Polsce?” dzięki wsparciu Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia przyznanemu w drodze VI Otwartego Konkursu.

Zdjęcia: Agata Śmiałkowska
Filip Rudnik
Redaktor

Urodzony na Pomorzu, obecnie mieszkaniec Warszawy i student Studium Europy Wschodniej. Najchętniej czyta i słucha o krajach w europejskiej części byłego ZSRR.

Kontakt: f.rudnik@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY