Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Agnieszka Kasperek

Bułgaria – Wino i przepowiednie, czyli wizyta w Melniku i Rupite

Zapomnijcie na moment, że Słoneczny Brzeg i Złote Piaski w ogóle istnieją. Jak kraj długi i szeroki, rozsiane po Bułgarii są miejsca, o których słyszymy rzadko. Miejsca, w których można dotknąć prawdziwej Bułgarii, swojskiej, ludowej i tajemniczej. Amatorzy wina (prawdziwie bułgarskiego, a nie jego substytu z hotelowego all inclusive) i przepowiedni niech wybiorą się na południowy-zachód, gdzie o przysłowiowy rzut kamieniem oddalone są od siebie dwa dobrze znane Bułgarom miejsca: Rupite i Melnik.

Bułgaria ma dwie twarze. Pierwszą, czyli tę, którą widzą wakacyjni turyści: zatłoczone plaże, zorganizowane wycieczki po nadmorskich, równie zatłoczonych zabytkach, całe dzielnice mniejszych i większych hoteli. Tutaj więcej jest „zagranicznego” niż bułgarskiego. Tradycji się nie kultywuje, a sprzedaje. Wszystko jest produktem przeznaczonym dla napływających z zachodu turystów.

Druga bułgarska twarz to ta, którą udaje się zobaczyć tylko zagorzałym bułgarofilom. To właśnie oni docierają głębiej, dokopują się do sedna bułgarskości, dotykają codziennego życia i odkrywają to, co dla Bułgarów naprawdę ważne.

O tym, że w Bułgaria skrywa niejedną tajemnicę pisałam już wcześniej na przykładzie trackiej przeszłości tej części Bałkanów. Tym razem, w poszukiwaniu autentycznych elementów bułgarskiej kultury zapuściłam się w najgorętszą część kraju, z dala od zatłoczonej Sofii. 180 kilometrów dalej i dwie godziny później dotarłam tam, gdzie wino ma smak słońca i gdzie nawet sceptykom po karku przejdzie dreszcz – do gminy Sandanski.

Wino na dobry początek

Nieustannie zadziwia mnie w Bułgarii to, że wystarczy wyjechać z miasta, aby krajobraz zmienił się o 180 stopni. W porównaniu z Bułgarią, podróż po Polsce to wciąż te same miasta, te same wsie, melanż socrealizmu z samowolką budowlaną, bez stylu, bez refleksji. Tutaj – głębokie, zielone kaniony, jeziora, szerokie rozlewiska rzek i bezkresne pola, z których każde wygląda niby tak samo, a jednak inaczej. Życie w Bułgarii bije w dużych miastach. Przemierzając kraj autostradą ma się wrażenie, że dookoła wszystko zamiera, zwalnia i wegetuje. Znikają ludzie i rzadko widać coś więcej niż sporadycznie pojawiające się stacje benzynowe, osamotnione domki lub sklepy.

To, co najciekawsze, zaczyna się po zjeździe z autostrady: prawdziwa, żyjąca, bułgarska wieś. Tutaj domy stoją tuż przy drodze, porośnięte liśćmi winogron. Sklepy i sklepiki zdobią stare, wyblakłe od słońca napisy.

W południe, gdy przejeżdżam przez okolicę, ulice są niemalże puste. Żar leje się z nieba i nikt, kto nie musi, nie wyjdzie z domu przed godziną czwartą. Nawet stragany z owocami, ustawione co krok przy samej ulicy, wydają się opuszczone.

Wkrótce potem znajduję się na wzgórzu, z którego rozpościera się widok na mój cel: Melnik – stolicę bułgarskiego wina.

Tutaj, wtulone w łagodne wzgórza, leżą białe jak wapno, kwadratowe domki o dachach z czerwonej cegły. Wszystkie identyczne, jak kopiowane z szablonu. Przez chwilę myślę, że to musi być centrum wsi, stara jej część i oczekiwana przeze mnie atrakcja turystyczna.

Nie. Okazuje się, że tak wygląda zwykła, mieszkalna część Melnika.

Tuż obok tych domków rozciągają się zielone winnice. Już z daleka wszystko zapowiada bliskość samego Melnika. Jestem coraz bliżej – wreszcie pojawiają się ludzie, którym nie straszne są południowe upały.

Centrum Melnika to punkt, w którym wydaje się, że czas stanął w miejscu. Każdy hotelik i każda restauracja reprezentuje starą bułgarską architekturę: urocze, kamienne podmurówki i drewniane balkony wysunięte do przodu w stosunku do dolnej części budynku. Szybko zdaję sobie jednak sprawę, że to polityka miejscowych, a nie zabytkowa zabudowa. Bułgarska wieś, nawet jeżeli wpuszcza do siebie nowoczesność, to skrywa ją za tradycyjną atrapą. Na obrzeżach centrum pełno jest świeżo wzniesionych pustostanów, które konstruowane są tak, jak budynki sprzed kilkuset lat. Melnik kopiuje przeszłość. I jest w tym całkiem dobry.

rupite-1

A sama ta przeszłość jest kolorowa i burzliwa – nawet jak na tak małe miejsce. Małe, bo Melnik to najmniejsze bułgarskie – uwaga – miasto, liczące nieco ponad trzystu mieszkańców. Miasto, które co rusz znajdowało się w granicach innego kraju – Bułgarii, Cesarstwa Bizantyjskiego, Imperium Osmańskiego a nawet, w pewnym momencie, Serbii. Mimo że Melnik gościł w swoich granicach wiele kultur (szczególnie wpływów osmańskich, którym zapalczywie się sprzeciwiano), do dnia dzisiejszego niewiele zachowało się dowodów takiego stanu rzeczy. Jedną z przyczyn było stopniowe wyludnianie się miasta, którego mieszkańcy zwyczajnie przenosili się do większych miejscowości, oferujących lepsze i łatwiejsze życie. Liczba ludności spadła do tego stopnia, że w 1968 władze komunistycznej Bułgarii ogłosiły Melnik miastem-muzeum. Do tej pory zachował on swój turystyczny charakter, a garstka jego mieszkańców żyje z produkcji wina i związanej z nim turystyki.

Ludzie, których mijam na wąskich, brukowanych uliczkach, to kolorowy tłum. Rodziny z dziećmi, turyści z plecakami. Przywykłam, że w większość bułgarskich atrakcji turystycznych oblegają Rosjanie, Niemcy i Anglicy. Melnik znowu zaskakuje – jak wieś długa, ani raz nie słychać języka innego, niż bułgarski.

Co krok mijam stragan lub sklep z winem, w którym szeroko uśmiechnięci sprzedawcy zachęcają do jego degustacji. Jestem niemalże pewna, że wystarczy zatrzymać się w kilku tylko takich miejscach, aby zacząć uśmiechać się równie szeroko, co ich właściciele.

Typowe melniszko wino produkowane jest z gatunku czerwonych winogron rosnących tylko w tym, wyjątkowo słonecznym rejonie. Określane jest przez miejscowych jako sziroka melniszka łoza (широка мелнишка лоза). Mówi się, że gatunek ten próbowano wyeksportować poza rejon Sandanskiego, ale nie przyjął się on na żadnym innym gruncie. Sprawia to, że wino z Melnika jest wyjątkowe – podobno było ono ulubionym gatunkiem Winstona Churchilla.

Czerwone wino z Melnika ma charakterystyczny, pikantno-gorzki smak i głęboki, ciemnorubinowy kolor. To najbardziej charakterystyczny z lokalnych trunków, a spróbować go można między innymi w Kordopulowej Chacie (Кордопулова къща) i piwnicy Pri Szestaka (При Шестака).

Uwagę zwracają również tutejsze lokale. Obowiązkową częścią każdego z nich jest drewniany balkon lub przynajmniej taras, na którym rozbrzmiewa bułgarska muzyka ludowa. Zaskakuje mnie, gdy na schodach prowadzących do jednej z restauracji spotykam nie młodego, ubranego elegancko kelnera, a leciwą, przygarbioną babcię, która gości wita szerokim uśmiechem i radosnym tonem głosu. Takiemu zaproszeniu nie można odmówić. Ja również nie odmawiam.

Ale Melnik to nie tylko knajpki i stragany. Zaledwie kilka kroków od centrum znajduje się Muzeum Wina. To jedyne w swoim rodzaju miejsce, które opowiada historię miejscowego trunku. W ciemnych piwnicach muzeum, oświetlonych mdłym, żółtym światłem, zgromadzone są beczki z winem i stare narzędzia wykorzystywane w jego produkcji. Tutaj, na przylepionych do ścian i wyłożonych słomą, glinianych półkach, leżą butelki z gotowym winem, a ciężkich, drewnianych beczek można dotknąć własnymi palcami.

Melnik jest mały, ale w tym tkwi jego urok. Nie wyczerpuje on całej turystycznej energii. Dzięki temu zostaje jej dość na kilka zrodzonych u podnóża wulkanu przepowiedni.

Tajemnica w Rupite

Zaledwie kilka kilometrów od Melnika wznosi się Kożuch (bg. Кожух). To nie jakaś tam góra – to wulkan. W przeciwieństwie do sofijskiej Witoszy, nie jest on wygasły, ale w jego głębi tętni ogniste życie. Mimo że Kożuch drzemie od milionów lat, naukowcy z Bułgarskiej Akademii Nauk przekonują, że dla wulkanu to wyjątkowo krótki okres “drzemki”.

zdjecie_9

Mimo tego (a może właśnie dlatego), u podnóży Kożucha leży mała, lecz słynna w Bułgarii wieś – Rupite. Jak na miejsce, gdzie żyje nieco ponad tysiąc mieszkańców, Rupite dobrze poradziło sobie z wyrobieniem sobie solidnego imienia. Pomógł nie tylko wulkan, ale i mieszkająca tutaj niegdyś bułgarska prorokini.

Baba Wanga, bo o niej mowa, spędziła w Rupite ostatnie dwie dekady swojego życia. Mówi się, że przyciągnął ją właśnie tutejszy wulkan. Bułgarscy naukowcy kłócą się z jej wywodami, przekonując, że wulkan nie był aktywny od milionów lat. Prorokini jednak uparcie twierdziła, że u jego podnóża niegdyś znajdowało się miasto, które wraz z kilkoma tysiącami mieszkańców zostało pogrzebane w efekcie erupcji Kożucha. Faktem jest, że na jednym ze zboczy góry znaleziono szczątki osady Heraclea Sintica. Historykom ciężko jednak potwierdzić, że to wulkan przyczynił się do jej zniszczenia.

Kim jednak była sama Wanga? Żoną, matką dwojga adoptowanych dzieci, znachorką. Przede wszystkim jednak – kobietą, której dar widzenia przyszłości ściągał tłumy.

rupite-mielnik

Wanga, zupełnie jak postać wyjęta z legendy, straciła wzrok jako dziecko. Wichura, którą napotkała, okaleczyła jej oczy kurzem, piaskiem i kamieniami. Już niedługo po tym wypadku Wanga zaczęła przejawiać paranormalne zdolności, pomagając między innymi odnaleźć skradzioną ojcu owcę (później tłumaczyła się, że dom złodzieja pojawił się w jej śnie).

W okresie drugiej wojny światowej dar Wangi kierował ku niej rzesze osób, którym prorokini pomagała odnaleźć zaginionych krewnych. W momencie, gdy znachorka przeprowadziła się do Rupite, była już znana na całych Bałkanach.

Tuż u stóp góry-wulkanu znajduje się miejsce zwane chramem Wangi i to właśnie tam kieruję swoje kroki. To ogród-muzeum, które Fundacja Baby Wangi przekształciła w miejsce opowiadające historię prorokini.

Pierwsze co wita odwiedzających, to rozległy, nasłoneczniony ogród. Krótko przycięta trawa, drzewa, klomby. Otwartej przestrzeni jest tu tyle, że nawet pomimo znacznej liczby zwiedzających, miejsce to wydaje się puste. Ludzie przechadzają się alejkami, siedzą na ławkach i trawie. Relaksują się. Odpoczywają. Czują, że to nie tylko muzeum. To miejsce, z którego można i należy czerpać energię.

Zwiedzanie rozpoczynam od kościoła pod wezwaniem Petki Bułgarskiej, jednej z najpopularniejszych bułgarskich świętych. Świątynia nie jest duża, jej fasada jest skromna – biały tynk zdobią proste malowidła. W środku przestrzeni też nie jest wiele; w przeciwieństwie do dominujących w Polsce kościołów katolickich, tutaj nie ma rzędów ławek. Jest ikonostas i świeczniki ustawione na środku pomieszczenia. To na jednym z nich zatykam długą, wąską świecę – taką, jakie tradycyjnie pali się w bułgarskich cerkwiach. Świec płonie tyle, że ciężko znaleźć miejsce, by zatknąć gdzieś nową.

Święta Petka Bułgarska nie jest przypadkowym kościołem – to świątynia wzniesiona dzięki inicjatywie Baby Wangi. Wychodząc z cerkwi i skręcając w lewo, znajduję się przy samym grobie prorokini. Mówi się, że chciała ona być pochowana w ogrodzie swojego domu – tam, gdzie, jak mówiła, może dalej przebywać duchem z osobami szukającymi jej pomocy i dzielić się swoją energią, mimo że fizycznie nie ma jej już na tym świecie. Z jakiegoś powodu jednak jej życzenie zignorowano i teraz grób Wangi znajduje się o krok od cerkwi, do budowy której się przyczyniła.

Za cerkwią znajduje się skromne muzeum – dwie małe salki, w których wyjaśnia się, kim była Baba Wanga. W pierwszej z nich wyświetla się nagrania samej jasnowidzącej, jej wypowiedzi utrwalone na kilka lat przed jej śmiercią. Przystaję na moment i przyglądam się, ale nie rozumiem ani słowa. Baba Wanga mówiła ciężkim do zrozumienia, wiejskim dialektem z terenów obecnej Macedonii. Nawet dla rodowitych Bułgarów jej słowa są transkrybowane.

Łatwiej poradzić sobie w drugiej z sal – tam, gdzie pełno jest zdjęć i opisów, zarówno po bułgarsku, jak i angielsku.

Wychodzę na zewnątrz i ponownie mijam kościół. Spacerem pokonuję ogród i zatrzymuję się przed parterowym domem-chatką. Tutaj mieszkała Baba Wanga.

Mimo tego, że na ogół sceptycznie podchodzę do wszelkiego rodzaju przepowiedni, włos mi się jeży na karku po wejściu do tego małego, ciasnego budynku. Jest tutaj coś dziwnego. Coś w powietrzu. Coś, co sprawia, że czuję się nieswojo. Jakby ktoś mnie obserwował. Co bardziej oddani “fani” prorokini wierzą i przekonują, że duch Wangi powrócił do miejsca, gdzie chciała być ona pochowana. O tym jednak dowiaduję się później, dużo później. Na razie poświęcam moment, by przyjrzeć się skromnym, pozbawionym wszelkich wygód pomieszczeniom.

I nawet po wyjściu ten dziwny, chłodny dreszcz nie znika. Nawet w prawie czterdziestostopniowym upale.

Mam ochotę przysiąść na trawie i wygrzać się w słońcu, ale moją uwagę przyciągają małe, niby-stawy oddalone o kilka kroków. Podchodzę bliżej i mam wrażenie, że zbliżam się do rozgrzanego pieca. To nie stawy. To gorące źródła, “zasilane” pobliskim wulkanem. Błoto pokrywające ich dno ma mieć wyjątkowe właściwości zdrowotne.

zdjecie_7

Podobno przed kilkoma laty, zanim zabroniono kąpieli w tych źródłach, ludzie wypełniali każde z nich po brzegi, smarując się błotem i nagrzewając obolałe stawy. Teraz odwiedzający siedzą grzecznie przy brzegu. Jedynym amatorem ciepłej wody jest żółw, który zmyka pod wodę, gdy próbuję zrobić mu zdjęcie.

W tle, nad gorącymi źródłami, wznosi się góra Kożuch. Na jej zboczu, wydaje się, tuż za płotem, wbudowano ogromną konstrukcję krzyża. Miejscowa tradycja mówi, że krzyż ten ma uspokajać wulkan i utrzymywać go w stanie uśpienia.

zdjecie_12

Strach przed przebudzeniem Kożucha okazuje się być zakorzeniony głębiej niż w zwykłej przezorności. Sam wulkan stał się przedmiotem numer jeden z przepowiedni Baby Wangi – ostrzega ona, że drzemiące w nim siły ponownie się ockną. I to w niedalekiej przyszłości.

Czy przepowiednia się sprawdzi jeszcze się okaże. Faktem jednak pozostają raporty dotyczące zrodzonych w górze gorących źródeł. Ich temperatura okazuje się stopniowo rosnąć. W 2016 roku osiągnęła ona 75 stopni Celsjusza, czyli o cztery, pięć stopni więcej niż w roku 2010.

zdjecie_8

Jeszcze przez moment obserwuję krzyż, wulkan i gorące strumienie przecinające trawnik. Ostatnie spojrzenie przez ramię w stronę domu Baby Wangi. Dziwny niepokój pozostaje, przynajmniej do momentu, w którym wsiadam do samochodu i odjeżdżam.

Myśli jednak zostają. Jeszcze kilka dni później wspominam zarówno dom Wangi, jak i bułgarskie melodie z tawern w Melniku. Miejsca, w których coś przeżywamy, zapadają w pamięć bardziej, niż oszklone eksponaty. W badaniu kultury, historii i tradycji nie chodzi tylko o suche fakty. Aby naprawdę poznać Bułgarię, trzeba choć na chwilę zamienić się w Bułgara odwiedzającego Babę Wangę i popijającego wino w letnie, słoneczne popołudnie.

Facebook Comments

***

Rupite i Melnik - Jak się tam dostać?

Do Rupite i Melnika najwygodniej dostać się własnym samochodem, poruszając się autostradą z Sofii na południe. Sprawnemu kierowcy przejazd do Melnika i Rupit zajmie nieco ponad dwie godziny.

Te z osób, które nie mają do dyspozycji własnego samochodu, mogą zdecydować się na podróż pociągiem lub autokarem. Z odpowiednich dworców centralnych w Sofii regularnie odbywają się kursy do Melnika i Rupite. Zależnie od środka transportu i przewoźnika, cena za bilet oscyluje wokół pięciu lewa za pociąg i piętnastu za autokar. W przypadku transportu publicznego, czas podróży znacznie się wydłuża - nawet do czterech godzin.

Podróżnicy planujący zwiedzanie Melnika i Rupit w okresie letnim powinni pamiętać, że to najgorętsza część Bułgarii. Ponieważ temperatury sięgają tutaj nawet czterdziestu stopni, niezbędnym jest zabranie nakryć głowy i ciemnych okularów, a także znacznej ilości wody do picia.

Agnieszka Kasperek
Slawistka, copywriterka, pasjonatka języków obcych. Nieodmiennie zachwyca ją słowo pisane, któremu poświęca się zarówno w godzinach pracy, jak i w czasie wolnym. Swoimi tekstami próbuje przybliżyć Bułgarię z perspektywy, której nie ukazują szablonowe katalogi biur podróży.
    ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY