Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Agnieszka Kasperek

Rylski Monastyr – pustelnia, która ściągnęła tłumy

Miejsce-symbol. Choć małe, to posiadające swoją burzliwą historię, która sięga aż X wieku. Rylski Monastyr trzeba zobaczyć. Choćby raz. Na moment zatrzymać się i wyłączyć z grona turystów. Nacieszyć się obecnością w miejscu, które bułgarską duchowość reprezentuje lepiej, niż jakikolwiek inny religijny zakątek.

Monastyr zbudowano w pobliżu pustelni, w której ponad pół wieku spędził święty Iwan z Riły. Ten subtelnie wkomponowany w górskie lasy kompleks klasztorny to symbol nie tylko religijnego życia Bułgarów, ale także ich historii. Przez wiele lat, monastyr pełnił rolę centrum oporu przeciwko osmańskiej okupacji, dając schronienie działaczom narodowym oraz ukrywając odbywające się w nim, narodowowyzwoleńcze konferencje i przygotowania do powstań. W 1983 roku, Rylski Monastyr wpisano na listę światowego Dziedzictwa UNESCO.

Podróżowanie po Bułgarii zawsze oznacza dla mnie jedno – niezmiennie zachwycające pejzaże, które towarzyszą mi w drodze. Bułgaria, która nie jest tak gęsto zaludniona jak choćby niektóre części Polski, pozostawia nietknięte, prawdziwie urzekające miejsca i widoki, które oglądać można zza samochodowej szyby.

Podróż do Rylskiego Monastyru w pewnym momencie oznacza zjazd z wygodnej autostrady. Do celu prowadzą wąskie dróżki wciśnięte w oddalone od głównej trasy wioski, wzgórza i winnice. Pojawiające się od czasu do czasu domy, choć często zaniedbane i z odpadającym tynkiem, mają w sobie to bułgarskie “coś”. Porośnięte winoroślą, z małymi ogródkami, w których miejscowi dziadkowie zajmują się przekopywaniem ziemi. Są też tacy, którzy zamiast motyki wybrali sprzedaż miodu i wyciągnięci na składanych, materiałowych krzesełkach, siedzą przy krawężniku obok spiętrzonych piramid słoików.

Im bliżej jednak do monastyru, tym bardziej zmienia się krajobraz. Nie na lepsze, nie na gorsze. Jest po prostu inny. Najpierw głębokie kotlinki prowadzą nas do masywu Riła, a następnie zaczyna się podróż pod górkę. Niejednokrotnie ostre zakręty towarzyszą wznoszeniu na wysokość ponad 1000 metrów. Robi się chłodniej – najwyższe partie bułgarskich gór nawet w maju przyprószone są śniegiem. Wokół wyrasta gęsty, ciemnozielony las, którego korona niechętnie przepuszcza promienie słońca.

Sam monastyr wita odwiedzających wysokim, beżowym murem silnie kontrastującym z intensywą zielenią otaczającego go lasu. Parking, który po brzegi wypchany jest mniejszymi i większymi autokarami, rozwiewa wątpliwości co do popularności miejsca.

Po przekroczeniu ozdobionego malowidłami łuku bramy, znajduję się na klasztornym dziedzińcu. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest nie międzynarodowy tłum turystów, a te charakterystyczne, biało-czarne krużganki. Do najwyższych ich partii prowadzą drewniane schody, wkomponowane w białe mury zabudowań.

Na placu po raz pierwszy staję dokładnie w południe, i witają mnie dzwony rozbrzmiewające z imponującej Chreliowej Kuli – wieży niegdyś pełniącej funkcję struktury obronnej.

Najwięcej turystów zgromadzonych na placu tłoczy się wokół głównej świątyni Rylskiego Monastyru. Cerkiew Świętej Bogurodzicy to centralny budynek klasztoru, ściągający uwagę imponującym gmachem i nie mniej imponującą kopułą. Ściany oraz sklepienie zadaszonego frontu świątyni udekorowano dziesiątkami, jeśli nie setkami malowideł różnego rozmiaru i formy, przedstawiających świętych oraz sceny z nimi związane.

Sama cerkiew, pomimo tego, że do najmniejszych nie należy, pogrążona jest w ciemności, którą rozpraszają świece i światło wślizgujące się do środka przez otwarte drzwi. Głęboko w jej wnętrzu znajduje się symbol całego monastyru – ogromny ikonostas o prawdziwie szokującej skali detalu. Rzeźbienia, które otaczają umieszczone na nim ikony, są czymś, od czego trudno oderwać wzrok. W jego wnętrzu skryte są relikwie świętego Iwana z Riły – fragment kości z dłoni, do której modlą się zebrani tutaj wierni.

Na sam ikonostas pada kilka bladych słonecznych promieni. Zadzierając głowę wysoko do góry, okryć można ich źródło – wspomniana wcześniej imponująca kopuła, ozdobiona szeregiem malowideł, zwieńczona jest otworem-oknem, które wpuszcza do świątyni odrobinę światła.

Ale sama cerkiew to jedynie początek wizyty w monastyrze. Brama wejściowa prowadzi również do muzeum utworzonego w byłych pomieszczeniach codziennych rylskich mnichów. Średniowieczne cele są zimne, ciemne i wąskie. Przejścia pomiędzy pomieszczeniami są sklepione wyjątkowo nisko, zmuszając do pochylenia się, aby nie zahaczyć czubkiem głowy o zimny mur.

Jaskinia Iwana z Riły

Droga, która mija monastyr, prowadzi jeszcze wyżej w góry. To tam rozpoczyna się wędrówkę ku pustelni świętego Iwana z Riły.

Tych, którzy chcą zobaczyć tę małą jamę, w której święty Iwan pościł i modlił się przez sześćdziesiąt lat, czeka wspinaczka i to nie po wygodnym, górskim szlaku. Ścieżka, która prowadzi do pustelni leży na stromym zboczu, a od wysokiego i stromego urwiska niejednokrotnie dzieli zaledwie jeden nieuważny krok. Nie jest to wygodne przejście dla leniwych turystów. Głazy i mniejsze kamienie oraz konary drzew sprawiają, że droga jest nierówna, wyboista i wymagająca.

W głębi lasu, jest chłodno i cicho. Na końcu ścieżki wybudowano chram poświęcony Iwanowi z Riły. Zaraz za nim, znajduje się wejście do jego pesztery.

Ale “jaskinia” to dużo powiedziane. Kamienne schody pozornie prowadzą do nikąd. Znikają pod masywnym głazem, w ciemnej dziurze, w której nie widać absolutnie nic. Okazuje się jednak, że do pustelni świętego można wejść, czy raczej – wpełznąć. Kucając, wystarczy wślizgnąć się pod ogromny głaz i wspiąć się po kamiennych stopniach do skalnej półki. W środku nie widać nic. Jednymi błyszczącymi punkcikami są słabe, pomarańczowe płomyki świec pozostawionych tutaj ku pamięci świętego.

Droga powrotna w dół wzgórza wydaje się znacznie szybsza i łatwiejsza, niż ta pod górę. Wciąż jednak uważać trzeba na niejednokrotnie zdradliwe, luźne kamienie i wystające korzenie pobliskich drzew.

Dla duszy i dla ciała

Wizyta w monastyrze potrafi podróżnika zostawić nie tylko głodnym, ale i zmarzniętym. Na wysokości ponad tysiąca metrów, pod gęstą kopułą drzew, marznie się szybko i łatwo, a górska wspinaczka domagają się nadrobienia spalonych kalorii.

Po drodze do monasteru znajduje się szereg małych hotelików i restauracji. Jedna z nich to miejsce, które wraz z towarzyszami wycieczki wybieramy na obiad. Na progu wita nas kelner, który zachęca do wyboru stolika, a następnie recytuje najważniejsze punkty menu. Pomimo że restauracja nie należy do kategorii pięciu gwiazdek, drastycznie różni się ona od standardowego sofijskiego zawedenia i to w sposób pozytywny. Obsługa interesuje się klientem od początku do końca wizyty, kilkakrotnie sprawdzając, czy wszystko jest tak, jak się tego oczekuje, i czy jest coś, co mogą nam dodatkowo zaoferować.

Potem, po udanym posiłku – którego elementami są nieodzowna szopska sałata i herbata ziołowa na rozgrzanie – można skierować się z powrotem do stolicy. Tą samą drogą, która tak, jak wcześniej wiedzie przez górskie kotlinki i okoliczne wioski.

Tym jednak, co najbardziej pozostaje w pamięci to chłodny górski las, w który wtulił się Rilski Manastir. Tam, gdzie nie brakuje zasięgu w telefonie, można na moment wyłączyć i siebie, a potem, przez moment cieszyć się ciszą zdala od głośnych miast.

Facebook Comments

***

Tekst pierwotnie ukazał się na blogu autorki: bilkow-czaj.blogspot.bg

Agnieszka Kasperek
Slawistka, copywriterka, pasjonatka języków obcych. Nieodmiennie zachwyca ją słowo pisane, któremu poświęca się zarówno w godzinach pracy, jak i w czasie wolnym. Swoimi tekstami próbuje przybliżyć Bułgarię z perspektywy, której nie ukazują szablonowe katalogi biur podróży.
    ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY