Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Maciej Zaniewicz

Wolność słowa jest naszą największą zaletą, ale też najsłabszym punktem

Z redaktorem polskiego portalu internetowego poświęconego cyberbezpieczeństwu Cyberdefence24.com oraz ekspertem ds. Zwalczania dezinformacji i propagandy dr Andrzejem Kozłowskim rozmawiał Maciej Zaniewicz.

Dlaczego Rosja stosuje dezinformację i propagandę w stosunku do państw Europy Środkowej?

Dotyczy to wszystkich państw europejskich, a celem jest szerzenie chaosu informacyjnego. Nie chodzi o to, że Rosjanie proponują jakąś swoją alternatywną wersję prawdy, w którą chcą, żeby społeczeństwo uwierzyło. Na przykład Polska czy państwa bałtyckie mają takie doświadczenia relacji z Rosją, że nigdy w jej wersję rzeczywistości nie uwierzą.

Celem Rosji jest to, żeby ludzie zaczęli wątpić w media głównego nurtu i w fakty.

Po co?

W celu destabilizacji tych państw poprzez sprawienie, że człowiek nie będzie wierzył żadnemu źródłu informacji. Chodzi o to, by kanał na YouTube założony przez Iksińskiego miał dla niego taką samą wiarygodność jak telewizja publiczna czy inne większe media.

Do czego to ma prowadzić?

Do stworzenia sytuacji, w której państwo nie będzie w stanie komunikować się z własnymi obywatelami, a jak największa grupa obywateli nie będzie wierzyła swojemu państwu i tradycyjnym mediom. Wtedy bardzo łatwo jest wpuścić „zatrutą informację”, która będzie już miała na celu spowodowanie konkretnego efektu.

Z pomocą jakich instrumentów sieje się chaos w społeczeństwach europejskich?

To zależy już od konkretnego państwa i konkretnych celów dezinformacji.

Weźmy zatem przykład Polski.

W Polsce mamy o tyle skomplikowaną sytuację, że nie ma możliwości przeforsowania rosyjskiej narracji, zgodnie z którą Rosja jest przyjacielem, sankcje trzeba znieść, a na Ukrainie trwa wojna domowa. Tego typu narrację można wprowadzić na przykład we Francji czy w Niemczech dzięki temu, że istnieją takie ugrupowania jak Front Narodowy czy Alternatywa dla Niemiec.

W Polsce tego nie ma. Jest wyłącznie partia Zmiana, która istnieje w podziemiach.

A jej przewodniczący jest w więzieniu.

Tak, ale kluczowe jest przede wszystkim to, że poparcie dla takiej partii będzie zawsze marginalne.

W Polsce sytuacja jest również o tyle specyficzna, że mamy bardzo dużą grupę A i grupę B. Grupa A popiera politykę rządu i należą do niej publicyści, politycy i zwykli obywatele.

Druga grupa jest natomiast przeciwna rządowi i stosuje przy tym retorykę zgodnie z którą Polska pogrąża się w autorytaryzmie.

Polskie społeczeństwo jest silnie spolaryzowane.

Tak, co jest też nazywane sporem Tutsi i Hutu.

Jeden z raportów dotyczących polskiego twittera pokazał, że członkowie tych „plemion” praktycznie ze sobą nie korespondują.

To jest olbrzymi problem w środowisku polskim, ponieważ jakakolwiek treść zostanie wpuszczona dla grupy A, jej członkowie w nią uwierzą, jeśli tylko będzie pochodziła z ich źródeł. To samo ma miejsce w przypadku grupy B.

Możemy sobie zatem wyobrazić taką sytuację, że w czasie zbliżających się wyborów samorządowych konto twitterowe znanego dziennikarza należącego do grupy B zostaje przejęte i z jego pomocą wprowadzona zostaje informacja, że wybory zostały sfałszowane, co zostaje poparte zdjęciem pokazującym fałszerstwo. Ono oczywiście nie jest prawdziwe, ale zanim zostanie to zweryfikowane, ludzie zaczynają retwittować informację, która zyskuje na popularności.

Taka operacja może doprowadzić nawet do zamieszek, co miało z resztą miejsce w USA. Rozpowszechnienie fake-newsa za pomocą mediów społecznościowych doprowadziło do demonstracji studentów w kampusie.

Bardziej zaawansowaną operacją mogłoby być na przykład dokonanie kradzieży danych wyborców, a następnie ujawnienie ich, przez co wybory musiałyby zostać powtórzone. W Polsce decyduje o tym Sąd Najwyższy. Sądownictwo natomiast jest przedmiotem sporu między Tutsi a Hutu. Można zatem bardzo szybko stworzyć narrację, że oto PiS specjalnie ujawnił te dane, ponieważ wybory były dla niego niekorzystne, a Sąd Najwyższy unieważnił wybory na zlecenie rządu. I tak powstaje narracja, że Polska jest autorytarnym państwem.

Oczywiście to tylko hipotetyczne przykłady.

Jaki jest cel rosyjskiej dezinformacji w Polsce? Te działania wpisują się w jakąś szerszą strategię rosyjską dotyczącą naszego kraju i regionu? Mają doprowadzić do osiągnięcia konkretnych celów politycznych?

Od lat 90-tych celem rosyjskiej polityki wobec Polski jest przedstawianie jej jako państwa, które nie należy do Zachodu i które nie dorosło do bycia demokracją. Wcześniej przejawem takich działań była chociażby afera Olina (w 1995 roku urzędujący premier Józef Oleksy został oskarżony o współpracę z KGB, co doprowadziło do jego dymisji – red.). Wówczas chodziło o to, aby zapobiec wstąpieniu Polski do NATO i UE. Dzisiaj celem Rosji jest to, aby maksymalnie zmarginalizować pozycję Polski w tych organizacjach oraz pokazać, że nie ma sensu utrzymywanie w Polsce wojsk sojuszniczych, skoro to jest „dziki kraj”, „barbaria” i „wschód”.

Drugim celem jest osłabienie spoistości Unii Europejskiej i NATO. W interesie Federacji Rosyjskiej jest to, aby te organizacje były jak najsłabsze, a najlepiej, żeby w ogóle przestały istnieć.

Istotne są również działania z obszaru sektora energetycznego. W polskiej przestrzeni informacyjnej sporo jest newsów dezinformujących na temat na przykład negatywnego wpływu wydobywania gazu łupkowego na środowisko.

Ostatnio okazało się też, że rosyjska dezinformacja stoi za ruchem antyszczepionkowym w Polsce. To też jest działanie szkodliwe – podważa zaufanie do publicznej służby zdrowia, do koncernów farmaceutycznych, a w konsekwencji prowadzi do zwiększenia zachorowalności i osłabienia społeczeństwa.

Działanie rosyjskiej dezinformacji nie jest jednak zjawiskiem nowym. Jeśli sięgniemy do Archiwum Mitrochina i przeanalizujemy ruchy pokojowe oraz pacyfistyczne, które protestowały przeciw rozmieszczeniu pocisków Pershing w Europie Zachodniej, to wszędzie znajdziemy ślad finansowania przez KGB. W tym względzie modus operandi się nie zmieniło.

Czy te działania i operacje są w jakikolwiek sposób koordynowane? Jest jakiś sztab, który decyduje, że teraz rozpoczynamy np. „operację samorząd”? Czy decydują może ad hoc trolle niższego szczebla, operacyjne?

Operacje dezinformujące z wykorzystaniem trolli są przygotowywane przez 3-4 lata, w zależności od tego jakiego rodzaju działania  mają zostać przeprowadzone. Aczkolwiek są przykłady, choćby referendum w Katalonii, gdy było to robione na szybko. Jest możliwe wynajęcie kont botów na twitterze, jak miało to miejsce w powyższym przykładzie.

Jeżeli chodzi o ciało decyzyjne, to eksperci nie posiadają takiej wiedzy. Istnieje na przykład Internet Research Agency z siedzibą w Petersburgu – tak zwana fabryka trolli. Działa jako niezależna jednostka, aczkolwiek prowadzona jest przez jednego ze znajomych Władimira Putina.

Tak zwanego „kucharza Putina” – Jewgienija Prigożyna.

Dlatego wątpliwym jest na ile jest to instytucja niezależna. Moim zdaniem jest w 100% kontrolowana przez rząd.

Z drugiej strony mamy też wywiad wojskowy – GRU – oraz kontrwywiad cywilny – FSB. Ta druga służba oczywiście realizuje dużo szersze zadania m.in. operacje hakerskie. Od zawsze te służby rywalizowały. Jeśli popatrzymy na rosyjską ingerencję w wybory w USA, to zobaczymy, że te jednostki ze sobą nie współpracowały.

Kim są „żołnierze” w tej dezinformacyjnej armii? To są ludzie z krwi i kości, boty?

Najlepiej jest zaangażować do tego typu operacji ludzi. Takie osoby mogą mieć do obsługi kilkadziesiąt kont. Nawet wtedy te komunikaty nie są jednak doskonałe jeżeli chodzi o warstwę językową i widać, że są pisane przez obcokrajowców. W takich działaniach chodzi jednak o ilość. Istnieją oczywiście też automatyczne boty, stymulujący zachowanie człowieka.

Jeżeli chodzi o Facebooka, stosowano też legalne metody, takie jak kierowane reklamy polityczne.

Do siania propagandy wykorzystywani są również dziennikarze, pracujący w głównych ośrodkach propagandowych – Sputniku i RT. W Polsce jednak niemal wszyscy zdają sobie sprawę, że to jest przekaz propagandowy, a dziennikarze tych serwisów są wykluczeni ze środowiska dziennikarskiego.

Dodatkowo mamy do czynienia z influencerami, którzy mają poglądy prorosyjskie. Nie da się ich złapać za rękę i udowodnić, że współpracują z Rosją, a oni zawsze będą się zasłaniać wolnością słowa.

Niestety to co jest największą zaletą demokracji – wolność słowa – jest naszym najsłabszym punktem.

Czy w Polsce podejmowana jest walka z rosyjską dezinformacją?

Problem polega na tym, że nie bardzo. Posiadamy tylko ruchy oddolne, których działania nie są koordynowane przez państwo. Nie możemy jednak wystawiać think-tanków przeciw zawodowcom z GRU czy FSB. To tak jakbyśmy mieli wystawić drużynę amatorską w piłkę nożną przeciwko reprezentacji Brazylii.

Potrzebne jest profesjonalne działanie kontrwywiadu, również w przestrzeni mediów społecznościowych. Do tego dochodzi praca organizacji pozarządowych takich jak np. polskie Centrum Analiz Propagandy i Dezinformacji.

Przede wszystkim potrzebna jest nam jednak edukacja. Mnie na przykład dziwi, że w Polsce nie ostrzega się przed możliwą ingerencją w wybory. Jeżeli kogoś się o tym ostrzega, to on zaczyna być bardziej czujny. Jest jeden dzień w roku, kiedy człowiek jest najbardziej odporny na fake-newsy – 1 kwietnia.

Istotne jest również prowadzenie szkoleń z weryfikacji prawdziwości zdjęć i informacji. Wystarczy przecież skorzystać z wyszukiwarki Google. To nie kosztuje wiele czasu.

Czy możliwe jest osiągnięcie zwycięstwa na froncie walki z dezinformacją?

Nie jesteśmy w stanie wyeliminować dezinformacji – ona zawsze była i będzie. Naszym celem jest ograniczyć jej negatywne skutki.

Facebook Comments
Maciej Zaniewicz
Redaktor naczelny polskojęzycznej wersji Eastbook.eu

Absolwent stosunków międzynarodowych i rosjoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisze i czyta na temat Europy Wschodniej.

Kontakt: maciej.zaniewicz@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY