Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Aleksiej Gusiew

Wybory czy „wybory”? Dlaczego w Moskwie głosuje coraz mniej osób

9 września w Moskwie odbyły się wybory mera miasta. Bezsprzecznie zwycięstwo odniósł Sergiej Sobianin (ponad 70% głosów), jednak pozostaje on jednym z najbardziej krytykowanych lokalnych przywódców w Rosji. W wyborach wzięło udział mniej niż jedna trzecia moskwian (31%). To antyrekord w historii wyborów prezydenta stolicy.

Jedną z głównych przyczyn odmowy uczestnictwa w wyborach może być wybór kandydujących: wielu opozycjonistów nie zostało bowiem do nich dopuszczonych. Rzecz w tym, że w 2012 r. w wyborach władz regionalnych wprowadzono „miejski filtr” – każdy kandydat powinien uzyskać poparcie lokalnych posłów z 2/3 obszaru okręgu. Taki wynik we wszystkich regionach osiąga tylko partia rządząca – „Jedna Rosja”. W efekcie doszło do zdumiewającej sytuacji – aby opozycjonista mógł awansować, musi uzyskać zgodę prorządowych posłów. Taka sytuacja miała miejsce w czasie wyborów mera Moskwy w 2013 r., kiedy jego główny konkurent i pełniący obowiązki mera, Siergiej Sobianin, wyraził poparcie dla nominacji opozycyjnego blogera, Aleksieja Nawalnego. Dokonano tego w celu zademonstrowania demokratyzmu wyborów, zwiększenia frekwencji i udowodnienia, że ​​postawy opozycyjne w społeczeństwie są niewielkie. Jednak w rzeczywistości, w 2013 r., zdarzenia nie potoczyły się dokładnie tak, jak chciały tego władze: Sobianin ledwo zdołał wygrać w pierwszej turze (51% głosów), a frekwencja w dalszym ciągu pozostała niska (32%).

Jelena Szuwałowa

W kwestii frekwencji sytuacja pozostała bez zmian także w 2018 r. Wśród wszystkich uprawionych do głosowania Sobianin nie zdołał uzyskać nawet ćwierci głosów moskwian, którzy zagłosowali „nogami” – po prostu nie poszli na wybory. Tym razem „Jedna Rosja” surowiej podeszła do doboru konkurentów Sobianina.  Z Partii Komunistycznej (KPRF) do udziału został dopuszczony mało znany (nawet wśród członków partii) biznesmen Wadim Kumin, ze „Sprawiedliwej Rosji” (LDPR, partia Żyrinowskiego) znany z ekscentrycznych wypowiedzi Michaił Diegtiariow. Najbardziej niezwykłym kandydatem okazał się Michaił Bałakin z „Sojuszu Mieszkańców”, były właściciel zbankrutowanej firmy deweloperskiej SU-155, która zasłynęła tym, że zostawiła bez mieszkań tysiąc osób, które zainwestowały we wspólną budowę. Poparcie każdego z przeciwników mera było na poziomie 0-2%. Równocześnie kandydować nie udało się opozycyjnej komunistce, Jelenie Szuwalowej oraz demokracie, Dmitrijowi Gudkowi, który otrzymał największe poparcie wśród niezależnych lokalnych posłów.

Podobna praktyka „filtrowania” kandydatów była stosowana we wszystkich regionalnych wyborach, jednak okazało się, że nie we wszystkich okręgach mieszkańcy gotowi są poprzeć narzuconego z góry kandydata. Władze nie sądziły, że do tego dojdzie. Największy skandal miał miejsce w Primorie (Daleki Wschód, wybrzeże Oceanu Spokojnego, stolica regionu – Władywostok). Kiedy sprawdzono 95% kart do głosowania w drugiej turze wyborów, okazało się, że komunista Andriej Iszczenko wyprzedza o 6% kandydata „Jednej Rosji”, Andrieja Tarasenko. Jednak po policzeniu pozostałych głosów, ogłoszono zwycięstwo kandydata „Jednej Rosji”. Sfałszowanie wyborów było tak oczywiste, że wywołało masowe protesty. W wielu z pozostałych lokali wyborczych „Jedna Rosja” uzyskała 100% głosów (inaczej nie dałoby matematycznego zabezpieczenia poparcia). Jednym z takich miejsc rzekomo był znajdujący się na mieliźnie statek „Narwał”.

Stojący na mieliźnie statek „Narwał”. Na nim rzekomo znajdował się lokal wyborczy, w którym 100% wyborców poparło kandydata „Jednej Rosji”.

W rezultacie, zamiast sprawiedliwego przeliczenia głosów, w Primorie odbyły się nowe wybory, a stare uznano za nieważne. W innym regionie Chakasji, kiedy okazało się, że odbędzie się druga tura, „Jedna Rosja” po prostu wycofała swojego kandydata, aby zapobiec nieuchronnej klęsce. Partia rządząca przegrała również w obwodzie włodzimierskim. Paradoks sytuacji polega na tym, że popularność zatwierdzonych kandydatów opozycji jest niska: wyborcy w pierwszej kolejności głosują „za” lub „przeciw” „Jednej Rosji”.

Renowacja domów jednoczy moskwian

Sztandarami aktywności obywatelskiej pozostają największe miasta w Rosji i Europie – Moskwa i Sankt Petersburg (odpowiednio 1. i 3. najbardziej zaludnione miasto w Europie). Duże wiece poza obrębem dwóch stolic są niezwykle rzadkie. Moskwa stała się głównym miastem protestów cywilnych w latach 2011-2012 przeciwko oszustwom wyborczym, a wiele małych partii politycznych posiada działające oddziały tylko w tych miastach, nie będąc w stanie utrzymać tych samych oddziałów w innych regionach Rosji. Przez ostatnie półtora roku Moskwa przeżywa „bum” cywilnej aktywności: wszystko zaczęło się od programu mera dotyczącej renowacji miasta. Zgodnie z programem, miał on wyburzyć prawie wszystkie pięciopiętrowe budynki („chruszczowki”), które powstały w latach 1950-1970.  Około 1,5 miliona moskwian mieszka w tego typu domach – wyłącznie z nich można by stworzyć trzecie co do wielkości miasto w Rosji, większe od europejskiej Pragi czy Mediolanu. Wiosną 2017 r. w dzielnicach „chruszczowek” zaczęły pojawiać się setki przeciwników i zwolenników renowacji. Pierwsi obawiali się przymusowej eksmisji z miasta, pozbawienia nieruchomości i samej zabudowy (nowe domy miały być budowane kilka razy większe, aby zyski ze sprzedaży dodatkowych mieszkań zrekompensowały koszty budowy), drudzy natomiast mówili o koszmarze życia w starych mieszkaniach. Szczególne oburzenie wywołał fakt, iż zgoda 2/3 właścicieli wystarczyła na rozbiórkę domu.

Przez ostatnie półtora roku Moskwa przeżywa „bum” cywilnej aktywności: wszystko zaczęło się od programu mera dotyczącej renowacji miasta.

W maju 2017 r. w centrum miasta odbył się dwudziestotysięczny wiec przeciwko renowacji. Jego wyjątkowość polegała na tym, że organizatorzy okrzyknęli go wydarzeniem bez polityki. Wielu zwolenników ruchu przeciwko renowacji podkreślało, iż otwarty udział opozycyjnych organizacji politycznych w protestach jest niepożądany, ponieważ partie mogą je tylko zdyskredytować. Owa separacja między „aktywistami” a „politykami” zaczęła się dawno temu. Aktywiści próbowali udowodnić produktywność „polityki bez polityki”.

Atomizm opozycji

Szczególnie reprezentatywnym przykładem depolityzacji społeczeństwa są protesty w sprawie reformy emerytalnej (Duma Państwowa przyjęła ustawę o przejściu na emeryturę mężczyzn w wieku 65 lat, a kobiet w 63, zamiast w 60 i 55), które objęły cały kraj. Na ich czele chciała stanąć KPRF, jednak wspólne wiece lewicy nie przekraczały 30-40 tysięcy osób. Próba zorganizowania protestów przez Nawalnego i jego zwolenników okazała się jeszcze mniej liczna i przemyślana – większość demonstrantów stanowił stały skład, który obejmował tłum niepełnoletnich obywateli. Poza tym, jeszcze przed reformą, Nawalny popierał podwyższenie wieku emerytalnego.

Głównym problemem społeczeństwa obywatelskiego w Rosji pozostaje jego atomizacja.

Nie można powiedzieć, że protest przeciwko reformie nie istnieje – temat pozostaje jednym z najczęściej omawianych w kraju. Tuż przed wyborami Putin zmuszony był renegocjować przepisy dotyczące zmniejszenia wieku emerytalnego kobiet. Polityka emerytalna partii rządzącej niespodziewanie znalazła odzwierciedlenie w jej klęsce w wyborach na prowincji, np. w obwodzie irkuckim i ulianowskim.

Głównym problemem społeczeństwa obywatelskiego w Rosji pozostaje jego atomizacja. Nie posiada ono własnej partii politycznej, a istniejące organizacje polityczne w większości wolą nie zmierzać w tym kierunku. Niechęć ta jest wzajemna – znaczna część społeczeństwa obywatelskiego jest apolityczna. Rośnie napięcie społeczne przy jednoczesnym zmniejszaniu się możliwości wyrażania własnej woli. Wybory przestały dawać już złudzenie dokonywania wyboru. W dobie kryzysu politycznego i gospodarczego czynniki te nieuchronnie doprowadzą do poszukiwania innych sposobów wpływu na władzę.

Polityczny Uber

W lecie tego samego roku działacze powiatowi zupełnie nie zdali egzaminu w wyborach lokalnych – prawie wszystkie 343 mandaty opozycji otrzymali „politycy”. Ważną rolę w obaleniu mitu o wsparciu przez mieszkańców lokalnego aktywizmu, odegrał skandalista, moskiewski konsultant polityczny Maxim Katz, który stworzył „politycznego ubera”. To portal pomagający zupełnie przypadkowym osobom w kandydowaniu w wyborach i przeprowadzeniu kampanii wyborczej. W rezultacie wielu posłów zostało wybranych mając za sobą jedynie miesiąc kampanii i żadnego doświadczenia w działalności lokalnej.

W obecnej sytuacji okazało się, że wiele sił opozycyjnych może wygrać wyłącznie w wyborach samorządowych. Większość przedstawicieli partii pozaparlamentarnych po prostu nie może brać udziału w wyborach wyższego szczebla z powodów formalnych, na przykład ze względu na niemożność zebrania niezbędnej liczby podpisów do nominacji, która nawet w przypadku kandydata do samorządu miasta wynosi kilka tysięcy.

Ponadto deputowani rady miejskiej w Moskwie nie mają praktycznie żadnej władzy: kontrolują mniej niż 1% budżetu (większość ich udziału przeznaczana jest na sfinansowanie swojego aparatu) i nie mogą podejmować samodzielnych decyzji dotyczących budowy i rozwoju transportu. Przy czym są oni jedynym wybieranym organem rządzącym na szczeblu lokalnym. Duża organizacja „polityków” doprowadziła do tego, że do organów gospodarczych dostała się niewielka liczba lokalnych działaczy. W przeciwieństwie do „aktywistów”, „politycy” starali się działać, koncentrując się wyłącznie na ogólnomiejskim (i ogólnorosyjskim) programie, podczas gdy „aktywiści” domagali się ograniczenia do minimum udziału w polityce.

Lenin i Biały Kreml zamiast realnej polityki

Najbardziej transparentnym przykładem była próba przeprowadzenia przez opozycyjną radę Dystryktu Jakimanka lokalnego referendum w sprawie… przeniesienia pomnika Lenina. Sęk w tym, że rada nie miała uprawnień do decydowania o takiej kwestii, dlatego pytanie sformułowano dość nietypowo: „Czy popierasz apel skierowany do Komisji ds. Sztuki Monumentalnej Moskiewskiej Rady Miejskiej w sprawie przeniesienia pomnika W.I. Lenina?”.

W Moskwie przepisy regulujące społeczne referenda są tak zagmatwane, że w ciągu ostatnich 25 lat w mieście nie zostało przeprowadzone ani jedno. Już na wstępie rozumiejąc, że referendum zostanie odrzucone, jego organizatorzy liczyli na pomocną uwagę mediów. Mimo, że pytanie nie dotykało kwestii priorytetowych w oczach mieszkańców, dla mediów okazało się atrakcyjne. Często działania poszczególnych opozycjonistów ograniczały się jedynie do „oficjalnych oświadczeń”, nie odnosząc się do miejskiej agendy.

Kultywowana jest opinia, że ​​„jeden głos niczego nie zmieni”, co działa na korzyść władz.

Takie zachowanie jest również charakterystyczne dla prorządowych parlamentarzystów. Na przykład poseł Dumy Państwowej z „Jednej Rosji” Witalij Milonow stał się znany jako autor prawa zakazującego propagandy homoseksualizmu, a rzecznik LDPR Michaił Diegtiariow wystąpił z propozycją przemalowania Kremla na biało. We wrześniu 2018 r. deputowany Dumy Państwowej, Siergiej Iwanow, przedstawił do rozpatrzenia projekt Kodeksu Pojednawczego Federacji Rosyjskiej. Takie propozycje mają na celu wyłącznie zwrócenie uwagi.

Ekscentryczne pomysły opozycji i parlamentarzystów zbliżonych do opozycji, sprzedają się nawet w prorządowych mediach, ale prowadzą jedynie do wzrostu apatii wśród obywateli. W społeczeństwie rośnie przekonanie, że nie można wpływać nie tylko na politykę państwa, ale nawet na kwestię remontu własnego domu. Kultywowana jest opinia, że ​​„jeden głos niczego nie zmieni”, co działa na korzyść władz.

Jeśli nie ma na kogo głosować – po co chodzić na wybory?

Sytuację pogarsza również procedura wyborcza, która nie dopuszcza do rejestracji wielu kandydatów opozycji. W tych warunkach wielu działaczy wezwało do zniszczenia kart do głosowania (nie ma możliwości głosowania „przeciw wszystkim” w Rosji), ale pomysł nie zdobył popularności – zrobiło to mniej niż 3% osób biorących udział w wyborach. O wiele bardziej popularna okazała się stara metoda, aby w ogóle nie iść na wybory – skorzystało z niej 69% mieszkańców miasta. Wynik ten dał „aktywistom” powód do wysunięcia wniosku, jakoby „polityka” uniemożliwia rozwiązywanie lokalnych problemów. Faktycznie utrzymuje się tendencja zmierzająca do odpolitycznienia społeczeństwa.

(…)popularna okazała się stara metoda, aby w ogóle nie iść na wybory – skorzystało z niej 69% mieszkańców miasta.

Wezwanie, aby „nie iść do urn” jest czasami spotykana wśród opozycji niesystemowej. Po tym, jak Aleksiej Nawalny nie został dopuszczony do wyborów prezydenckich, wezwał on do ich bojkotu, twierdząc, że bez niego głosowanie już na wstępie jest nieuczciwe. Doprowadziło to do zwiększenia udziału procentowego głosów dla Putina w marcu 2018 r.

Frekwencja jako sowiecka mentalność

W mentalności mieszkańców Rosji odmowa udziału w wyborach postrzegana jest jako działanie opozycyjne. Jest to związane ze sposobem, w jaki wybory odbywały się do 1989 r. w ZSRR. Nie było wówczas możliwości głosowania na alternatywnego kandydata, ponieważ o stanowisko ubiegał się tylko jeden. W tej sytuacji niezjawienie się na wyborach wyglądało jak akt obywatelskiego nieposłuszeństwa – w latach 60. i 80. do lokali wyborczych, według oficjalnych danych, przychodziło zawsze ponad 96% ludności. Odmowa uczestnictwa w głosowaniu mogła stać się jawna i przysporzyć obywatelowi kłopotów. Innym wariantem nieposłuszeństwa było głosowanie „przeciw” kandydatowi, ale ono także mogło zostać zauważone. Aby zagłosować „przeciw”, konieczne było skreślenie na karcie do głosowania, natomiast głosowanie „za” nie wymagało żadnych znaków. Głosujący, który wszedł do kabiny wyborczej z długopisem, praktycznie informował komisję o dokonanym wyborze. W takim systemie wybory były jedynie statusowym wydarzeniem, a wybór kandydata stanowił demokratyczną procedurę. Każdy kandydat reprezentował określone organizacje, sektory produkcyjne – tam, na walnych zebraniach dokonywano prawdziwego wyboru.

W mentalności mieszkańców Rosji odmowa udziału w wyborach postrzegana jest jako działanie opozycyjne.

Ta bezsilność w sposobie myślenia przetrwała do dnia dzisiejszego. Pomysł niepójścia do urn wciąż jest postrzegany przez wielu mieszkańców Rosji jako wyraz sprzeciwu wobec systemu państwowego. Szczególnie aktywnie kultywowany jest podczas rządów Putina, kiedy w państwie powstał trzypoziomowy system władzy. Na najwyższym piętrze znajduje się partia „Jedna Rosja” reprezentująca interesy rosyjskich urzędników. Od 2003 roku partia ta wygrywa wszystkie wybory federalne, w których uczestniczy, a także prawie wszystkie wybory regionalne (z rzadkimi wyjątkami). Przede wszystkim stanowi ona partię popierającą prezydenta i rząd, nie wiążąc się z ideologicznymi nurtami. Jej oficjalną ideologią jest liberalny konserwatyzm. Na drugim piętrze władzy znajduje się „opozycja systemowa”: Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej, Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji (pomimo nazwy, partia posługuje się prawicową populistyczną retoryką) i Sprawiedliwa Rosja (umiarkowanie lewicowa). Partie te regularnie dostają się zarówno do krajowego, jak i regionalnych parlamentów, ale rzadko mają wystarczającą reprezentację, aby uczestniczyć w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji. Liberalna i socjaldemokratyczna partia „Jabłko” znajduje się między drugim i trzecim piętrem – nie jest reprezentowana w Dumie Państwowej od 2003 roku, ale w niektórych regionach (głównie w milionowych miastach) ma silną pozycję. Na trzecim piętrze plasuje się niesystemowa opozycja, która praktycznie nie ma przedstawicieli u władzy.

Opozycja = liberałowie?

Opozycyjna nisza w Rosji jest „sprywatyzowana” wyłącznie przez prozachodnich liberałów, którzy idą na rękę władzy. Słowo „opozycja” jest niemal synonimem pojęcia „liberałowie” – są to ludzie, którzy popierają (a przynajmniej nie widzą w tym nic złego) dezintegrację Rosji i rozdzielenie jej na części, protestują przeciwko aneksji Krymu, a także wszelkim inicjatywom rządowym. Zaskakującym przykładem jest Aleksiej Nawalny, który w swoim programie politycznym napisał, że należy podnieść wiek emerytalny. Kiedy władza to zrobiła, zaczął ją za to krytykować. W 2011 r. publicznie opowiedział się on za przyłączeniem Ukrainy i Białorusi do Rosji, a w 2014 r. zajął raczej niejasne stanowisko wobec Krymu (polityk unika jasnych komunikatów w tej kwestii). Przyczyna jest prosta – ta „opozycja” nie ma prawdziwego programu politycznego, z wyjątkiem „antyputinizmu”. Równocześnie wiele takich pomysłów nie znajduje poparcia społeczeństwa, które wcale nie jest z władzy zadowolone.

Opozycyjna nisza w Rosji jest „sprywatyzowana” wyłącznie przez prozachodnich liberałów, którzy idą na rękę władzy.

Taka „opozycja” pozostaje tylko małą „partyjką”, niezauważoną przez przeciętnego wyborcę. Opozycja systemowa nie jest jeszcze w stanie w pełni wypełnić tej politycznej luki. Niezadowolenie z władzy rośnie, ale wciąż nie ma na kogo głosować. Pojawia się więc zapotrzebowanie na alternatywę. A popyt, jak wiemy, tworzy podaż.

Facebook Comments

***

Artykuł powstał w ramach projektu „Rosyjskie społeczeństwo obywatelskie piórem dziennikarzy.” dzięki wsparciu Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia przyznanemu w drodze VII Otwartego Konkursu.

Tematy: tu i teraz,
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY