Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Michał Radecki

The best of Brest, czyli bezwizowy Brześć w obiektywie

Białoruś kontynuuje swoją nową politykę otwarcia, zarówno w wymiarze politycznym, jak i turystycznym. Po sukcesie ruchu bezwizowego w Grodnie, Brześć nie chciał być gorszy i od stycznia tego roku wraz z przyległościami także dołączył do programu. Co nadgraniczne miasto-twierdza ma do zaoferowania dla zagranicznych turystów? Ile zostało jeszcze z polskich akcentów w miejscu o tysiącletniej historii?

Trzeba przyznać – program nabiera rozmachu. Początkowy wyłom w postaci 5 dniowych wizyt w Puszczy Białowieskiej przerodził się w 10 dniowe wędrówki po rejonie grodzieńskim, części obwodu brzeskiego, a dla przylatujących samolotem na mińskie lotnisko jest aż miesiąc na całą Białoruś! Zakładam, że władze stopniowo będą ową przestrzeń jeszcze zwiększać – pieniądze (tak bardzo potrzebne w sytuacji, gdy Moskwa zakręca obecnie kurek z dotacjami) nie śmierdzą i spływają szerokim strumieniem, zachodni turyści się zachwycają, a więc każdy wygrywa przy delikatnych pomrukach niezadowolenia Kremla (który z niepokojem obserwuje odprężenie na linii Mińsk-Zachód, jako pretekst argumentując, iż bezwizowi przybysze nielegalnie potem przepływają do Rosji).

Po dogłębnym zbadaniu Grodna (który to opisałem tutaj) poznanie kolejnego białoruskiego miasta było czysto przyjemnością. Formalności są takie same – paszport ważny jeszcze min. 6 miesięcy, przepustka i ubezpieczenie medyczne (do zrobienia w 5 min. przez Internet, np. tu), pieniądze na pobyt (około 90 zł/dzień, nikt mnie nie sprawdzał). Dokumenty drukujemy i podpisujemy, trzymamy w paszporcie, gdyż okazujemy je na granicy. Ważne – strefy bezwizowe Grodna i Brześcia nie są połączone i wjazd do każdej z nich to oddzielna przepustka. Nie musimy też już wypełniać słynnej karteczki migracyjnej. Jeżeli wszystko posiadamy, jak należy (a ciężko nie mieć przy tak prostych wymaganiach) to odprawa jest czystą formalnością. Ubezpieczenie możemy też kupić na przejściu. Jedyne, czego nie polecam, to podrzucania dokumentów po angielsku – moje potwierdzenie ubezpieczenia od pracodawcy było właśnie w tym języku. Białoruska Straż Graniczna do poliglotów nie należy, więc wysiłki kilku pograniczników w ogromnych czapkach-lotniskowcach, aby odczytać dokument, spełzły na niczym i wzbudzały jedynie niepotrzebną nerwowość. Lepiej dla spokoju kupić oficjalną „strachowkę”, zwłaszcza iż jej koszt to zaledwie kilka złotych.

Do Brześcia spokojnie dojedziemy marszrutką, autem, czy też pociągiem, z Warszawy to zaledwie 200 km. To miasto dosłownie nadgraniczne – o ile Grodno do przejścia ma jeszcze z 20 km, tak przejeżdżając graniczny most nad Bugiem i mijając białoruską kontrolę stoimy już u wrót miasta. Po 10 minutach dodatkowej jazdy wysiadamy na dworcu autobusowym w sercu Brześcia.

Brześć, Briest, Brest

Jako, że wcześniej miałem kilka razy okazję wizytować Grodno, tak nie uniknąłem porównań z „kulturalną stolicą” Białorusi. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to trochę bardziej zróżnicowany styl współczesnego budownictwa – oprócz do dzisiaj budowanych bloków z wielkiej płyty, w Brześciu można napotkać nieco bardziej nowocześnie wyglądające budynki. Rzecz druga – tak jak i w Grodnie, prawie wszystkie atrakcje leżą w ścisłym centrum miasta, zaś na ich zgłębienie spokojnie wystarczy nam weekend.

Główny deptak – ulica Sowiecka – za dnia i w nocy. Pomnik 1000-lecia Brześcia stoi w połowie drogi. Każdego wieczora latarnik zapala lampy naftowe, w towarzystwie licznych gapiów.

Największą bodaj atrakcją Brześcia (poza twierdzą) będzie główny deptak, namiastka starego rynku o wdzięcznej nazwie ulicy Sowieckiej. Jest to naprawdę przyjemne miejsce, gdyż ciągnie się ono przez spory odcinek, zapełnione kawiarenkami, restauracjami, tłumem spacerowiczów, zaś naszych uszu dobiega muzyka ulicznych grajków. Historyczna zabudowa i XIX wieczne latarnie nadają miejscu klimatu i estetyki. W połowie traktu możemy ujrzeć pomnik 1000-lecia miasta – Aniół Stróż stoi na cokole, zaś poniżej wokół niego znajdują się ważne figury dla historii miasta (m.in. książę Witold, Mikołaj Radziwiłł, czy…radziecki żołnierz), a u podstawy – płaskorzeźby z ważnych wydarzeń w historii miasta (Biblia Brzeska, udział w bitwie pod Grunwaldem, obrona 1941, czy podbój kosmosu) z opisem w języku białoruskim. Idąc dalej miniemy centrum handlowe, żartobliwie nazywane brzeskim „Big Benem”, aż dojdziemy do malowniczej promenady Franciszka Skaryny z widokiem na rzekę Muchawiec, która przepływa przez miasto. Proponuję jednak zaczekać do zapadnięcia zmroku, gdyż wtedy objawia się chyba najciekawszy punkt programu – brzeski latarnik, który niczym w ubiegłym stuleciu, zapala naftowe latarnie i jednocześnie robi za atrakcję turystyczną (każdy chce mieć z nim zdjęcie, jak z naszym zakopiańskim misiem).

Przechodząc Sowiecką, możemy oglądać historyczne murale (m.in. druk Biblii brzeskiej), aż dojdziemy w końcu nad malowniczą rzekę Muchawiec.

To na Sowieckiej też, zaraz przy pomniku natknąłem się na swój pierwszy etno-shop „Kniaź Witold”, czyli sklep z białoruską odzieżą patriotyczną. Istny raj dla każdego, kto ceni sobie autentyczną, białoruską symbolikę narodową. Koszulki z pogonią, biało-czerwono-białe flagi, przypinki, magnesy, gry, kubki, portfele, wyszywanki i wiele, wiele więcej w jednym miejscu, zaś białoruskojęzyczna sprzedawczyni z uśmiechem doradzi i pomoże. Punkt działał zupełnie otwarcie i jak sondowałem po ruchu i lokalizacji, radzi sobie wyśmienicie. To miłe wiedzieć, iż naród białoruski pamięta o swoich korzeniach, a władza to w jakiś sposób toleruje.

W etno-shopie „Kniaź Witold” znajdziemy pełen asortyment akcesoriów, odzieży i symboliki narodowej Białorusi (tej nieoficjalnej).

Muszę podkreślić, że w Brześciu jest nadzwyczaj dużo zieleni, m.in. dzięki bulwarom Mickiewicza, Szewczenki czy Gogola. Długie, zadrzewione ulice przyozdabiają ich popiersia, a także piękne artystyczne rzeźby, których swoją drogą, pełno w centrum. Warto zajrzeć do parku 1 maja, w którym natknąłem się na maleńkie, prywatne zoo, czy też obejrzeć Cerkiew Św. Mikołaja z charakterystycznymi, niebieskimi kopułami. Naprzeciwko świątyni stoi z kolei zabytkowy budynek carskiego gimnazjum, mieszczącego obecnie Uniwersytet Brzeski i Oranżerię. W mieście jest też kilka muzeów, np. historii miasta (nuda, zaledwie dwie salki), techniki kolejowej (parowozy na świeżym powietrzu) i nietypowe odzyskanych dzieł sztuki (wszystko to, co odzyskali na granicy brzescy celnicy), bądź też archeologiczne. Atrakcję samą w sobie stanowi dworzec kolejowy, przez mojego znajomego na wyrost zwany „pałacem kultury w miniaturce”. Socrealistyczny zabytek przyjmuje pociągi pod „warszawski”, a także „moskiewski bok” i posiada fasady dumnie przyozdobione sierpem i młotem.

Popiersie Gogola i naszego wieszcza – Mickiewicza zdobią bulwary ich imienia. Oprócz tego, warto zajrzeć do Cerkwi św. Mikołaja o niebieskich kopułach, czy obejrzeć socrealistyczny dworzec brzeski.

A propos sowieckiego dziedzictwa – skumulowanie symboliki i toponimii na wyjątkowo małym obszarze może przyprawić o ból głowy nawet największego dekomunizatora. W centrum, na miejscu dawnych, historycznych nazw sąsiadują ulice: Engelsa, komunistyczna, Lenina, Dzierżyńskiego, Marksa, Komsomolska, Sowieckich pograniczników, 17 września, Sowiecka (to i tak jeszcze nie wszystkie!). Z kolei na głównym placu miasta dumnie pręży się Lenin i jakby sytuacja była nie dość groteskowa, tak swoją ręką wskazuje on pobliski, katolicki kościół. Z kolei ważne postaci Białorusi, jak wspomniany wcześniej Franciszek Skaryna i Janko Kupała, zadowolić się muszą ulicami na uboczu (bądź nie mają ich wcale, jak Wasyl Bykau). Taka to pokręcona polityka tożsamościowa Łukaszenki.

Ulica 17 września w Brześciu – dla Białorusinów optyka tej daty jest inna niż nasza – to zjednoczenie podzielonego przez Traktat Ryski kraju; z kolei na placu Lenina wódz rewolucji wskazuje ręką na katolicki kościół – konkurs na najlepszy dymek do zdjęcia uważam za otwarty.

Duch II RP

Spacerując ulicami Brześcia, nie sposób pominąć śladów z czasów przedwojennej Polski. Przede wszystkim, w Brześciu zachowało się sporo kamienic i domów z okresu międzywojnia, często w stylu modernizmu. Sztandarowym tego przykładem są stojące obok siebie przy centralnym placu budynki Obwodowego Komitetu Wykonawczego (dawny Urząd Województwa Poleskiego – to przed nim wspólną defiladę przyjmował Guderian i Kriwoszein w 1939), filia Narodowego Banku Białorusi (kiedyś oddział NBP), czy szpitala miejskiego. Obok nich znajduje się Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego (ten, który wskazuje z cokołu Lenin). Nieco dalej na północ, odchodzi niewielka, acz urokliwa uliczka – Lewaniewskiego. To na niej zachowała się była kolonia urzędnicza Narutowicza, w stylu dworkowym, niezwykle klimatyczna i skąpana w zieleni. Ciekawym artefaktem dla uważnych oczu będzie również polski szyld na Sowieckiej, odkryty przy okazji remontu kamienicy. Nieopodal od deptaka ujrzymy również dawny dom wojewody, zajmowany współcześnie przez Konsulat Generalny Rosji.

Polskie akcenty Brześcia – budynek urzędu województwa poleskiego, zabudowa dworkowa kolonii Narutowicza i polski szyld odkryty podczas remontu kamienicy na Sowieckiej.

Celowo napisałem, iż w Brześciu poczujemy ducha II RP, gdyż samej polskości za bardzo nie odczuwałem. Owszem, jest sporo pozostałości międzywojnia, niemych świadków polskiej administracji na tym terenie, ale faktem jest też to, że Polacy na Polesiu nigdy nie byli liczni i stanowili mniejszość wobec „tutejszego” żywiołu, a sam teren „kolonizowali” z trudem. Najbardziej zacofane województwo, wysoki odsetek analfabetyzmu, tragiczna infrastruktura, ludzie bez świadomości narodowej – termin „polska Afryka” nie wziął się znikąd). Obecnie nasi rodacy stanowią ułamek lokalnej populacji, z kolei mocne w mieście są wpływy rosyjskie, a sami Rosjanie z chęcią w Brześciu prowadzą biznes. Dla porównania, w Grodnie, chociażby z racji ogromnej liczby Polaków, dużej ilości zabytków związanych z polską historią o genezie głębszej niż XIX wiek i kościołów, gdzie wciąż można praktykować polską liturgię, ta polskość jest „żywa”.

Katolicki Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego (to na niego oskarżycielsko wskazuje Lenin) wraz wnętrzem.

Ciekawostka z tej sfery – z racji sakralnego celu mojej wizyty (ślub znajomych) i dość „ekumenicznego” charakteru ceremonii (katolik żenił się z prawosławną), katolicka msza była celebrowana w języku białoruskim, żeby rosyjskojęzyczni goście mogli zrozumieć uroczystość. Jest to drugi (obok polskiego) wykorzystywany język w liturgii tego obrządku na Białorusi i w tym jednym przypadku nie musi konkurować z rosyjskim. Co więcej – nie jest on używany do tego stopnia, że na co dzień rosyjskojęzyczni katolicy modlitwy znają wyłącznie po polsku (lub białorusku). Swoją drogą, było to dosyć interesujące przeżycie.

Pomniki dawnej przeszłości – nieczynny cmentarz katolicki wraz z kwaterą poległych żołnierzy wojny polsko-bolszewickiej i wojskowy cmentarz polski obok Twierdzy Brzeskiej, na którym spoczywają obrońcy z 1939 roku.

Chyba najlepszym pomnikiem i trwałym upamiętnieniem zamierzchłych czasów, żywym obcowaniem z historią są zabytkowe, katolickie cmentarze. W Grodnie na cmentarzu farnym, czy garnizonowym można odnaleźć nagrobki sławnych postaci z podręczników historii, obcować z polskim językiem i zwiedzić kwatery obrońców ojczyzny z lat 1920 i 1939. Swoje robi też klimat i estetyka miejsca.

Nie inaczej jest w Brześciu. Na ulicy Puszkina znajdziemy od dawna nieczynny, w dużej mierze zapuszczony i zdewastowany cmentarz katolicki. Choć trawa na głównych alejkach jest skoszona, tak stare grobowce i nagrobki są zniszczone przez czas i zarastają. Odnalazłem tam m.in. ciekawą kwaterę lotnika, polskiego wojskowego poległego w wojnie rosyjsko-japońskiej, jak i groby nieznanych obrońców ojczyzny z wojny polsko-bolszewickiej, szczęśliwie w niezłym stanie. Z kolei nieopodal Twierdzy Brzeskiej znajduje się cmentarz wojskowy, gdzie na dwóch osobnych częściach spoczywają żołnierze radzieccy i polscy – świadkowie dwóch obron fortyfikacji. Bardzo ciekawy jest kontrast między obiema częściami – o ile część sowiecka jest w typowym dla siebie, pomnikowym stylu, tak kwatera polska to rzędy jednakowych, szarych krzyży i skromny obelisk poświęcony obrońcom w 39 r., które nasunęły mi skojarzenia z podobnymi cmentarzami na Zachodzie, czy w USA. Jakkolwiek by dziwnie to nie zabrzmiało, tak jeśli chcemy przez chwilę przenieść się w stare czasy i dotknąć zamierzchłej epoki, to nekropolia będzie najlepszym tego typu miejscem.

Polskie nekropolie i kościoły są najlepiej zachowanymi świadectwami polskiej obecności na terenach Białorusi. Spoczywają na nich często wybitni Polacy, jak i zupełnie anonimowi żołnierze WP. Tu z kolei przykłady z Grodna.

Twierdza

Nie sposób pisać o Brześciu, pomijając jeden z jego głównych symboli i atrakcji – słynną Twierdzę Brzeską. To przez nią gród nad Bugiem utracił swe średniowieczne oblicze i zamek, a potem przez długi czas stanowił dodatek do fortyfikacji. Carska reduta miała w swej historii kilku właścicieli, była też dwukrotnie broniona przed Niemcami. Dzisiaj, z racji położenia na terytorium Białorusi, sławi głównie sowiecką wersję historii.

Twierdza Brzeska to miejsce niemal święte – białorusko-sowieckie Westerplatte Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Tłumy ludzi i dzieci spacerują codziennie po terenie fortu, to także miejsce wycieczek szkolnych i turystycznych, choć nie zawsze jest to obecność dobrowolna.

Zbliżając się długą drogą do wejścia, natrafiamy na monumentalną bramę w kształcie pięcioramiennej gwiazdy, gdzie możemy posłuchać komunikatu o rozpoczęciu wojny, pieśni „Święta Wojna” przy melodii Aleksandrowa (tego od chóru) i odgłosy kanonady – dobre wprowadzenie do tematu. Następnie, mijamy wystawę techniki wojskowej i dochodząc do centrum, przed nami wyrasta monumentalny pomnik obrońcy twierdzy – „Męstwo”, przedstawiający marsowe oblicze radzieckiego żołnierza w ogromnym bloku skalnym. Sam monument wzbudza różne reakcje – jedni dostrzegają w twarzy wojskowego determinację, upór, wolę walki, jeszcze inni – szaleństwo w oczach, a złośliwi problemów z zaparciem. Dość wspomnieć, że umieszczenie konstruktu na liście najbrzydszych pomników świata przez telewizję CNN doprowadziło do małego kryzysu dyplomatycznego USA-Białoruś. W moim osobistym odczuciu, choć jest to typowy przykład sowieckiego monumentalizmu, tak upamiętnienie to robi należne wrażenie i nadaje miejscu stosownej oprawy.

Obok bloku skalnego znajduje się „wieczny ogień” dla nieznanego żołnierza, pomnikowa lista miast-bohaterów z okresu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i strzelista iglica, otoczona resztkami fundamentów i piwnic zabudowań kompleksu. Nie sposób też przeoczyć leżącego nieopodal soboru św. Mikołaja, który pełnił w przeszłości funkcję katolickiej świątyni. Warto wejść do środka, gdyż odnowiona fasada skrywa w sobie niewyremontowane jeszcze wnętrze, co tworzy intrygujący kontrast i wrażenie „surowości”.

Ikoniczne bramy Terespolska i Chełmska zostały zakonserwowane w stanie pobitewnym jako mementum; z kolei surowe, nieodremontowane wnętrze Cerkwi św. Mikołaja na terenie Twierdzy robi niesamowite wrażenie.

Wokół opisanych miejsc w centrum cytadeli ciągną się właściwe zabudowania koszar, włącznie z ikonicznymi bramami: Chełmską i Terespolską, poszarpanymi przez kule i eksplozje, a także monumentem sowieckich pograniczników i rzeźbą „pragnienie”, przedstawiającą wyczerpanego obrońcę sięgającego hełmem po wodę. To z bramy Terespolskiej spojrzymy na graniczny Bug i znajdujący się za nim półwysep pograniczny, jedyny skrawek terenu za rzeką, który należy do Białorusi. Same budynki skrywają w sobie muzea: obrony twierdzy i muzeum wojny – terytorium pokoju. Warto zwiedzić oba – są nowoczesne i multimedialne, choć należy oczywiście wziąć poprawkę, że opowiadają one historię z punktu widzenia historiografii sowieckiej i białoruskiej. Eksponowane jest męstwo i mit radzieckiej, heroicznej obrony twierdzy, swoistego Westerplatte Białorusinów i całej Wojny Ojczyźnianej. Znajdziemy m.in. wyryte w ścianach dramatyczne epitafia skazanych na zagładę obrońców, a także prześledzimy losy cytadeli od czasów zbudowania w czasach carskich, do czasów powojennych i utworzenia memoriału.

Ekspozycja muzealna jest nowoczesna i przykuwająca oko, eksponując męstwo obrońców fortyfikacji w 1941 roku; możemy m.in. zobaczyć ich oryginalne, wyryte w ścianach wiadomości pożegnalne.

Spodziewając się, że nie znajdę nic na temat polskiego okresu Twierdzy Brzeskiej, pozytywnie się zaskoczyłem – jest temu poświęcona odrębna salka, która w miarę obiektywnie opisuje czasy przynależności II RP, jak i ciężkie walki z przeważającym hitlerowskim agresorem w 1939. Co więcej, wspomina się również wspólną defiladę niemiecko-sowiecką i fakt wkroczenia ZSRR na tereny Polski, choć pod niezwykle dyplomatycznym stwierdzeniem: „sytuacja międzynarodowa i interes państwowy ZSRR zobligowały rząd sowiecki do wydania 17 września decyzji o wkroczeniu Armii Czerwonej na terytorium zachodniej Białorusi i Ukrainy…”. Mimo tego, wycieczkę uznałem za udaną, choć zganić należy muzeum za skąpe opisy po angielsku przy ekspozycjach – jeżeli chcemy zrozumieć całość, musimy władać rosyjskim, lub wziąć sobie audioprzewodnik, czy przewodnika (tutaj na szczęście wybór języków jest szerszy).

Wbrew pozorom, odnajdziemy też salkę poświęconą polskiej obecności w reducie w latach międzywojnia, zaś obrona w 1939 roku i wkroczenie Sowietów 17 września nie jest przemilczane.

Miasto wielu tożsamości

Podczas swego pobytu w Brześciu zaobserwowałem również kilka „smaczków”, tych wszystkich drobnych rzeczy, które tworzą niepowtarzalny „klimat” państwa, albo mówiąc językiem gier komputerowych – swoistych „Easter Eggów”. A więc, tylko na Białorusi mogłem napotkać w centrum Brześcia „tablicę chwały”, na której rozklejony były zdjęcia „pracowników miesiąca” przedsiębiorstw państwowych z krótką notą biograficzną. Z kolei jako żeton do przechowalni bagażu na dworcu autobusowym dostałem…radziecką kopiejkę. Niestety nie mogłem jej zatrzymać na pamiątkę. Autentycznym szokiem kulturowym dla kogoś pierwszy raz będącego na wchodzie będzie z kolei dworcowa toaleta – typu tureckiego, czyli innymi słowy – dziura w podłodze. Niczym nadzwyczajnym było też, gdy minął mnie samochód z wymalowanym czołgiem, sierpem i młotem i podpisem „Za ojczyznę!”. Bardziej nowocześnie – w sklepie znalazłem zakąski do piwa obrandowane logiem „World of Tanks” – jednego z hitów eksportowych białoruskiej myśli gamingowej i symbolu sławiącego Białoruś nie mniej, niż bocian, żubr czy Alaksandr Łukaszenka.

Białoruski Hall of Fame – w Polsce, gdy dobrze pracujesz, możesz liczyć co najwyżej na pochwalnego emaila i uścisk dłoni szefa. Na Białorusi trafiasz na „obwodową tablicę chwały”, która wystawiona jest w centrum miasta 😊

Białoruskie detale – sierpy i młoty, czołgi i wlepkowa, opozycyjna partyzantka

Postanowiłem również liznąć lokalnych wiadomości i nabyć kilka tytułów prasowych. Co ciekawe, nie było problemów, by dostać „Narodną Wolę” – jedyną opozycyjną papierową gazetę (reszta wyniosła się do sieci). Dla równowagi dokupiłem też prorządową „Sowiecką Białoruś” (na krótko przed oficjalnym przemianowaniem na „Białoruś dzisiaj”), a także „Biełgazetę” z ogromnym zdjęciem kierownika państwa i podpisem „Dziękujemy, że żyjesz!” (to było tuż po trollingu, iż prezydent dostał wylewu). Większość tytułów jest rosyjskojęzyczna, kilka (w tym i prorządowe) po białorusku. W treści bez zaskoczeń – dzienniki państwowe promują punkt widzenia rządu i atakują opozycję, opozycyjne – na odwrót. Patrząc na nasz polski rynek medialny, niebezpiecznie blisko zbliżyliśmy się do standardów za Bugiem… Mówiąc z kolei o aktywności opozycyjnej, udało mi się też dostrzec wlepki sprzeciwiające się budowie chińskiej fabryki akumulatorów, głośnej sprawy rezonującej wciąż Brześciu.

O białoruskiej reklamie państwowej pisałem szerzej już tutaj. W Brześciu „upolowałem” kilka nowych sztuk – zachęcające do zapinania pasów, kontrolowania ciśnienia i popularyzujące język białoruski. Bonus – reklamy zachęcające do wyjazdu na saksy do Polski. Nie tylko Ukraińcy zaczynają już do nas zjeżdżać w tysiącach.

Eklektyczny zestaw upominków z Białorusi – Pogoń, kubek, opozycyjna gazeta, „Sowiecka Białoruś” i Łukaszenko

To wszystko naraz tworzy swoisty miszmasz, interesujący obraz miasta pogranicza, które kilkakrotnie zmieniało właściciela, było świadkiem różnych wydarzeń historycznych i do swej narracji włączyło wiele, często pozornie sprzecznych elementów. Dobrze się stało, że teraz również Brześć dołączył do ruchu bezwizowego, gdyż opisane powyżej elementy były i są atrakcyjnym magnesem dla turystów z Zachodu, a możliwość wypadu do pobliskiej Puszczy Białowieskiej stanowi dodatkowy atut. Choć w moim personalnym rankingu Grodno stawiam jednak wyżej (i od niego polecam zapoznawać się z Białorusią), tak czas poświęcony na miasto-twierdzę nie uważam za stracony. Pozostaje liczyć na to, iż kierownictwo państwa jeszcze bardziej poluzuje politykę wizową, a w przyszłości – zlikwiduje je zupełnie. Na ten moment jednak gorąco zachęcam do wizytowania drugiego bezwizowego miasta i koniecznie – napicia się (a najlepiej przywiezienia ze sobą) miejscowego kwasu chlebowego!

Facebook Comments
Michał Radecki
Od kilku lat zauroczony Białorusią i Ukrainą. Piszę, obserwuję, eksploruję - dla siebie i innych.
    ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY