Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Paweł Purski

Zwodniczy urok geopolityki

Geopolityka to zła polityka dla Europy Środkowej i Wschodniej. Nie jesteśmy Rosją i nie powinniśmy tak jak Kreml postrzegać stosunków międzynarodowych, a już na pewno nie być rzecznikiem takiego podejścia. Jeśli bowiem będziemy myśleć w kategoriach koncertu mocarstw i stref wpływów, to może się okazać, że nagle staniemy się ich ofiarą.

Moda na geopolitykę dotarła do Polski. Byt geograficzny ma kształtować świadomość polityczną. Przywódcy światowi są ślepymi wykonawcami zawczasu określonych przez obiektywne prawa geopolityki decyzji. Jeśli nie wiesz co robić, to spójrz na mapę! Tam znajdziesz wszystko, co jest potrzebne do zrozumienia skomplikowanej rzeczywistości.

Jeśli żyjesz w Rimlandzie, to szykuj się na wojnę z Heartlandem. Jeśli, tak jak Polska, leżysz w „strefie zgniotu”, to lepiej pomyśl na jakie mocarstwo ładu światowego się orientować, albo jak stać się na tyle silnym, aby nikt nie był w stanie ci zagrozić. Nie trać czasu na liberalne dywagacje o współpracy. To tylko didaskalia na mapie nieuchronnego globalnego konfliktu, który nas czeka w XXI wieku. Si vis pacem, para bellum!

Geopolityka czy geopolityzm?

Dotychczas geopolityka kojarzyła się nielicznym w Polsce z Aleksandrem Duginem, rosyjskim myślicielem politycznym, który sam mianował się swoistym Rasputinem polityki międzynarodowej Rosji. Lektura jego „Osnow geopolitiki” szybko przekonuje, że Dugin to sprawny szarlatan, który wybiórczo stosuje pojęcia ukute przez XX-wiecznego twórcę brytyjskiej geopolityki Halforda Mackindera do uzasadnienia „nieuchronnie” imperialnej przyszłości Rosji. Więcej jest zapewne blagi niż prawdy w opowieściach o wpływie Dugina na Władimira Putina, jednak nie można mu odmówić skutecznego PR-u, dzięki któremu na długie lata stał się symbolem rosyjskiego myślenia geopolitycznego i imperializmu.

Za sprawą dr. Jacka Bartosiaka przetoczyła się ostatnio przez środowisko zajmujące się w Polsce stosunkami międzynarodowymi debata o geopolityce. Bartosiak, w swojej monumentalnej, ponad 800-stronicowej książce „Rzeczpospolita między lądem a morzem” zastosował pojęcia z instrumentarium geopolityki do opisu dzisiejszej sytuacji międzynarodowej Polski.

Po drugiej stronie znaleźli się naukowcy, pracownicy państwowych instytucji analitycznych i publicyści, z wyraźnie formułowaną krytyką niejasnych pojęć i ezoterycznego języka geopolityki.

Z książką Bartosiaka brawurową recenzją rozprawił się dr Michał Lubina, który wykazał autorowi wiele niedoróbek i niejasności, a jego podejście nazwał „geopolityzmem”, zwracając uwagę, że nie o prawdę Bartosiakowi chodzi, tylko o dobro, więc jego książka jest manifestem politycznym, a nie naukową analizą.

Geopolityka nie jest nauką. Jej redukcjonizm, determinizm, brak określonego aparatu pojęciowego, który skutkuje nadmiernym poleganiem na metaforach przestrzennych – to tylko trzy główne, mocne zarzuty, które czynią z niej publicystykę na tematy międzynarodowe. Skomplikowane relacje między państwami nie dają się zredukować do położenia geograficznego. Gdyby było inaczej, to nie mówilibyśmy dziś choćby o Unii Europejskiej czy rozszerzeniu NATO na wschód. W przeciwieństwie do tego, co twierdzi Bartosiak, geopolityka nie jest szansą dla Polski.

Czym zatem jest geopolityka? W warunkach rosyjskich, szczególnie w wersji duginowskiej to jedno z uzasadnień dla imperialnych dążeń Kremla. Również w naszych realiach to program polityczny, którego celem jest uczynienie z Polski regionalnego mocarstwa, poprzez osiągnięcie potęgi gospodarczej i militarnej albo utwierdzenie lub zmianę orientacji kraju na jedno z mocarstw globalnych: USA, Chiny, a być może nawet Rosję. Jednak, czy na pewno potrzeba tych wszystkich niejasnych pojęć, żeby przekonać mieszkańców Polski, by ich kraj był zamożny i bezpieczny?

Co tak kusi w geopolityce?

Zmieniają się „bieguny światowego ładu politycznego”, od świata jednobiegunowego przechodzimy do wielobiegunowego, amerykański hegemon musi ustąpić chińskiemu „challengerowi”, Heartland, Rimland, bufory i uprzywilejowane strefy wpływów, a wszystko to przy akompaniamencie koncertu mocarstw. To za pomocą tych konstrukcji geopolitycy opisują świat.

Brzmi to wszystko groźnie, ale i niczym z baśni tysiąca i jednej nocy. Być może właśnie dlatego, wypowiedziane z odpowiednią powagą i pewnością siebie, może przyciągać rzesze wyznawców. Ale dlaczego akurat w Polsce? Dlaczego teraz?

Powody są głębsze niż tylko zainteresowanie sprawami międzynarodowymi. Polskie społeczeństwo jest w trakcie redefiniowania swojej tożsamości. W obliczu wzrostu zamożności, niskiego bezrobocia, rosnącej imigracji do Polski, kryzysu legitymizacji Unii Europejskiej i ogólnego stanu zagrożenia, zarówno na Zachodzie jak i Wschodzie, wiele Polek i Polaków uwierzyło w opowieść o wyjątkowej sile naszego kraju.

To nie prosty nacjonalizm, a raczej wyzbycie się długo skrywanych kompleksów wobec mitycznej „Europy” i mocniejsze przekonanie o swojej podmiotowości, przy jednoczesnym zachowaniu mesjanistycznej postawy, choć tym razem coraz bardziej kierowanej na rzekomo pogrążający się w kryzysie Zachód. Geopolityka ma dawać intelektualne, „obiektywne” podstawy pod to, aby wreszcie „Polska była wielka”.

Doprowadzona do ekstremum geopolityka to doskonałe narzędzie polityczne do mobilizacji zwolenników „twardej siły” Polski i wykoślawionego realizmu, spod znaku środowisk skrajnie prawicowych i nacjonalistycznych. To nie realizm sensu stricto, ale niejasne przeczucie, że „realista” zawsze mówi to, co myśli, bez brania pod uwagę niuansów polityki międzynarodowej, a już szczególnie wobec słabszych państw i społeczeństw.

Zgodnie z tym myśleniem narody zawsze ze sobą rywalizują. Nabudowana na geografii opowieść o nieuchronności konfliktu pozwala ucinać dyskusje o polityce międzynarodowej prostymi zaklęciami o konieczności znajomości mapy czy „grze o sumie zerowej”.

Idee mają konsekwencje

To jakim idiomem mówimy o stosunkach międzynarodowych ma praktyczne znaczenie dla polityki zagranicznej państwa. Imperia wykorzystują język geopolityki, aby uzasadniać różne, czasami nieetyczne, posunięcia w polityce międzynarodowej. Polska imperium nie jest.

Brak głębszej edukacji w dziedzinie stosunków międzynarodowych sprzyja popadaniu rzesz umysłów w sidła geopolitycznego redukcjonizmu. Stamtąd już blisko do rewizjonizmu. Refleksje nad mapą mogą przyczynić się do uznania wschodnich sąsiadów Polski zaledwie za przedmioty „geopolitycznej gry mocarstw”, a może nawet „chwilowe kaprysy” historii.

Łatwo wówczas na powrót ujrzeć Polskę jako położoną „między Niemcami a Rosją” bez uwzględnienia sytuacji bezpieczeństwa, w jakiej znajduje się obecnie nasz kraj – obecności w UE i NATO oraz wsparcia ze strony USA, które może zaowocować powstaniem stałej bazy amerykańskiej o roboczej nazwie „Fort Trump”.

Na szczęście podejście geopolityczne nie znajduje odzwierciedlenia w polskiej polityce zagranicznej. Bynajmniej nie znaczy to, że polska refleksja o stosunkach międzynarodowych jest naiwnym bajaniem o zaciszności i spokoju. Chodzi raczej o to, że wyzbyty wartości język geopolityki pozbawia nas wielu atutów kulturowych, historycznych i politycznych. Nic nie wskazuje na to, byśmy nagle mieli wrócić do stanu natury, w związku z czym nie tyle zależymy od położenia geograficznego, co od wspólnych narracji o więziach, wartościach i byciu częścią zachodniego świata. I to jest właśnie ta opowieść o Polsce, którą powinniśmy propagować.

Facebook Comments
Zdjęcie główne: pixnio.com
Paweł Purski

Absolwent filozofii na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Studiował na Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego na specjalizacji Rosja/Azja Centralna. Stażysta m.in. w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Był pierwszym redaktorem naczelnym Eastbooka, a następnie przez prawie cztery lata współpracował z posłem do PE Pawłem Kowalem. Obecnie Przewodniczący Rady Fundacji Wspólna Europa. Zawodowo zajmuje się komunikacją strategiczną.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY