Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Paulina Baranowska

Teatr jest po to by prowokować. Wywiad z dyr. Centrum Dramaturgii Współczesnej z Jekaterynburga

27 i 28 lutego w TR Warszawa ze spektaklem „Lolotta” wystąpi Centrum Dramaturgii Współczesnej. Teatr z Jekaterynbuga, powstały z inicjatywy Nikołaja Kolady. Z Antonem Butakowym, dyrektorem Teatru, rozmawiamy o tym czy niezależny teatr na Uralu byłby możliwy bez Kolady oraz czy współczesny teatr może być apolityczny. Organizatorem pokazów jest Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia

Paulina Baranowska: Jekaterynburg wydaje się być miejscem sprzyjającym sztuce teatralnej. Czy to zasługa tylko Nikołaja Kolady?

Anton Butakow: Posłużmy się takim obrazem: Nikołaj Kolada najpierw był lontem, a potem bombą, bombą która eksplodowała z wielkim hukiem. My jesteśmy falą uderzeniową. Kolada bezsprzecznie jest w tej chwili najważniejszą postacią uralskiego teatru. Ale co najważniejsze jest także nauczycielem, który chętnie dzieli się swoja wiedzą. I jest inspiracją, natchnieniem dla wielu twórców.

Można powiedzieć, że Centrum Dramaturgii Współczesnej jest dzieckiem Teatru Kolady. Powiedz, skąd wziął się pomysł na drugi teatralny projekt? Czym różnicie się od Teatru Kolady? Czy Wasze relacje trafniej określa słowo „współpraca” czy „rywalizacja”?

Centrum Dramaturgii Współczesnej (CDW) zaczynało jako projekt czasowy, który szybko przekształcił się w samodzielny teatr z własnym zespołem, sceną i repertuarem. Podobnie jak w przypadku МChAT-u, gdzie mieliśmy do czynienia ze studiami, które później zmieniały się w teatry.

Tak samo historia wyglądała w przypadku Teatru Kolady i CDW. Był okres kiedy CDW było małą sceną Teatru Kolady, ale krępowało nas to, musieliśmy z wielu działań rezygnować, stąd decyzja o przeprowadzce i wybiciu się na niezależność. Teraz CDW jest nowym, niezależnym miejscem na kulturalnej mapie miasta, miejscem ze swoim własnym charakterem.  

Jest jeszcze jedna różnica, Teatr Kolady jest teatrem autorskim natomiast CWD jest materializacją wspólnej idei, która łączy reżyserów, aktorów, performerów, tancerzy i inne osoby tam pracujące. Ja jako dyrektor i kurator tego projektu mam za zadanie manewrować tą kipiącą energią anarchią.

Wolę określenie, że CWD to młodszy brat Teatru Kolady. CWD to taka przestrzeń wolności, to teatr, który nie był stworzony odgórnie, ale sam się narodził i trwa na przekór wielu czynnikom. Jesteśmy teatrem bardzo upartym. Wiele osób nie odróżnia CWD i Teatru Kolady, a wynika to stąd, że wielu aktorów i reżyserów pracuje i tu i tu. Ja sam gram także w Teatrze Kolady. Myślę jednak, że w CWD udało się nam wypracować swój specyficzny styl i atmosferę. Na pierwszy rzut oka CWD i Teatr Kolady nie różnią się od siebie, okazuje się jednak, że są to zupełnie inne teatry.

Czy może to wynikać ze sposobu pracy? Innego podejścia do aktorów? 

Mamy w repertuarze spektakle zarówno lokalnych reżyserów jak i gościnne produkcje. Każdy reżyser ma swój własny styl, swoją własną metodę pracy. Dlatego też często organizujemy warsztaty dla aktorów, tak aby ich gra była bardziej uniwersalna. W zeszłym roku cały miesiąc pracował u nas Kuba Lewandowski, choreograf z Polski. Mieliśmy także warsztaty śpiewu scenicznego, przyjechał Dmitrij Bozin. Co ciekawe zawsze na takie warsztaty zapraszamy też widzów. Chcemy aby nasz teatr powstawał w procesie dialogu z publicznością, traktujemy to w bardzo dosłowny sposób.

Na Waszej stronie można przeczytać, że Centrum Dramaturgii Współczesnej to nowy format teatru, w którym nie ma miejsca dla tabu. Jak mieszkańcy Jekaterynburga przyjmują taki teatr? Są przyzwyczajeni do sztuki bez tabu? Czy są tematy, których nie poruszacie?

Mamy już swoich widzów, którzy nas lubią i rozumieją nasz język. Jednak wciąż przed każdym spektaklem pytam, kto jest u nas po raz pierwszy. Czasem połowa sali podnosi ręce i bardzo nas to cieszy. Oznacza to, że przyciągamy nowe osoby, że ktoś jednak tu dotarł mimo tego, że nie mamy sceny w Centrum miasta. Zawsze sobie myślę, że jak ktoś pokonał już taki kawał drogi to musi znajdywać w naszych sztukach coś co go porusza, coś co jest dla niego ważne.

Oczywiście zdarzają się spektakle, do których widzom było bardzo trudno się przekonać. Tak było z „Мне мое солнышко больше не светит” i „Галатея Собакина”, ale teraz mamy pełne sale. Takie sytuacje  otwierają nam nowe horyzonty. Najważniejsze to niczego się nie bać i robić wszystko z serca.

„Lolotta” z którą przyjeżdżamy do Warszawy też nie miała łatwej drogi. Nigdy wcześniej nie pracowaliśmy z taką formułą. Okazało się jednak, że spektakl jest zapraszany na festiwale, pokazujemy go w innych miastach. Można powiedzieć, że publiczność mocno się podzieliła za jego sprawą, ale to dobrze. Teatr jest po to by prowokować.

Jesteśmy teatrem niezależnym i nie ma dla nas tematów tabu. Teraz przygotowujemy spektakl „Magazin”, na podstawie Olżasa Żanajdarowa. Jest to sztuka o przemocy i niewoli. To odstrasza część widzów, ale myślę, że niestety świat to taka piękna planeta, zamieszkała przez strasznych ludzi i ktoś musi o tym mówić. W Rosji są tematy, o których się nie mówi, albo mówi tylko w określony sposób. Naszym zadaniem nie jest bycie teatrem politycznym, ale i apolityczni nie zamierzamy być.  

Często pracujecie ze współczesną literaturą, z tym co czytają dziś Rosjanie. Mamy „Lolottę” na podstawie noweli Anny Matwiejewej czy na przykład „Zulejka otwiera oczy” na podstawie powieści Guzel Jachiny. Czym różni się praca nad spektaklem opartym na tekście współczesnego pisarza od klasyki?   

Ta tendencja pojawiła się rok temu, kiedy w teatrze uruchomiliśmy  projekt „Samodzielność”, w którym aktorzy sami proponowali materiały do inscenizacji. Alisa Krawcowa zaproponowała właśnie Matwiejewą. Podobnie Tatiana Sawina sama opracowała tekst „Zulejki”. Taka tematyka otwiera nas na nowych widzów. Wielu ludzi, którzy przychodzą na te spektakle, pewnie inaczej by się o nas nie dowiedziała. A w tej chwili mamy wielu bardzo mocnych i wyrazistych pisarzy w Rosji. Z prozą jednak pracuje się zdecydowanie trudniej. Ale nie widzę specjalnej różnicy w pracy nad tekstem współczesnym a klasycznym. Litery są te same, ludzie i problemy też.

Jak przebiegała praca nad „Lolottą”? Co było najtrudniejszego w przełożeniu jej na deski teatru? Jakie były reakcje widzów?

Bardzo długo szukaliśmy właściwych rozwiązań. Za podstawę wzięliśmy sztukę, którą napisała sama Anna Matwiejewa. Próbowaliśmy do niej podejść z bardzo różnych stron, wiele eksperymentowaliśmy. Do tego stopnia, że na trzy dni przed premierą jeszcze sami nie wiedzieliśmy co z tego będzie. Koniec końców otrzymaliśmy bardzo eksperymentalny spektakl, który cały czas się zmienia. Zostało nam jeszcze sporo otwartych ścieżek. Tekst jest bardzo bogaty i nasycony bohaterami, wątkami. Myślę jednak, że udało się nam pokazać inną Lolottę, innego Modigliani i inny Paryż.   

Chciałam zapytać też o twoją historię. Zacząłeś przecież pracować w Teatrze Kolady jako technik. Jak to się stało że teraz jesteś aktorem i reżyserem?

Przyszedłem do Kolady mając 16 lat i tak, pracowałem jako technik i sprzedawca książek. Moja pierwsza pensja wyniosła 750 rubli. A potem się zaczęło – pierwsze role i studia w Instytucie Teatralnym. Będąc na czwartym roku zostałem przyjęty do zespołu teatru. Nie chciałem jednak zostać reżyserem. Miałem 24 lata i przechodziłem dość ciężki okres w życiu. Alisa Krawcowa pomogła mi z niego wyjść i zainspirowała mnie do udziału w projekcie CDW „Dramaturdzy wystawiają dramaturgów”.

Wtedy Walerij Szergin napisał specjalnie dla mnie rolę w swojej sztuce „BiesNiebies”. Zagraliśmy to dwa razy i odpuściliśmy. Pamiętam, że jechałem później autobusem z Nikitą Plechanowym, PR menedżerem CDW, i powiedziałem mu, że musimy jednak tę sztukę dokończyć, że to będzie hit. Zobowiązałem się, że ją skończę. Po pół roku zadzwonili do mnie i zaproponowali mi pracę. 26 września 2015 roku odbyła się premiera i spektakl rzeczywiście okazał się hitem. Intuicja mnie nie zawiodła!

Wróćmy na koniec do Nikołaja Kolady. Czego najważniejszego się od niego nauczyłeś?  

Od Kolady odziedziczyłem bardzo wiele, być może nawet więcej niż trzeba było. To dobrze i źle. Przepraszam za patos, ale można powiedzieć, że jest to jednocześnie dar i przekleństwo. On zawsze mówił, że w teatrze należy móc zrobić wszystko. To prawda. Zacząłem jako technik, zajmowałem się światłem i dźwiękiem oraz wieloma innymi technicznym sprawami. Teraz jako dyrektor zajmuję się również marketingiem, organizacją wyjazdów, festiwali.  A wszystko dlatego, że mi się to podoba! Trzeba robić to, co się kocha i to jest główna lekcja od Kolady dla mnie.

Bilety na spektakl można kupić na: https://bilety.trwarszawa.pl/rezerwacja/termin.html?id=129

 

Facebook Comments
Zdjęcie główne i plakat: Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY