Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Daria Wolańska, Alina Sokhan

Jak zrobić, żeby Białorusini pokochali swój język, nie wstydzili się go i używali – nie wiem – rozmowa z Aksaną Browacz, część II

W rozmowie z Aksaną Browacz korespondentką „Komsomolskiej Prawdy na Białorusi” Alina Sokhan i Daria Wolańska kontynuują temat migracji, pytają o obecny status języka białoruskiego oraz o działalność Związku Polaków na Białorusi. Jest to druga z trzech części rozmowy o współczesnej Białorusi.

Część pierwsza wywiadu znajduje się tutaj

Wydaje się nam, że na Białorusi wielkim problemem jest właśnie to, że bardzo dużo młodzieży wyjeżdża za granicę w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Podczas robienia sondażu na ulicach Brześcia, pewien młody chłopak powiedział nam, że bardziej wykształcona młodzież wyjeżdża na zachód, a pozostali „rozmiłowują się w alkoholu”. Czy zauważyła pani taką tendencję?

Tak! Dużo moich znajomych wyjechało! Wywołuje to we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony cieszę się ich szczęściem – żaden z nich nie żali się na życie. Napotykają na trudności, oczywiście, ale ogólnie rzecz biorąc nie żałują, że wyjechali. Z drugiej strony to smutne, że nie byli w stanie realizować się i cieszyć życiem na Białorusi. Ja też biję się z myślami. Z jednej strony chciałoby się zostać, dlatego, że generalnie to ja kocham swój kraj, mnie się tu podoba, a wyjechać – to trochę jakby zdrada albo jakaś słabość. Z drugiej strony jednak chciałabym doczekać momentu, kiedy Białoruś będzie krajem, z którego nikt nie będzie chciał wyjeżdżać, ale odwrotnie – do którego wszyscy będą chcieli przyjeżdżać. Ale moja duma narodowa nie przynosi żadnych korzyści, nikogo ona nie interesuje. To smutne. U nas jest dużo utalentowanych ludzi, bardzo inteligentnych, zdolnych. Mamy świetnych lekarzy, informatyków – widzę, że wielu dostrzega możliwość samorealizacji tutaj, i ja jestem z nich dumna. Jednak znam też ludzi z wielkim potencjałem, ale jakby z podciętymi skrzydłami – wielka szkoda ich tracić. Oni potrzebują tylko trochę więcej wolności!

Emigracja młodzieży spowalnia rozwój gospodarki. Dodatkowo ludzie mieszkający przy granicy, jak zresztą Pani sama napisała w jednym ze swoich artykułów pod tytułem „W Brześciu Polska – magiczne słowo!”, często robią zakupy w Polsce. Czy to też w jakiś sposób odbija się na gospodarce Białorusi?

Skoro państwo stale wymyśla różne ograniczenia, wprowadza limity celne, to rzeczywiście – odbija się. Nie mogę przywołać cyfr, słabo orientuję się w sprawach gospodarczych. Jednak dobrze wiem, że ludzie i tak znajdą sposób, jak obejść ograniczenia. Natomiast zakupy w Polsce  przywykli robić tylko mieszkańcy regionów przygranicznych. W Mińsku czy w Mohylewie wydaje mi się, mało komu przychodzi do głowy, żeby pchać się po zakupy do Polski – to my w Grodnie i Brześciu jesteśmy rozpieszczeni takim położeniem. To nic strasznego, jeżeli Białorusini będą robić zakupy w Polsce – nie sądzę, że są to takie ogromne straty, porównując je z zyskami, jakie do budżetu państwa przynosi cło. Niech lepiej białoruskie przedsiębiorstwa i sprzedawcy zaczną się zastanawiać, jak przyciągnąć klientów. I zauważyłam, że w ostatnim czasie im to coraz lepiej wychodzi.

Teraz przejdziemy do innego tematu, który nas bardzo interesuje, tj. kwestii statusu języka białoruskiego. Na Białorusi macie dwa języki państwowe – rosyjski i białoruski. Jak pani się do tego odnosi?

To trudne pytanie. Nie byłabym przeciwko dwujęzyczności, gdyby języki rosyjski i białoruski były rzeczywiście równoprawne, tak jak jest to zapisane w konstytucji. W praktyce jednak jest inaczej. Dokumenty, edukacja, reklama – to wszystko jest raczej po rosyjsku, niż po białorusku. I zgoda, niech tak będzie, ale o białoruski musimy walczyć! Na przykład rodzice pierwszoklasistów bardzo często nie mogą wysłać dzieci do klasy z nauczaniem w języku białoruskim, dlatego że takiej po prostu nie ma. U nas na ten temat dużo się dyskutuje. Są nawet tacy моўныя тэрарысты (biał. Językowi terroryści), którzy zarzucają organy władzy i instytucje państwowe skargami, jeśli, na przykład, urzędnik nie odpowiedział im po białorusku. Wiszą u nas plakaty reklamowe: jest tam napisane jakieś białoruskie słowo i pytanie: a jakie będzie twoje pierwsze słowo po białorusku? To takie dziwne, żeby naród reklamował swój własny język. Ponadto mamy kursy języka białoruskiego. W wielu miastach są one bezpłatne. Wybierają się tam dziesiątki ludzi, którzy nie mają innej możliwości, aby porozmawiać po białorusku. Chciałabym myśleć, że sytuację można byłoby polepszyć, gdybyśmy zostawili tylko jeden język państwowy – białoruski. Co prawda na początku byłoby dużo błędów w mowie i w dokumentach, ale to nieważne – przywyklibyśmy, nauczylibyśmy się. Ja rozumiem, że na Białorusi żyje wiele osób, które uważają siebie za Białorusinów, kochają swój kraj, ale z jakiejś przyczyny nie chcą mówić po białorusku – i co z nimi zrobić? Obecnie w mediach społecznościowych takich ludzi mogą ostro krytykować, ale mnie się wydaje, że to niesprawiedliwe. Przemocą nie robi się dobrych uczynków. Jednak jak zrobić, żeby Białorusini pokochali swój język, nie wstydzili się go i używali – nie wiem.

Podczas robienia ankiety, pewna dziewczyna powiedziała nam, że język białoruski to „język wymarły”. Jeżeli tak uważa młode pokolenie, czyli przyszłość kraju, to czy w ogóle jest sens, żeby walczyć o ten język?

Przykre, że tak uważa. Na szczęście jest mnóstwo młodych ludzi, którzy tak nie myślą i robią fajne projekty w języku białoruskim: piszą książki, wymyślają piosenki i tak dalej. Dopóki są tacy, którym język ten jest potrzebny, to on nie umrze, a za jakiś czas stanie się tylko bardziej popularny. Oczywiście jest to trochę dziwne – moda na język białoruski. Jednak taka prawda. W ogóle wszystko co białoruskie jest uważane wśród młodzieży za modne. Może nie przez wszystkich, ale przez wielu. To fajne interesować się swoją kulturą, być z niej dumnym, promować ją, preferować swój język. Myślę, że z czasem będzie tylko lepiej.

A pani mówi po białorusku? Jeżeli tak, to w jakich sytuacjach go pani używa?

Biegle mówię, czytam i piszę w języku białoruskim. Używam go od czasu do czasu; najczęściej kiedy przebywam w białoruskojęzycznym towarzystwie. Albo kiedy mam do czynienia z osobą, która w życiu codziennym mówi po białorusku. Na co dzień rozmawiam po rosyjsku, z przyjaciółmi czy krewnymi zdarza mi się rozmawiać „po swojemu” – w dialekcie. Żeby nie zapomnieć. Ja ogólnie uważam białoruski za swój język ojczysty… Jednak klasyczny białoruski nie jest językiem, który jako pierwszy przyswoiłam, który w dzieciństwie słyszałam od rodziców, babci i dziadka. W rejonie brzeskim i ogólnie na terenach całego Polesia Zachodniego mamy swój własny dialekt. Z wymowy bardziej podobny jest on do języka ukraińskiego, natomiast z leksyki przypomina on język białoruski, ukraiński, polski i rosyjski. Pamiętam, że w przedszkolu uczyłam się białoruskiego jako języka obcego. Myślałam, że jest on potrzebny, żeby zrozumieć to, co mówią w radiu i żeby czytać książki po białorusku. Również w szkole podstawowej tak myślałam. Wiedziałam, że żyjemy na Białorusi, z wielkim zainteresowaniem słuchałam o jej historii, uczyłam się nowych słów, ale to był zupełnie inny język, niż ten z mojego dzieciństwa. To był jakby kolejny, drugi język ojczysty.

Dobrze, przejdźmy do następnego tematu. Jak ocenia pani działalność Związku Polaków na Białorusi?

W tej kwestii to nawet nie wiem, co powiedzieć. Wiem, że funkcjonują co najmniej dwa stowarzyszenia Polaków: nieuznany przez władze Związek Polaków na Białorusi (wspierany przez Polskę) i oficjalnie zarejestrowana Wspólnota Polaków na Białorusi. Jeśli mam być szczera, to nie śledzę tego, czym się oni zajmują i dlaczego dochodzi tam do skandali – a w mediach jest o nich głośno głównie w kontekście skandali. A to jakieś pretensje do nich ze strony władzy, a to jakiś podział wewnątrz samej organizacji… Nie wiem, nigdy się tym jakoś specjalnie nie interesowałam, co się u nich dzieje. Ale z tego co zauważyłam – mogę się mylić – to są oni bardziej aktywni w obwodzie grodzieńskim, gdzie żyje dużo Polaków, pracują z Polakami jako z mniejszością narodową na Białorusi.  

Aksana Browacz, korespondentka „Komsomolskiej Prawdy na Białorusi” w Brześciu i obwodzie brzeskim, zrzeszona w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Białoruskich. Zaczynała jako dziennikarka „Gazety Brzeskiej” (Брестская газета). Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego, studiowała na Wydziale Pedagogiki i Psychologii w Białymstoku. 

Facebook Comments

***

Wywiad został przeprowadzony w ramach projektu "Kręte ścieżki polsko-litewskiej historii na współczesnej Białorusi", realizowanego przez działające na Uniwersytecie Szczecińskim studenckie koło naukowe "Słowianie - język, kultura, tradycja" , do którego należą Alina Sokhan i Daria Wolańska.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY